Witam wszystkich,
Jako nastolatka doświadczyłam molestowania seksualnego. Wszystko trwało wiele lat, ponieważ w którymś momencie moi rodzice wyemigrowali w celach zarobkowych a ja, pozostając sama, nie potrafiłam uciec z sytuacji, w której się znalazłam, przy czym wielkie znaczenie miały pozory, jakie ów dręczący mnie człowiek stwarzał wokół naszej relacji - pozory prawdziwego związku opartego na miłości, wspierania mnie, dbania o moje dobro, o moje wychowanie, o moją przyszłość. Jednocześnie rozwijały się nerwica lękowa i stan depresyjny.
Nie opowiadam o szczegółach dotyczących tamtego okresu mojego życia, ponieważ w tym poście nie o tym dokładnie chcę mówić.
Uciekłam dwa lata temu, zaczynam radzić sobie ze stanami lękowymi, powoli przełamuję stan głębokiego smutku i niechęci do życia. Staram się nauczyć normalności, choć nie będąc nawet ubezpieczoną nie mogę korzystać z terapii.
Od niedawna, to jest od sześciu miesięcy, jestem w związku z mężczyzną, w którym widzę wielką szansę dla siebie, jednak nie wiem, co mogę zrobić, by nie zranić go swoim trudnym stanem psychicznym. Zdążyłam już nie jeden raz wprawić go w bardzo niewygodny stan niemożliwym dla niego do zrozumienia zachowaniem, spowodowanym na przykład tym, że powróciło niechciane wspomnienie, przy czym znów odczułam "betonową blokadę". Wiem, że nie mogę wymagać, by on sam wszystko rozwiązał i zdjął ze mnie całe obciążenie, choć często dostrzegam w swoim zachowaniu takie pragnienie. Nie jest niczemu winny, z moją przeszłością nie ma niczego wspólnego, zdaję sobie z tego sprawę. Paraliżuje mnie na samą myśl, by porozmawiać z nim szczerze. Nie chcę znów zostać upokorzoną, nie chcę się wstydzić, i nie chcę by mnie odrzucono. Przede wszystkim pragnę docenić to, że darzy mnie prawdziwą sympatią - swoim zachowaniem wobec mnie sprawił, że zaczęłam walczyć o normalność, dał mi nadzieję, a to wielka rzecz. A mimo to wciąż się gubię, wciąż mam wątpliwości: co jest normalne i dobre?, kim jestem?, jaka powinnam być?, jaki powinien być kochający mężczyzna w stosunku do mnie? Wiem, że to przede wszystkim ja sama muszę zająć się tym problemem, zupełnie jednak nie wiem, jak sobie poradzić z relacjami z mężczyzną tak, by nie poczuł się przerażony lub zagubiony, by go to nie przerosło, by nie zrezygnował ze względu na zbyt przykre trudności, przed którymi mogę go postawić. Nie chcę go obciążać czymś, czego nie będzie w stanie pojąć, i przez co nie będzie potrafił przejść. Bo przecież wszystko co złe - trzeba przyznać: chore, patologiczne - jest \ we mnie, nie w nim. Z całego serca chcę okazać mu wdzięczność i szacunek. Chciałabym, aby nasza relacja przerodziła się w prawdziwe wzajemne uczucie, nawet jeśli nie miałoby nas to związać na całe życie.
Mam jedynie 22 lata, jednak staram się traktować siebie dojrzale. Mój ojciec był alkoholikiem, przy czym nie mogę ani jemu, ani matce zarzucić, że nie byłam przez nich kochaną, czy że nie dbali o mnie - już w dzieciństwie moją ambicją było zrozumienie problemów rodziców, wspieranie ich swoją wdzięcznością za okazywanie miłości, mądre, odpowiedzialne traktowanie wszelkich trudnych sytuacji, siebie samej oraz bliskich mi osób. Teraz staram się stale analizować swoje odczucia i swoje postępowanie przypatrując się samej sobie z dystansem.
Uważam, że czymś ohydnym, zarówno w stosunku do mojego partnera jak i dla mnie samej, byłoby kreowanie relacji, w której stałabym się kimś godnym litości, wzbudzającym żal - chcę być normalną, zdrową kobietą!
Zastanawiam się teraz nad tym: czy samodzielnie starać się uporać ze swoimi problemami w sferze relacji, nazwijmy to, damsko-męskich, czy jednak powinnam przeprowadzić szczerą rozmowę z partnerem o tym, co mnie męczy, pomimo wielkiego wstydu?
Bardzo proszę Panią Psycholog o wypowiedź, jeśli to możliwie. Jakkolwiek cenna może się okazać wypowiedź każdej osoby, która potrafi zrozumieć moją sytuację, i już teraz dziękuję wszystkim z całego serca ![]()