Witajcie,
jestem tu nowa, przyznam że wcześniej troszkę "podczytywałam" te forum aż w końcu coś we mnie pękło i postanowiłam się przed wami wygadać.
Znalazłam się na swego rodzaju zakręcie życiowym i nie bardzo wiem co zrobić. Stoje w tzw. rozkroku i nie bardzo wiem w którą stronę pójść. Chodzi oczywiście o związek i zdradę. To ja zdradziłam, a najlepsze jest to że jeszcze niedawno brzydziłam się tymi którzy zdradzają, uwazałam to za coś naochydniejszego. A jednak i mnie się zdrazyło.
Problem jednak polega na tym, że nie żałuję. Tzn. nie zrozumcie mnie źle - przykro mi że się tak zdarzyło, uważam że nie powinnam zaczynać czegokolwiek z kimś innym dopóki jestem z moim facetem - tu moralniak jest ogromny. Chodzi o to, że mężczyna z którym zdradziłam to właśnie TEN jedyny. Łączy nas niesamowita chemia, ale i zrozumienie, szacunek, przyjaźń, wspólne zainteresowania i plany na przyszłość. Zakochałam się tak po prostu. Kocham i jestem kochana.
A facet, z którym jestem? Jesteśmy razem od kilku lat. To nie był łatwy związek od samego początku. On i ja po przejściach. On z bagażem doświadczeń i problemów do rozwiązania oraz "ex" rodzinką, ja z rodziną nastawioną przeciwko niemu. Walczyliśmy o to by być razem, by pokonać wszelkie przeciwności i to nam się udawało - na przekór wszystkim i wszystkiemu nam się wszystko udawało i było tak jak chcieliśmy. Ale gdy teraz o tym myślę chyba za dużo mnie to kosztowało - rozwiązywaliśmy głównie jego problemy i koniec końców ja poczułam się zaniedbana.....
Praktycznie od razu zamieszkaliśmy razem, mieliśmy wspólne plany i cele ale z czasem zaczęło dochodzić do coraz większych scysji... On okazał się być dość zaborczy - ja to wolny ptak, jest między nami różnica wieku i w pewnym momencie poczułam się jakby mnie wychowywał..... Kłótnie były coraz częstsze i coraz gwałtowniejsze. Po każdej przepraszaliśmy się, obiecywaliśmy poprawę, sporo rozmawialiśmy i chcieliśmy zmian.... Ale kiepsko nam to wychodziło w rzeczywistości.
I tak w tym trwaliśmy do tego roku. Nie wiem jak On ale ja coraz bardziej zrezygnowana i bez życia. Zdradą i tymi co zdradzają gardziłam. Uważałam, że nam się to nie przytrafi.
W tym roku poznałam Tego Jedynego. Spotkaliśmy się w pracy. We trójkę pracujemy w pewnym sensie razem. Ja dla firmy X, On dla firmy Y, Ten Jedyny dla firmy Z. Wszystkie te firmy świadczą usługi jako podwykonawcy dla Pewnej Firmy, tak więc co jakiś czas się spotykamy - wybiórczo albo razem. Oni się znają.
Początkowo broniliśmy się przed tym uczuciem ale niesmowicie iskrzyło. W końcu zostaliśmy sam na sam. Powiedział "wygoń mnie" a ja nie umiałam. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Było cudownie. Każdego dnia spędzonego razem coraz bardziej rozumiałam, że nie dość że nie mam wyrzutów sumienia to jestem przekonana, że to co mnie łączy z moim facetem to nie miłość a przywiązanie. Miłość jeśli była to już dawno wypaliła się. Gdy go nie ma bo wyjeżdża do pracy na kilka dni spędzam czas z Ukochanym - żyjemy razem i każdego dnia przekonujemy się że łączy nas coś niesmowitego. To już trwa kilka miesięcy.
Pewnie zastanawiacie się w takim razie w czym problem? Jesteś zdecyodwana, nie kochasz pierwszego a drugiego to odejdź i po problemie. No i tu właśnie zaczynają się schody.... Nie mogę odejść bo.... boję się o siebie i swojego obecnego (jeszcze) faceta. Jest bardzo słaby psychicznie, ma bardzo traumatyczne przejścia z dzieciństwa za sobą co powoduje, że gdy się załamie może zrobić sobie krzywdę (są bardzo silne przesłanki ku temu). Poza tym gdy kiedys rozmawialiśmy o zdradzie powiedział wprost, że "gdyby się dowiedział że go zdradzam to zabiłby mnie i mojego kochasia" - jest dość porywczym i mściwym człowiekiem. Do tej pory nie zrobił nikomu krzywdy ale nie wiem czego mogę się po nim spodziewać. Mam podejrzenia, że gdybym go zostawiła i odeszła do innego to zrobiłby sobie coś złego tylko po to, żebym ja w ramach kary żyła z tą myślą.
Ta świadomość mnie paraliżuje w kwestii odejścia. Mój ukochany zna całą sytuację - jest mądry i cierpliwy, czeka.... Ale mnie po mału zaczyna brakować siły do podwójnego życia. Coraz bardziej plącze się.... Facet, z którym jestem zaczyna się domyślać coś się dzieje i robi się nerwowo. Mam coraz mniej chęci do życia...... Miało być pięknie, a jest okropnie.