Mój mąż i ja nigdy nie byliśmy "idealną" parą. Kłótnie zdarzały się jak wszędzie, ale teraz jest nie do wytrzymania. Po narodzinach naszego synka wszystko się zmieniło. I to nie jest tak, że nie mamy dla siebie czasu itp (bo mój mąż go wcale ode mnie nie potrzebuje, myślę, że on nie lubi ze mną przebywać, a nawet jestem tego pewna) Po prostu jest gorzej. Nie będę się wybielać. Też mam temperament, ale jak spostrzegłam, ze wszystko może się posypać naprawdę zaczęłam się starać. Niestety on mimo obietnic traktuje mnie jeszcze gorzej, a co w tym najbardziej dla mnie bolesnego - wcale tego nie widzi. Wiecznie wszystko mu nie pasuje. To butelka za późno została wyparzona, to za wolno przystawiłam małego do piersi, to za długo byłam na zakupach itp. Wszystko wie lepiej i na każdym kroku daje mi odczuć, że w zasadzie to nic nie potrafię (choć uważa, że sobie to wmawiam) Często niemiło się do mnie odnosi, oczywiście odpłacam się mu tym samym, no i kłótnia gotowa. Dziś przeszedł jednak samego siebie. Obraził się na mnie. To dla mnie dość absurdalne, bo tak naprawdę to on wszystko zaczął. Warknął na mnie (bo znowu coś mu nie pasowało) Odszczeknęłam mu się. Powiedziałam, że prawie codziennie sprawia mi przykrość, a potem przeprasza, no i że jak mu nie pasuje to droga wolna. Zabrał się i poszedł. A raczej po pewnym czasie pojechał, bo mama poprosiła go o jakąś przysługę. Długo nie wracał więc zadzwoniłam do niego. I tu kolejna niemiła niespodzianka. Na pytanie gdzie jest, bo się martwię odpowiedział: "A co cię to...". W tym momencie ścięło mnie z nóg. Przez chwilę myśłałam, że żartuje. Wrócił do domu, ale nie przyszedł do sypialni. Położył się w pokoju obok. Nie wiedziałam o tym. Zeszłam na dół. Myślałam, że je kolacje. Dopiero mama mnie uświadomiła. Może w tej mojej opowieści nie ma nic nadzwyczajnego. Ale dla mnie to prawdziwa męka. On nigdy nie robił czegoś takiego. Nigdy (nawet jak był na mnie zły) nie krył przede mną gdzie jest, nie chciał żebym się martwiła. Nie potrafił tez beze mnie spać. Teraz uwielbia być sam, nie przejmuje się, że jest mi przykro i że zwyczajnie mnie rani. Jest coraz gorzej...
Nie wiem co mam robić. Rozmowy nie pomagają. Wiecznie słyszę, że tylko gadam i gadam. Milczenie też nie pomaga. Bo kiedy milczę, to słyszę, że wiecznie tylko "foch i foch". Dwa tygodnie temu, kiedy znowu miał o coś pretensje, kazałam mu się wyprowadzać. Mówiłam to serio. Powiedziałam, że może widywać syna kiedy zechce, i że ja sobie poradzę. Wykpił mnie wtedy stwierdzając, że on i tak nie odejdzie bo mnie kocha. Przez kilka dni było naprawdę ok. Do następnego razu oczywiście. Nie wiem jak to dalej będzie. Brak mi sił. Pytam samą siebie: Gdzie jest mój kochany T.? Poradźcie coś, proszę...