Witam, pracuje kilka lat w jednej firmie (mśp zatrudnienie 10 osób + trójca w zarządzie), bardzo sobie chwalę, bo praca fascynująca, zarobki niezłe, nic na lewo, wyjazdy służbowe, spotkania z bardzo ciekawymi ludźmi, prawie idealnie, gdyby nie ... szefowa.
Wiek ok. 60, wymagania: bezbłędność, dyspozycyjność, absolutne poświęcenie, całkowita uległość wobec żądań szefowej, uznanie ją za Boga - mile widziane.
Ale po kolei. Współpracownicy na 5+ faktem jest że mobilizujemy się przeciwko tyranii i nawzajem staramy się kryć, ale od czasu do czasu oczywiście bywają z tym zgrzyty.
Szefowa hmm wprowadza bardzo nerwową atmosferę w pracy, wymaga czasem rzeczy niemożliwych do spełnienia, wyżywa się na nas po każdym telefonie - w którym ktoś ma o coś prośbę czy pretensje że coś jest jeszcze nie gotowe, nie szanuje pracowników, wywołuje poczucie winy za sprawy, czasem błędy które nie wpływają na ocenę firmy w oczach zleceniodawców, ani nie skutkują w żaden sposób na straty finansowe w firmie, wydaje polecenia sprzeczne ze sobą, często w ogóle nie zrozumiałe, przy czym gdy próbujemy pytać, żeby dowiedzieć się co mamy robić, stwierdza że jesteśmy niedorozwinięci, albo jej nie słuchamy, wywołuje poczucie winy w pracownikach -oskarżając, że jeśli jej nie ma na stanowisku to popełniamy tylko błędy, albo w ogóle nic nie robimy, wrzeszczy na nas przy wszystkich pracownikach, często także przy klientach - sugerując że popełniamy kuriozalne błędy i w ogóle nie myślimy w pracy, ośmiesza i wytyka błędy popełnione i naprawione wiele miesięcy wcześniej, komentuje np. że koleżanka jak ma tak częste potrzeby wyjścia do toalety to może powinna zakupić laremid (środek farmaceutyczny na wstrzymanie biegunki) oczywiście tak aby wszyscy słyszeli, komentuje życie prywatne pracowników również przy wszystkich, tak aby ośmieszyć; wyszydzić, podanie o urlop to droga przez mękę, po powrocie z niego jeśli w ogóle zostanie przyznany kończy się fochem, szefowa jest obrażona, kiedy ktoś ma taką sytuację życiową że musi o ten urlop prosić, często wrzeszczy i obraża nas kiedy ktoś dzwoni z jakąś prośbą, po czym oddzwaniając do tej osoby z przeprosinami okazuje się że w ogóle się nie spieszy i nie ma żadnego problemu, często ludzie z zewnątrz podtrzymują nas na duchu, i dziwią się jak my wytrzymujemy to wszytko, ale nikt nigdy nie odważy się powiedzieć to w oczy szefowej, w końcu może być ich partnerem w przyszłych interesach, wywołuje w nas poczucie beznadziejności i bardzo obniża samoocenę, co dziennie powtarza że mamy jak u pana boga za piecem, a nie potrafimy w ogóle jej docenić i że niszczymy to, co ona wypracowywała przez całe życie, że nie może na nas polegać itp
Jak rozmawiać z szefem który w ogóle nie potrafi słuchać, i nie potrafi wydawać poleceń w zrozumiały sposób do tego furiatem. Dodam że często zdarza się, że polecenia słowne szefowej które słyszały 2, 3 osoby są nie do udowodnienia, ponieważ szefowa twierdzi ze było inaczej.
Tak na marginesie to współpraca opiera się głównie na domyślaniu się przez nas czego może oczekiwać szefowa i nie dziwne że czasem się nie domyślimy co autor miał na myśli.
Przynajmniej raz w tygodniu każda z nas płacze, po tych wrzaskach i złośliwościach.
Często odbija się to na naszym życiu prywatnym, ponieważ mężowie, żony nie dowierzają jak można sobie tak pozwalać się traktować. Ale o pracę trudno, zwłaszcza w zawodzie ... i co robić