Bardzo was proszę, przeczytajcie do końca i napiszcie obiektywnie co sądzicie o tym. ![]()
Mam 22 lata. Jestem w związku od 5 lat. Kiedy poznałam mojego obecnego partnera mieszkałam sama. Moi rodzice nie żyją, mam rentę po tacie. Od jakiegoś roku mieszkam z chłopakiem u niego na piętrze. Na dole mieszkają jego rodzice a z nami na górze jego siotra z mężem. Chłopaka rodzice nie mieli nic przeciwko że zamieszkamy razem przed ślubem a nawet była to po części ich decyzja. Sytuacja jest trochę skomplikowana bo moje mieszkanie teraz stoi puste, oczywiście od czasu do czasu zaglądam tam, nocuje. Ale nie jest to tylko moje mieszkanie, tata nie zapisał nikomu w spadku mieszkania, ono przeszło na mnie i całe moje rodzeństwo które jest dużo starsze ode mnie i mają już własne rodziny.
Zapytacie pewnie dlaczego z chłopakiem nie zamieszkamy u mnie. On ma lepszy dojazd do pracy a ja na uczelnie. W przyszłości planujemy też zostac u niego.
Opłacam u siebie w mieszkaniu wszystkie rachunki. Jest to duże mieszkanie więc czynsz też jest wyższy. Jednocześnie opłacam swoją szkołę, też nie są to małe pieniądze. Zastanawiam się nad tym aby wynając komuś pokój by miec więcej pieniędzy. Bo po opłaceniu tego wszystkiego niewiele mi zostaje. I zapewne domyślacie się o co chodzi.
Chodzi o to że teściowa nie chcę abym dokładała się do budżetu rodzinnego. Z tego co wiem to siostra chłopaka też się do niczego nie dokłada. Nie zostaje mi zbyt wiele pieniędzy ale zależy mi aby chociaż częśc dawac teściowej, na jedzenie czy jakieś rachunki. Ale ona sie uparła i nie chce. A nie jest jej lekko. A mi jest zwyczajnie głupio że na niej żeruje!
Ostatnio bardzo się pokłóciłyśmy. Chciała pożyczyc ode mnie 200 zł. Niestety ja miałam na koncie ostatnie 200 zł a było to przed świętami więc za ostatnie pieniądze chciałam kupic kwiaty, znicze, ugościc rodzeństwo bo zawsze przyjezdzają do mnie. Odmówiłam jej. Powiedziałam że już naprawdę nie mam pieniędzy.
Obraziła się na mnie. Przez kilka dni nie odezwała się do mnie ani słowem. W końcu znalazłam okazję bo już nie mogłam tego zniesc i powiedziałam jej że naprawdę nie mogłam pozyczyc jej tych pieniędzy. A ona na mnie wybuchła, że ja ją okłamałam, bo miałam pieniądze i ona dobrze o tym wie a jej nie pożyczyłam. Chodziło jej o moje konto oszczędnościowe, bo od jakiegoś czasu odkładam na samochód, i wiedziała o tym. Wkurzyłam się. Powiedziałam jej że nawet ja nie ruszam z tego konta ani złotówki i gdyby chociaż mnie zapytała czy wypłacę jej pieniądze z oszczędnościowego to bym się zastanowiła ale nie tak że ona po czasie mi wypomina!
Powiedziała też że nie może nigdy na mnie liczyc. Więc ja jej mówię że tyle razy chciałam dołożyc się do budżetu i że będę jej dawała pieniądze by jej było łatwiej. Chciałam dobrze a ona znów na mnie wyjechała że mam ją za świnię! że ona nie chce żadnych pieniędzy, że chciała tylko pożyczyc. Zawsze kiedy dostanę rentę to robię większe zakupy do domu ale to i tak niewiele i znika w ciągu tygodnia.
Co myślicie o tym?? Czy rzeczywiście tak bardzo źle postąpiłam że nie wypłaciłam jej pieniędzy z konta oszczędnościowego? Wiecie, ja nawet nie pomyślałam o tym koncie bo traktuje te pieniądze jakby ich nie było, od roku odmawiam sobie wielu rzeczy byle by uzbierac na samochód.
A mój facet? On stwierdził że ja nie muszę się dokładac bo on matce daje pieniądze i to tak jakby za nas obojga.
Proszę poradzcie mi co mam robic??