Witam Was wszystkich.
Jakiś czas temu poruszyłam temat męża -On nie chce żyć!!!
Pisałyście mi mnóstwo dobrych rad, jak mu pomóć, jak radzić sobie z codziennością??
i z jakimi to strasznymi rzeczami mąż się zmaga...
Ale też dostałam bardzo kontektne stwierdzenie - Twój mąż to egoista, a Ty robisz z siebie ofiarę!!!
I cholera - właśnie tak było!!
Ten dupek przez tyle miesięcy mną manipulował, dręczył, otumianiał, a ja wierzyłam, że jest naprawdę chory i się zabije!!!
Straciłam przez niego zdrowie i kawałek życia...
Ale powiem Wam jedno, moje drogie, to już koniec !!!
Koniec straszenia, oszukiwania, płaczu, krzyku i koniec tej chorej miłości i piepszonego związku!!!
Wreszcie dostałam od życia takiego kopa (w sumie to od niego tym upokarzaniem), że zawinęłam się z tego chorego związku.
Strasznie to trudne było, bo mieliśmy kupe spraw wspólnych - kredyt, mieszkanie, ja bez pracy....
większość odkręciłam, jeszcze muszę wymiksować się z małżeństwa... ale to już będzie pestka (nie mam siły walczyć o rozwód z orzeczeniem o jeog winie, bo on wie gdzie mieszkam, a jeśli naprawdę jest świrem, to jeszcze coś mi zrobi....)
Teraz mam inny problem - nie umiem wrócić to życia!!!
nie mam motywacji - pracę mam taką, że sama muszę sie organizować - jestem doradca klienta - i muszę szukać tych klientów ...
nie mam chyba siły by zacząć robić coś innego, bo pracuję dalej dla tej samej firmy (już 9 lat) tylko teraz praca ma inny charakter...
ale też nie mam motywacji do działania... jestem cały czas zmęczona, czuję fizyczny ból ciała...
przez te małżeństwo potraciłam znajomych... a mieszkam tu już w sumie długi czas i nie mam też takich wieloletnich znajomych...
obiecałam sobie, że pójdę na siłownie - zrobie coś z sobą - ale nie mam kompletnie siły. Kupiłam karnet i co byłam raz - do za daleko i nie chce mi się pojechać.... pod domem gdyby był, też bym wymyśliła problem...
Wywalczyłam mieszkanie (to co było na wspólny kredyt,ktory przepisałam na siebie) i strasznie długo je remontowałam, bo ekipa non stop mnie kiwała i wykiwała chyba.... jeszcze tydzien i w końcu zacznę rozliczać ten bałagan...
i tak żyjąc na walizkach w kartonach przez tyle miesięcy rozwaliłam sobie cały system życia....
Boję się wykonywać różne kroki - to wszystko jest na mojej głowie, rozstanie (niebawem trzeba będzie wnieść sprawe o rozwód), interyza, mieszakanie, kredyt, remont, brak pracy, kasy, kulawe zdrowie, i jeszcze ta niepewność siebie... - nikt inny nie może za mnie pomyśleć, a ja już padam na twarz...
Wszyscy mnie kiwają na prado i lewo, bo jestem kobietą.... a czuję sie teraz jak upadła kobieta....
ale przecież tyle razy byłam w trudnej sytuacji i udawało się... to czemu teraz takie fatum...
przyciągam jakies nieszczęscia - podobno za dużo o nich myśle...
Mam dość psychiartów... ale czuję taki niepokój w sercu - miewałam nerwobóle - myśląc, że to zawał - fatalna sprawa - podobno to nerwica... ale teraz juz nie mam męża - tylko na papierze.... i nie mam takich nerwobóli...
Nie wiem, czy umiem się na tyle zebrać, by zacząć żyć -poznawać ludzi...
Ja mam zapał - ale trwa dosłowie chwile - i za moment znów jestem skołowana i bez życia - taka zmęczona, jak pijana...