Witajcie
Właściwie to pierwszy raz piszę o swoim problemie, łatwiej jest odpisywać na czyjes posty. Moj problem trwa chyba od zawsze. Nie pamietam takiego czasu by bylo inaczej. Raz lepiej raz gorzej ale w sumie zawsze podobnie. Mam problem z relacja z moja mama, tzn niby dogadujemy sie dobrze, jestesmy bardzo ze soba zwiazane, wychowala mnie praktycznie sama. A wlasciwie to czesto wyglada to jakbymsmy zamienily sie rolami, jakbym to ja byla jej matka. Nigdy nie prowadzila bujnego zycia towarzyskiego, ze wzgledu tak to ze zawsze unikalam klotni z mama, mialam tylko garstke znajomych, na dyzkoteki czy imprezy rzadko chodzilam bo nie mialam pieniedzy. Wszystkie pieniadzw wlasciwie jakie mialam to oddawalam mamie, zeby latwiej bylo, w okresie ktorym sie uczylam pialysmy troche dlugow w komornym, mama nie miala z czego placic przez pare lat, wiec za moje pierwsze zarobione piedziadze splacilam ten dlug. Oczywiscie nie wypominam tego bo to byla tylko i wylacznie moja decyzja, i ciesze sie ze to zostalo uregulowane. Moja mama ma bardzo ciezki charakter, nie ma w sobie nic pokory, swiat sie ma krecic wokol niej i wszyscy maja tanczyc jak ona zagra. Jeszcze p[are late temu jak mieszkalysmy razem wygladalo to mniej wiecej tak : jak miala dobry humor to bylo fajnie, dogadywalysmy sie jakos, ale ciagle przychodzily takie momenty, jakby w nia cos wstapilo, jedno slowo nie tak jak chciala uslyszec i siwy dym, awantura a potem fochy trwajace tygodniamy, nie odzywala sie sie, udawala ze nie widzi mnie, ignorowala, traktowala jak powietrze mimo ze do niej mowilam, prosilam , błagałam, pzrepraszalam za wszystko bo nie wiedzialam za co, potrafila nawet sie obrazic na tydzien bez powodu. Zwykle przechodzila po jakims czasie do porzadku dziennego, az do czasu.. Zawsze byla konfliktowa, ze swoja mama czyli moja babcia nie odzywala sie rok. Teraz na szczescie nie mieszkamy juz razem. Czego powodem byly ciagle awantury, ostatecznie trwajace ok 3/4 mieciecy. To byl poprostu koszmar! Chodzilam jak cien, na nic nie mialam ochoty, mozna powiedziec ze popadlam w depresje, bardzo wtedy pomogl mi moj narzeczony, byl bardzo cierpliwy i wlasciwie to nie dziwilabym sie gdyby ode mnie odszedl bo to co sie dzialo to przechodzilo ludzkie pojecie i bardzo pomogla mi moja ciocia, mamy siostra, zawsze moglam na nia liczyc. Mieszkalismy wowczas razem, tzn moja mama , ja i moj narzeczony, bylo tak poniewaz mieszkamy od ok 5 lat w UK. To jakie slowa slyszalam od wlasnej mamy to wlosy sie jerza a glowie. Nigdy tego nie zapomne, siedzi to we mnie wciaz gdzies gleboko. Mniej wiecej bylo to tak, awantura, ze ja to na nic w zyciu nie zasluguje, ze nie jestem nic warta, ze jestem okropnym kalwinem, ze pewnie bym ja zabila i takie rozne glupoty, az wstyd je wypisywac, potem zamykala sie w pokoju na pare tygodni, wychodzila jak nas nie bylo w domu lub w poblizu no i wychodzila do pracy. Ja blagalam, przepraszalam, sama nie wiedzialam za co. I wlasciwie to i tak nie pomoglo. Koszmar trwal. Grozila ze sie zabije ja ciagle ja pilnowalam, nie spalam po nocach. Ostatecznie poszlam do psychologa i psychiatry mamy, moja mama leczy sie na depresje od paru lat, chcialam pomoc jej, powiedzialam jak wszystko wyglada. Psychiarta mi sie nie spodobal, wlasciwie to nic mi nie powiedzial tylko sluchal, zapisywal i tyle, potem mamie wszystko powiedzial na jej wizycie i znow byly fochy i nerwy. Pomogl mi psycholog. Psycholozka stwierdzila ze jak ja sie nie zmienie to moja mama sie nigdy nie zmieni,ze musze zaczas od siebie. Stac sie bardziej twarda, nie dac sie ponizac i pluc sobie w twarz. Jesli moja mama nie chce ze mna rozmawiac to trudno, wszanowac jej decyzje, nie narzucac sie na sile. przede wszystkim radzila sie wyprowadzic, ze nie mozemy mieszkac razem bo wtedy nie sie nie wskura, a bedzie gorzej, tym bardziej ze mieszkajac razem trudno siebie uniknac. I tak wiec zrobilismy, mama przeprowadzila sie do znajomych, wynajmowali razem pokoj, a ja z narzeczonym roztalismy na starym, z czego staralismy sie kupic wlasny dom i zlatwialismy formalnosci o kredyt hipoteczny.
Teraz juz od 2,5 roku mieszkamy osobno, my w naszym domu, ktore udalo nam sie kupis, a mama mieszka w kawalerce, sama, bo po przeprowadzce do innych ludzi, z nikim nie mogla sie zgodzic, wiec tzrea bylo zrobic tak by mogla mieszkac sama, nie nadaje sie do mieszkania z ludzmi. Teraz jest lepiej miedzy nami, tzn fochy zdarzaja sie ale rzadzej tzn ok 2/3 razy w roku, ogolnie mamy lepszy kontakt ze soba, lepiej sie dogadujemy. Aktualnie mama nie odzywa sie do mnie juz 1,5 tygodnia. Nie dzwonie, jak poradzila mi psycholozka, nie narzucam sie jak nie chce, przeciez telefon dziala w dwie strony, pisze natomiast smsy do mamy zebys sie upewnic ze wszystko u niej dobrze, na ktore czasem tylko dostaje odpowiedz "dobrze", ze u niej dobrze, i tyle, ani razu nie napisala pierwsza. Wiem ze moze wytrzymac tak dlugo, ja sie z tym mecze, ale coz do tanga trzeba dwojga..
rozpisalam sie troche, ale jesli kros to przeczyta to bardzo dziekuje i prosze o rady co powinnam robic, jak powinnam dzialac, rece mi opadaja, nie mam sily.. Co wogole Kochani myslicie o tej cale sytuacji.