Nurtuje mnie przyszłość nowego związku. Otóż, jestem w separacji orzeczonej przez sąd. Mam żonę i dzieci, które mieszkają z matką. Zajmują trzypokojowe mieszkanie, zostawiłem im samochód. Sąd nie zgodził się na rozwód i w drodze kompromisu przyznano nam instytucję prawną separacji. Na mój wniosek nie wyznaczono alimentów, zobowiązałem się jednak do zabezpieczenia poziomu życia rodziny na poziomie jak dotychczas bez wyznaczania kwoty. Zazwyczaj przekazuję co miesiąc około 2500-3000 zł, kupuję dzieciom ubrania, zabieram je z matką na wakacje. Pracuję w jednej z agend Unii Europejskiej jako funkcjonariusz średniego szczebla, wczesniej byłem wykładowcą w szkole wyższej. Z dziećmi spotykam się regularnie, nie mam żadnych problemów z kontaktami, z żoną - formalnie jesteśmy małżeństwem, choć według orzeczenia sądu, nie łączy nas "stół i łoże" - utrzymujemy poprawne stosunki. Nigdy wcześniej nie kłóciliśmy się, żyliśmy tak obok siebie. Przez dziesięć lat małżeństwa ponad połowę przeżyliśmy każde z osobna. Trzymały nas dzieci i chyba to, że nie kilka dni w tygodniu spędzaliśmy poza domem. O ile wiem, żona nie miała romansu [nie wiem o niej zbyt wiele], ja trochę flirtów i kilka razy przespałem się z dziewczynami pracującymi na uczelni.
Już po orzeczeniu separacji, pół roku temu, poznałem dziewczynę, która jest fryzjerką. Jest rozwiedziona, ma syna 16 lat. Ja mam czterdzieści kilka lat, ona 37. Rozstali się m. in. z powodów rękoczynów i dręczenia psychicznego. Na syna nigdy nie łożył, kontakty z nim są okazjonalne. Nie mieszkamy osobno, spotykamy się dzień w tygodniu. Ostatnio jej były mąż przyszedł po 8 miesiącach milczenia do niej i naubliżał jej, jak wychowuje dziecko... Nie chcę opisywać tu całej fabuły. Byłem świadkiem tego zdarzenia i powiedziałem kolesiowi, że jeszcze raz go tu zobaczę, to nie zejdzie o własnych siłach ze schodów. Jestem dość wysportowany, dwa-trzy razy w tygodniu spędzam na siłowni, tak że tu szans wielkich by nie miał.
I co mam zrobić. Jestem zakochany, dziewczyna jest sympatyczna, samodzielna, ułożyła sobie jakoś życie na ile potrafiła. W codziennych rozmowach nie czuć wcale bariery wykształcenia. Z jej synem relacje są kiepskie, uważa że chcę "odebrać" mu matkę. Boi się ciąży mamy, a mojej partnerki, wydaje mu się, że pójdzie w odstawkę, a całą miłość matka przeleje na maleństwo. I dla niej, i dla mnie problemem są wcześniejsze więzy rodzinne, moje relacje są lepsze, bardziej klarowne. Teraz, gdy jesteśmy na odległość, jest fajnie, ale gdybyśmy zamieszkali razem, mogłyby pojawić się problemy. Dziewczyna żyje skromnie, prowadzi zakład, ale wiadomo, że pozwala to na przeciętne życie. Jest na tyle ambitna, że nie chcę przyjąć nawet pożyczki z mojej strony. Godzi się na tyle, że przy wspólnych wyjściach ja płacę za wszystko.
Według mnie główne problemy w naszym związku, niektóre sądzę, do przezwyciężenia to: standard i oczekiwania wobec poziomu życia [nie prowadziłem normalnego domu, stołowałem się w lokalach, rzeczy poza bielizną osobistą oddawałem do pralni, raz w tygodniu przychodzi pani do sprzątania; nie chciałbym z niektórych ułatwień rezygnować], towarzystwo w którym się obracam i w którym ona się obraca [nie ma co mówić, ludzie z tzw. wyższych sfer to często też sk..., tyle że w wykrochmalonych kołnierzykach; jej rodzina to ludzie prości i nie potrafię z nimi rozmawiać], trudne relacje z jej synem, sprawy zawodowe [dziewczyna nie chce być utrzymanką, nawet jeśli jej finansowy wkład będzie mniejszy, to będzie to tyle, ile potrafi dać]. Rozwód w miejsce separacji będzie możliwy za kilka lat, jak dzieci podrosną, jest to jednak kwestia drugorzędna i nie wpływa na jakość. Nie myślałem, że po czterdziestce można się zakochać tak jak nastolatek... Ale czy z balastem własnych doświadczeń, nawyków i przyzwyczajeń możliwe jest zbudowanie czegoś trwałego? Czy ktoś ma jakieś doświadczenia?