?Tak się świetnie bawiłam. Pracuję w najlepszej firmie. Piję kawę w Starbucks?ie. ? Jak Tobie się powodzi??- ?
Może to lekka przesada, ale w sumie prowadzi ku tej samej myśli. Stwarzamy pozory, budujemy swój sztuczny, szczęśliwy obraz i obserwujemy reakcję innych ludzi, nie zważając tak naprawdę na siebie. Na to kim naprawdę jesteśmy. Po co nam ta udawana bajka, której w rzeczywistości nie ma? Przed kim się chcemy pochwalić swoim życiem, a raczej przed kim się sami okłamujemy? Dla kogo i po co ? Przecież sędziami własnego życia a zarazem i jego jedynymi wiernymi kibicami, jesteśmy tylko i wyłącznie my sami? Czasami wydaje mi się, że może ludzie udając coś i po coś, spodziewają się, że uwierzą we własny , wykreowany obraz ? W to, co sami grają? Być może wydaje im się, że od tego, że będą udawać przed kimś mega zadowolonego i szczęśliwego z własnych osiągnięć życiowych człowieka, coś się rzeczywiście w ich życiu na lepsze zmieni? Jak wytłumaczyć te zachowanie i takie potrzeby "zachowywanie dobrych pozorów" przed innymi, znajomymi, rodziną psychologicznie ? Czy wstydzimy się tego kim jesteśmy i co udało nam sie w życiu osiągnąć stąd ta potrzeba ? A może uszczęśliwia nas uczucie, że ktoś nas podziwia, ktoś może weźmie za przykład, zrobi z nas autorytet lub po prostu trochę nam pozazdrości bo jesteśmy fajniejsi , lepsi niż on ?. Myślę jednak, że to trochę obłędne, ponieważ tak naprawdę nikogo za bardzo nie obchodzi nasze życie. Jeżeli próbujemy się dowartościować poprzez uznanie innych, to raczej słaba i kiepska gra? Smutna i niesprawiedliwa gra wobec siebie. Ludzie często nie wiedzą, co mamy w środku i jacy naprawdę jesteśmy. Szczególnie, gdy stwarzamy pozory.
Co o tym myślicie? Kiedy zazwyczaj to robicie? W czyjej obecności? Co Was do tego doprowadza?
Podobne tematy
2 2011-05-10 19:35:54 Ostatnio edytowany przez Pola34 (2011-05-10 19:38:34)
Przyznam ,że tak mam. Z bólem. Ale mam tak, że przed kilkoma osobami kreuję sztuczne widziadła mojego DOSKONAŁEGO niby życia. Po co ? Niestety odpowiedz jest banalna- żeby im udowodnić jak świetna jestem, jak dobrze mi się wiedzie. Ale może wyjaśnię kontekst. Jedną z takich osób jest mój ex. Spotykamy się czasem, minęły lata od tego jak mnie zostawił i czas powiedzmy zaleczył rany, każde z nas ułożyło sobie życie z kimś innym. Ale gdzieś w moim sercu, na samym jego maleńkim koniuszku jest żal i złość, którym czas już nie pomoże. Będą tam tkwić sobie bo jednak zostałam odrzucona przez kogoś kogo jakoś tam kochałam a to zawsze rani własne ego kiedy się dostanie kopa
Toteż choć mam burze z piorunami czasem tak w życiu zawodowym jak i prywatnym dla niego zawsze jest wersja LIGHT - pozory fajnego, co tam fajnego , świetnego życia które prowadzę. Robię to po to, żeby mu pokazać ile stracił he he. Jaką świetną jestem babką, którą zostawił. Błahy i banalny powód, ale jest to moja taka mini zemsta.Zwłaszcza ,że on jest ze mną szczery być może bo zwierza się czasem jak się gdzieś spotkamy z różnych rzeczy i wiem, że tak jak u wszystkich tak i u niego życie nie jest namalowane tylko różową kredką
Ale u mnie w wersji dla niego jest
Drugą taką osobą to jest moja koleżanka a właściwie znajoma ze szkoły średniej. W liceum miałam sporo kompleksów i ona była "super kumpelą", która mi je zawsze ładnie wytykała. Co więcej namawiała inne koleżanki z klasy aby sie ze mnie podśmiewały czy ze mną niekolegowały ( miałam spory trądzik w liceum i było to źródło mych licznych kompleksów ) Bardzo wtedy przez nią cierpiałam i rany choć już się zagoiły to blizny gdzieś tam po nich zostały. Wiec co robię ? To samo co z ex. Opowiadam jak mi to świetnie idzie i się powodzi gdy się czasem gdzieś tam spotkamy , aby ją wkurzyć. Mimo ,ze nie zawsze idzie mi świetnie i czasem wiatr wieje w oczy - tym dwóm osobom, nigdy się do tego nie przyznam i zawsze będę stwarzać pozory jak to mam świetnie i jaka jestem super i jakie to udane życie mam. Może to i płytkie, może małostkowe - ale tak już mam.
I to dodaje takiej siły wewnętrznej? Czy odwrotnie? Co czujesz, gdy tak niby grasz rolę, odbierasz reakcje tych osób? Jak oni reagują? Nigdy na przykład nie masz poczucia, że przesadziłaś lub zwątpienia, że nie uwierzyli..."Rozgryźli Cię"? Żadnych zgryzot?)) - nie tak, żeby coś krytykowała, jestem ciekawa przeżyć ![]()
Zanetko, po przeczytaniu Twojego posta pomyślałam "oto definicja pesymizmu"...
Bardzo smutne stwierdzenia, że nikogo nie interesuje nasze życie, że po co nadawać kolor czemuś, co jest beznadziejne itp. Mam mieszane uczucia. Z wyjątkiem ewidentnego przekłamywania faktów typu "byłam na świetnej imprezie" podczas gdy się siedziało w domu - cała reszta wydaje mi się tylko różnicą między spojrzeniem na świat optymisty i pesymisty. Ja jestem nieuleczalną optymistką. Więc chodzę zadowolona i dumna z moich osiągnięć, bo tak je postrzegam. Zdaję sobie sprawę, że dla innych osób mogą być to niewiele warte osiągnięcie, ale ja jestem z nich dumna i już! Dlaczego mam umniejszać wagę moich osiągnięć (dla mnie) i próbować je realnie kwalifikować?
Nie da się uniknąć rozmów z innymi na temat zdarzeń z własnego życia. Moja relacja zawsze będzie w stylu "to była rewelacyjna wycieczka, poznałam fajnych ludzi, zobaczyłam ciekawe miejsca". To mój punkt widzenia, to jest dla mnie najważniejsze i to przekażę rozmówcy. I nieważne, że można o tej samej wycieczce powiedzieć "cały czas padał deszcz i było masakrycznie zimno". Realna ocena sytuacji to połączenie tych wszystkich informacji. Ale rozmowa z drugim człowiekiem to nie zestawienie rachunkowe, gdzie wszystko musi być przedstawione. Wybieram tę część opisu, która jest dla mnie ważniejsza. A że to zawsze ta, która się lepiej prezentuje? Ja to nazywam optymizmem a nie zachowywaniem przed innymi pozorów udanego życia.
Jestem też zdeklarowaną zwolenniczką teorii, że wykreowane przez siebie obrazy samego siebie się spełniają.
Ja nie stwarzam pozorów idealnego życia; mojemu życiu jest dallllllllleko do ideału; mam barki w prawei każdej dziedzinie życia.
Wiem, że istnieją jednostki, które wszem i wobec twierdzą jakie mają idealne życie; cudowna praca, fantastic zarobki, megaprzystojny facet, dzidzia w planach itp... każda z nas słyszała podobne brednie.
Uważam to za brednie, bo nikt nie ma tak jak opowiada ( gdyby tak było - koloryzowanie rzeczywistości nie miałoby sensu i sami opowiadający byliby spełnieni życiowo i nie opowiadali o życiu tylko je przeżywali).
Jeśli spotykam taki obiekt, wysłucham, pokiwam głową i prawie zaraz zapomne.
Jeśli sptkam osobe , którą lepiej znam to do pewnego stponia rozmawiam z nią szczerze.
Ja niczego nie udaje, nie jestem w życiu szcześliwa ( to pewne ) ale jestem z niego w miare zadowolona (co też jest b. ważne), przez co osiągnełam pewny rodzaj spełnienie i daltego nie opowiadam historii o swoim życiu tylko żyje ( staram sie jak umiem najlepiej).
ciekawy temat ![]()
tak, też kiedyś udawałam, dopasowywałam się do norm społeczeństwa, wyglądało to tak;
- chodzenie do Kościoła (choć w głębi serca brak wiary w zapisy biblijne),
-spotkania rodzinne na święta (choć w szczerze odpoczęłabyś od ciuchów wizytowych i ładnego wyglądu, walnęła się na kanapie w dresie i odpoczęła po pracy)
-udawałam milusią dla wszystkich (wbrew sobie, bo czułam, że lepiej się pozbyć z życia ludzi, dla których jestem faktycznie obojętna)
5 lat temu, wszystko zmieniłam. Przerwałam ten chory proces - bo społeczeństwo, sąsiedzi, znajomi najważniejsi. Wyjechałam z rodzinnego miasta. Nie muszę nic udawać, jeździć na święta i udawać, że się wszyscy kochamy i akceptujemy (a w ciągu roku nawet do siebie nie dzwonimy, nic o sobie nie wiemy).
Dziś jestem przeszczęśliwym człowiekiem, żyję z partnerem tak jak oboje chcemy, nikomu się nie tłumaczę, ponieważ nie uważam, że muszę. Dużo cierpienia mam za sobą, więc teraz chcę żyć w radości i spokoju. Udało się
Bez pozorów, bez maski.
Rodzina musiała (lub też nie) pogodzić się z tym, że:
-do miłości i szczęścia nie potrzebuję księdza, kościelnego ślubu i wesela za grube tysiące
-do udanej ciąży i porodu nie potrzebowałam szkoły rodzenia i porad przerażonych porodami i zmęczonych życiem, wychowywaniem dzieci, kobiet
-praca w domu, może uszczęśliwiać, nie trzeba pracować na wysokim stanowisku (choć rodzina by tak wolała ;> ) by być spełnionym
-nie muszę jeździć na świąteczne obżarstwa i gadać o bzdurach, kłyszczyć się przy stole; żeby integrować się z ludźmi, których nie znam, a nazywamy się rodziną i tylko nawa tej komórki społecznej pozwala powiedzieć, że jesteśmy jakoś tam sobie bliscy ^^
-do życia wystarcza mi miłość mamy i brata, bo tylko oni są faktycznie mi najbliżsi, tylko oni w jakimś stopniu mnie znają ![]()
Każdy powinien żyć tak jak chce, bez kajdanów narzucanych przez społeczeństwo, religie, politykę. Nie każdy jednak ma odwagę, by zacząć żyć odmiennie ale szczęśliwie ;D
ŻYCZĘ WSZYSTKIM DUŻO SIŁY I OGROMU RADOŚCI. ŻYCIE MA SIĘ TYLKO 1, CZASU SIĘ NIE COFNIE, WIĘC DZIAŁAJCIE I BĄDŹCIE SZCZĘŚLIWI xD
Dowartościowujemy się w ten sposób, pokazujemy to, jakimi chciałybyśmy być. Może też trochę żeby wzbudzić zazdrość? Może lepszym słowem będzie tu "podziw".