Opowiem Wam moją banalną historię.
We wrześniu i październiku miałam stażystę - jestem nauczycielką. Młody chłopak na 4 roku studiów. Mieliśmy fajny kontakt, dużo gadaliśmy, na przerwach wyskakwialiśmy na papieroska. Czułam się jak na studiach, 15 lat młodsza! Praktycznie od razu przeszliśmy na ty. Nasze kontakty ograniczyły się jednak do szkoły. Bodajże raz go podwiozłam kawałek.
Po skończonej praktyce zadzwonił do mnie i spotkaliśmy się na kawie. Nie wiem dlaczego się zgodziłam, ale się zgodziłam. Jak się rozstawaliśmy dalej nie widziałam w tym nic złego. Przecież tylko mi dziękował, że nie robiłam mu żadnych dodatkowych problemów.
Po tym spotkaniu było następne i następne. I nic złego chyba nie robiłam, ale czułam się winna, bo nikomu o tym nie mówiłam. W końcu to ja zadzwoniłam do niego, pierwszy raz. Mąż wyjechał na tydzień, nie miałam szczególnie nic do roboty. Spotkaliśmy się w restauracji a później poszłam do jego... mieszkania studenckiego. Bez zbędnych ceregieli wzięliśmy się do roboty... Po wszystkim wyszłam i od tej pory zamiast przy kawie spotykaliśmy się u niego, 2, 3 razy w tygodniu, czasem rzadziej. Postawiłam sprawę jasno. Tylko seks. I to jaki ![]()
Zreszta nie mial nic przeciwko temu bo ma dziewczyne, narzeczona! ktora jest na stypendium zagranicznym we Wloszech.
No i tak to trwalam sobie w takim zyciu, ktore i tak mialam intensywne az on powiedzial ze przyznal sie dziewczynie o tym co robimy. I ze chce byc ze mną, żebym zostawiła męża... Dla mnie nierealne, zresztą od początku o tym wiedział. Co robić?