Zakochalam sie w facecie starszym,w separacji,w facecie-moim przelozonym...mialam 26 lat-on 11 wiecej....oj i wcale nie bylo kolorowo...zdradzal mnie wiele razy-stracilam bliska kolezanke...wybaczalam...tak pieknie gadal...obiecywal...bo jaki to on zraniony przez zycie itd...lubil sobie wypic...ja pilam tez...taka impreza,przez 4 lata i praca razem...nigdy nie mieszkalismy tak naprawde razem,bo on nie moglby zranic dzieci...odpychal mnie i przeciwnie-szeptajac zdobywal na nowo...
do czasu...2 lata temu przecholowalismy,on prowadzac po pijanemu....stracil prawko-musial wrocic do miasta-mieszkal 40 km od miejsca pracy-bez samochodu-dupa...wiec wrocil...ale do niby ex zony...mnie powiedzial,ze na tydz...dwa....ze spi w dzieci pokoju...po 3 m-cach,sama odkrylam prawde-wrocil na dobre...od poczatku tak bylo...nawet 5 min nie znalazl,by ze mna porozmawiac...zalamalam sie,tabletki nasenne przez 2 m-ce...ciagle razem pracowalismy...jakos sie pozbieralam,zaczelam spotykac sie z ludzmi...wrocil z milosnymi obietnicami,jak ponownie zaczelam jakos tam zyc-po 6m-cach...ze tylko ja itd.wyprowadzil sie od ex zony na 6tyg...mieszkal u mnie przez 3-trzy tyg chlania codziennie...mial sie zorganizowac,poszukac mieszkania dla siebie,odlozyc pieniadze...nic nie zrobil...zamieszkal w hotelu-i znowu picie,uzalanie sie nad soba...po ktorejs tam klotni-nie odzywalam sie do niego przez tydz...wrocil do zony-ex zony...i znowu nie znalazl nawet minutki,by mi cokolwiek wyjasnic,nic...widywalismy sie w pracy-ledwie sie do mnie odzywal...tak jakby nigdy nic sie nie wydarzylo...minelo juz kilka miesiecy-ja nikogo nie mam...przechodzilismy etap bycia przyjaciolmi-on bardzo tago chcial-bo przeciez,jak to sam mowil,tej nici porozumienia nikt nam nie zabierze...ja nie potrafilam pojsc na ten uklad,ze niby wszystko ok...za bardzo mnie zranil...a jednak do teraz pozbierac sie nie moge,mojego poczucia wlasnej wartosci wlasciwie nie ma,nic mnie nie cieszy,nic mi sie nie chce...gdzies tam w srodku jest ciagle ta rana-ze po 4 latach,fajnych tez dni,zabraklo mu odwagi,by szczerze ze mna porozmawiac...i musze z nim pracowac teraz...to pieklo,nie praca...i brak mi wiary i sil,by w koncu zaczac szukac innej pracy,by odciac na dobre pepowine...bo wiem,ze tylko tak,ocale siebie...bo wiem,ze strasznie glupio,ale ja go naprawde kochalam...
Podobne tematy
Wszystko wiesz, masz w głowie poukładane całkiem nieźle. A że go kochałaś? Bardzo często uczucie nie idzie pod rękę z rozumem. Dobrze, że przejrzałaś na oczy i rozum wrócił na swoje miejsce.
A z drugiej strony, co miał powiedzieć Tobie ten Twój szef/kochanek? Czy rzeczywiście chciałaś usłyszeć "nie odejdę od żony, a z Tobą jest mi wygodnie"?
Trzymam kciuki ![]()
Z całym szacunkiem i wyrozumiałością ale jesteś sobie winna. Również "mam pod soba" pewne grono kobiet w pracy". Prowokują mnie codziennie, mógłbym miec romans ale doskonale jestem świadomy, że w pracy z dala od takich akcji.
Ta kobieca gra jest każdego dnia, trzeba się przyzwyczaić i robić swoje czyli pracować.
Jedyna rada zmień pracę i wyciągnij wnioski. Szef zawsze czuje władzę nad personelem, kobiety bardzo łatwo ulegają gdy szef jest np. przystojny bla bla. Granica jest bardzo cienka.
Miałaś przygodę, tylko tyle...
Pozdrawiam.