Mam wyrzuty sumienia i zastanawiam się ostatnimi dniami intensywnie czy dobrze zrobiłam... Nie mogę przez to spać, skupić się na czymkolwiek. Może od początku.
Poznaliśmy się przypadkowo. Spodobaliśmy się sobie - więc po pierwszy spotkaniu, krótkim - nastąpiły kolejne. Pochodziliśmy do tego z dystansem, oboje. Ale z czasem stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Generalnie można powiedzieć, że byliśmy ze sobą, jeśli to można nazwać byciem ze sobą, przez 3 miesiące. Było raz cudownie, ale też było też wiele momentów niefajnych. Nazwijmy go Filipem.
Czułam, ze naprawdę mu się podobam, taka jaka jestem. Choć wcześniej byłam już w kilku związkach, dopiero teraz poczułam to coś. Miałam wrażenie, że oboje to czujemy. Filip nie rozpieszczał. Kwiatami, ciepłymi słowami, prawił mi komplementy. Ale też było dużo niedomówień. Skąd wynikały? Wydaje mi się, że oboje chcieliśmy pokazać na siłę, między tymi fajnymi momentami, że nam nie-zależy. A może tylko mi się wydaje, może zależało tylko mi - maybe...
Trudno było mi go rozszyfrować... z jednej strony szalał za mną, było to widać... a drugiej czasami olewał. Mówił jedno, robił drugie. A jak to mawiają - liczą się czyny, nie słowa.
Podobała mi się jego ukrywana wrażliwość, cięte poczucie humoru, wygląd, to jak mnie dotykał i czule się do mnie zwracał - byłam w siódmym niebie....
Nie podobało mi się, że zmieniał zdanie. Że nie mogłam na niego liczyć. Bywał niesłowny. Za często. Gdy przesadził, powiedziałam, żeby mi dał spokój, ale przeprosił... a ja głupia, zauroczona dałam się wkręcić... zamiast posłuchać podszeptu intulicji, dać sobie spokój.
Ale nie to jest najważniejsze w tej historii... W styczniu podczas naszego ostatniego spotkania powiedział mi, że na początku szalał za mną bardzo mocno, ale chyba mu przeszło i zaproponował przyjaźń... Kategorycznie odmówiłam. Zapytałam czy przez to, że się w nim zakochałam? POwiedziałam, że nie zakochałam się w nim, tylko Od zawsze mam zasadę, że nie przyjaźnie się z byłymi, po prostu nie odpowiada mi takie coś, nie umiem. Powiedziałam mu to - stwierdził, że to idiotyczne (być może, z jego punktu widzenia). Na koniec spotkania jednak zmiękłam i powiedziałam, że w porządku, spróbujemy.
Na następny dzień mieliśmy isć na koncert. Miał mi jeszcze tego dnia dać znać co i jak. Napisał, to fakt, że nie może i że ma nadzieję, że jest mi jednak żal, że nie pójdziemy.
Tak... było mi żal. Ale nie odpisałam na tego sms-a. Stwierdziłam, że będzie lepiej kiedy pozostane przy decyzji przy jakiej obstawałam na ostatnim spotkaniu - że nie chcę się już spotykać, nie chcę koleżeństwa, bo nie wierzę w coś takiego.
Od stycznia minęło trochę czasu, od tego momentu nie mamy kontaktu. Tak jak chciałam. W końcu nie odpisałam na sms-a. Czy chcę tego kontaktu - nie, wiem, że nie byłoby to dobre dla mnie. Zdecydowanie nie. Ale, ale... od stycznia męczą mnie wyrzuty sumienia, że tak postąpiłam.Ze sie nie odezwałam wtedy.
Z jednej strony miałam prawo, bo przeciez postawiałam sprawę prawie jasno... z drugiej czuję się bardzo głupio, bo zniknęłam tak po prostu, bez słowa (dla własnego dobra, wiem co mówię!): (
Uważacie, że postąpiłam słusznie... ? uprzedziłam go przecież, że jeśli się więcej nie odezwę to znaczy, że znikam na zawsze... (na usprawiedliwienie dodam, że on wiele razy podczas 3 miesięcy nadszarpnął mojego zaufania...) eh:/