Nie wiem właściwie jak opisać swoją historię, ponieważ kiedy patrzę na to wszsytko z boku, winę widzę tylko w sobie. I tak prawdopodobnie inni też będą to postrzegać. A ja chciałabym być jedynie szczęśliwa i dać szansę na szczęście mojemu mężowi. Widywaliśmy się od czasów liceum, był moim pierwszym mężczyzną. Z dobrego domu, ułożony, spokojny - idealny materiał na męża. Ja z kolei lubiałam być spontaniczna, "myślę-robię". Pełnią życia był dla mnie nieplanowany wyjazd za miasto, spontaniczna impreza. On miał wszystko zaplanowane po kolei: studia- praca-małżeństwo-dzici-dom itd. Pełnia szczęścia - dla niego. Pierwsze tknienie że "to nie to" maiłam zaraz przed ślubem. Nie mieszkaliśmy razem, ja na studiach w zupełnie innym mieście, on w na drugim końcu kraju. Drażniły mnie jego sceny zazdrości - trochę na złość zaczęłam "korzytać" z ostatnich chwil studenckiego życia. Nie bez przesady, ale na powrót zaczęłam spotykać się ze znajomymi - których "zrezygnowałam" z powodu częstych wyjazdów do przyszłego męża. Poczułam, że otoczenie przyjaciół daje mi szczęście, zaczęłam dodatkowy fakultet, chciałam się rozwijać. Czułam że coraz bardziej się od niego oddalam, a wizja ślubu ktiwła nade mną jak ciężar. Powiedziałam o swoich wątpliwościach siostrze. Odradzałam mi wszsytko, mówiła: zastanów się, tyle lat jesteście razem (wówczas 5 lat). Postanowiłam mu o wszystkim powiedzieć. Pojechałam na drugi koniec kraju na najpoważniejszą rozmowę swojego życia. Byłam przerażona. Był płacz, krzyki, żal. Nie było "rękoczynów", choć i tego się spodziewałam (raz dla przekory udeżył mnie, bo powiedziałam że nigdy tego nie zrobi). Błagał żebym została, nie wiedziałam co robić. Kolejnego dnia spakowałam się, wróciłam do siebie. Wytrzymałam tydzień. Presja rodziny, wydanych na ślub pieniędzy wzięła góre. Wróciłam. Wzięłam ślub "z rozsądku". Niby byłam szczęśliwa, dawał mi czego chciałam. Powtarzał że mnie kocha. Ale czułam że to nie to czego pragnę. Przez rok było źle, kłóciliśmy się o wszystko, on miał do mnie żal, że bałaganie, że nie robie wielu rzeczy w taki sposób jaki on oczekuję. Ciągłe narzekania sprawiły, że wracałam z pracy coraz później. Któregoś dnia pozwoliłam sobie na większą bliskość kolegi z pracy. Z braku bliskości męża, z ciągłych narzekań...nie wiem. Poczułam się znów piękna, porządana. Walczyłam z tym. Powiedziałam, że nie mogę sobie na więcej pozwolić. Nic więcej się nie wydarzyło. Trzy miesiące po tym "incydencie" wyprowadziłam się do centrum kraju (mąż zmienił prace). Rzuciłam swoją pracę, pojechałam za nim. Sądząc, że tamto wydarzenie z pracy było tylko chwilowym zauroczeniem.
W nowym miejscu: kredyt, mieszkanie, urządzanie - znów czułam się potrzebna mężowi, chwalił że wiele potrafię. Doceniał w sposób jaki potrzebowałam, poczułam, że może się uda. Że ta "złota klatka" już tak bardzo nie uwiera. Że może poczuję to czego on ode mnie tak bardzo oczekuję. Znów presja wzięła górę nad wątpliwościami. Przyjaciel od "incydentu" coraz bardziej nalegał na spotkanie. Smsy -mmsy - coraz bardziej intymne. Nie wiem kiedy poczułam, że nie potrafię wytrzymać dnia bez rozmowy z nim. Zakochałam się. Pozwoliłam na przyjazd. Spotkanie pełne namiętności. Nie skończyło się w łóżku, po prostu rozmawialiśy. Zbyt duże wyrzuty sumienia, doprowadziły mnie do łez. Pocieszał, zapewnił że będzie przy mnie, że poczeka. Mówił, że dla niego to też ciężka sytuacja. Padło wyznanie - poczułam przerażenie. Po kilku dniach, powiedziałam mu: "koniec". Umilkłam. Nie odbierałam telefonów, maili. Uwadałam że nic nie czuję. Płakałam tylko pod prycznicem- inaczej nie mogłam pozowilić sobie smutek. Zczęłam udawać "super szczęśliwą". Potrafiłam oszukać nawet mamę i siostrę.
Po 4 miesiącach nieustannych prób z jego strony, pękłam. Kolejne spotkanie, łzy przeplatały się z nieograniczoną pełnią szczęścia - szczery sex z miłości. Nigdy nie czułam, że kocham - myślałam kiedy patrzył mi przy tym w oczy, widząc najskrytszy zakamarek mojego wnętrza. Wyrzuty sumienia, że ranię i oszukuję męża przepychały się z myślami miłości. Totalna "schizofrenia". Zaczęły się potajemne spotkania. Wyjazdy na "szkolenia". Przy nim jestem po prostu szczęśliwa, uśmiecham się. I nie chodzi o cielesność. Uwielbiamy rozmowy ze sobą, zwykłe spędzanie czasu, trzymanie się za ręce. Jestem potworem - powiedziałam mu kiedyś. Przyłożył mi rękę do ust - rozpłakał się. Zaprzeczył. Powidział, że będzie przy mnie i wie jak wiele mnie kosztuje rozwód z mężem. Z jakiego życia rezygnuję dla niego.
Wiem, że zniszczę cały świat mojego męża. Już raz przez to przechodziłam. Nie maiałam wówczas tyle sił, żeby od niego odejść. Pozowolić na ułożenie sobie życia z kimś kto będzie kochał go tak bardzo jak na to zasługuje. Nie kocham go, ale szanuję- wbrew temu co mu robie zdradzając go z innym. Chciałabym go kochać tak bardzo jak on chce. Ale ja nie potrafię ;(
Nie wiem jak mam mu to powiedzieć. Każdy moment nie jest odpowiedni. Wiem, że mnie znienawidzi. Wyrzuci z domu. Choć w mieście gdzie mieszkamy, nie mam żadnej rodziny, ani przyjaciół. Na swoich rodziców nie mogę liczyć. Wiem, że zostanę sama. I będę zdana tylko na siebie. Mój kochany, zapewnia mnie że będzie przy mnie. Ale ja nie chcę go w to plątać. Chcę sobie sama to poukładać. Tylko nie wiem czy wystarczy mi na to sił...
Podobne tematy
Edzik, a w sumie dlaczego powinnać być szczęsliwa? Tylko dlatego, że masz męża? Przecież napisałaś, że wyszłaś za mąż z rozsądku, że nie układało się Wam po ślubie. Tak, myślę, że powinnaś odejść od męża i pozwolić by ułożył sobie życie z kimś kto będzie Go kochał. Napisałaś, że Go szanujesz, ale przecież Ty wcale Go nie szanujesz. Nie można kogoś szanować a jednocześnie oszukiwać i zdradzać.
Tak! Ja na twoim miejscu ( chodź w podobnej sytuacji jestem na miejscu twojego przyjaciela) zakończył bym, to małżeństwo. Nie piszesz nic o dzieciach. Wiec mniemam, że ich nie masz. Dlatego nie widzę większych problemów. Chodź męża też miej na uwadze i nie baw się jego uczuciami. Piszesz, że raz już próbowałaś przed ślubem to zakończyć. Ale brakło ci sił. Jeżeli twój przyjaciel chce ci pomóc i faktycznie rozumie wszystko co się w okół ciebie dzieje. To pozwól mu na to. Bliska osoba, która cię rozumie, wspiera w tak trudnych momentach dodaje naprawdę ogrom siły do działania. Piszesz dom i inne dobra z tym związane masz. Ale czy nie lepiej jest żyć skromnie w małym domku czy mieszkaniu ale z osobą którą się kocha i która kocha tylko ciebie? Już to raz pisałem. Po co mi duży dom i piękny skoro mieszkał bym w nim sam? Nie warto marnować sobie życia z rozsądku. Dla mnie to nie poważne zachowanie. Masz osobę, którą kochasz i ona ciebie. Staraj sobie z nim ułożyć życie i być szczęśliwą, bo na to zasługujesz jak każdy z nas. Również i twój mąż, który pewnie z czasem ułoży sobie życie z kimś innym. Nie obarczaj się tylko zacznij działać.
edzik Ty już go wplątałaś, przecież wszystko co się teraz stanie będzie związane właśnie z nim. Jeśli jestem pewna tego uczucia które Was łączy, zaryzykuj. Nie można iść jednocześnie dwoma drogami.
edzik jakie to małżeństwo z rozsądku to raczej małżeństwo zawarte pod presją. Nie jestem za zdradzaniem męża czy żony bo sama zostałam zdradzona. Ale jeśli męczysz się w tym związku to to nie ma żadnego sensu zamęczysz siebie a potem twojego męża - tak nie można , bo igrasz sobie z jego uczuciami. Musisz mieć dużo siły by podjąć tę właściwą decyzję - Ja jestem z Tobą ![]()
edzik - nie mozna oszukiwać tak drugiej osoby. Wiem co mówię, bo to ja byłam zdadzana. Na pewno mąż będzie załamany, pojawią się łzy, ból i cierpienie, ale on zasługuje na to żebyw iedzieć a dwa żeby ułożyć sobie życie z kimś innym.
Kto go na prawde pokocha. Nie odbieraj mu tej szanszy. Nie możesz być egoistką, ty już wybrałaś.
Z drugiej strony dziwie Ci się, że zdecydowałaś się na ten śłub. Rodzina wiadomo chciała jak najlepiej ale to Twoje życie. Pamętaj o tym.
przeczytalam tylko polowe poniewaz nie chce mi sie dalej tego czytac co piszesz. Nie postepujesz racjonalnie bylas wolna osoba nikt cie nie zmuszal do slubu widocznie nie doroslas do tego zwlaszcza po tym co piszesz ze tesknilas za dyskotekami i zyciem studenckim zranilas swojego meza jezeli jest ci z nim tak niedobrze dlaczego mu tego nie powiesz przeciez go nie kochasz sluchaj a jakbys wpadla z tym kolega a twoj maz wychowywal by nie swoje dziecko bo nie starczy odwagi zeby mu powiedziec- pomysl zanim cos zrobic umow sie na terapie do dobrego psychiatry bo sama nie wiesz czego chcesz a to dlatego ze masz wszystko nie martwisz sie ze nie masz co do gara wlozyc jakbys miala takie zycie i problemy czego ci nie zycze zapewne nie pisalabys takich glupot .
Napiszę trochę jakby wbrew sobie ale trudno. Napisałaś, że jak odejdziesz to zniszczysz świat swojego męża, teraz też go niszczysz tyle, że na raty (swój świat przy okazji też). Jeżeli czujesz, że już nie potrafisz swojego męża pokochać a w tamtym się odkochać to sądzę, że powinnaś odejść, nawet jak w tamtym się odkochać potrafisz ale w mężu już się ponownie nie zakochasz to też lepiej jak odejdziesz. Nie wiem jakim jest człowiekiem twój mąż (zakładam, że sobie w głowę nie strzeli albo ci krzywdy nie zrobi) ale ja będąc tobą bym odszedł, poza tym ja się dowie, że masz kochanka to przeżyje to dużo gorzej niż jak po prostu odejdziesz. (jak kobieta odchodzi od faceta jest mu źle ale jak odchodzi do innego jest mu baardzo źle(delikatnie rzecz ujmując). Pamiętaj facet "żywi" się miłością kobiety, uczucia typu jest mi cię szkoda lub szanuje cię są dla faceta mało "kaloryczne". Za długo nie będziesz w stanie udawać a twój mąż w końcu to wyczuje i relacje między wami staną się nie do zniesienia. Piszesz, że Cię znienawidzi, pewnie tak, ale przecież Ty tak czujesz jak czujesz , różnica jest taka, że on o tym nie wie. Co do tego drugiego faceta to już go w to wplątałaś ( ściślej sam się wplątał) więc oddzielanie twojego ewentulanego odejścia od męża, od uczuć jakie masz względem tego drugiego jest trochę sztuczne. Choć może rzeczywiście być tak, że od dawna miałaś ochotę odejść a twój nowy "związek" tylko to uczucie wzmocnił. Niestety odejście od męża do kochanka stawia cię w sytuacji .....(nasze katolickie społeczeństwo wypracowało wiele określeń) i dla tego lepiej odejść samotnie a potem się związać z kimś. U ciebie jest o tyle gorzej, że jak piszesz sama sobie nie poradzisz a z pomocy tego drugiego skorzystać nie chcesz. Będzie ciężko fakt. Pamiętaj to piszę to tylko opina jakiegoś tam faceta, zrób co czujesz, że chcesz zrobić. (świadomie napisałem "chcesz" a nie "musisz")
Jesli masz odobinę szacunku dla siebie, to odejdziesz od męża i nie bedziesz mu zawiązywała zycia, które moze sobie na nowo ułozyc. Mnie zastanowiła twój żal za mieszkaniem i innymi dobrami z których bedziesz musiała zrezygnować, oraz nieuniejetność brania na siebie odpowiedzialności za własne czyny. Odnoszę wrazenie, że jestes emocjonalnie bardzo niedojrzała.
Edzik, wydajesz się być bardzo wrażliwą i delikatną osobą. Uważam, że powinnaś odejść od męża. To już nie jest tylko zdrada fizyczna, ale i zdrada emocjonalna. Tutaj naprawdę nie ma się już nad czym zastanawiać. Stało się, i przestań ranić innych. Pozwól mężowi ułożyć sobie życie z kimś, na kogo zasługuje. A tak trzymasz się kurczowo, tego "koła ratunkowego" w postaci swojego męża, i boisz się wziąć konsekwencje na własne barki. Dziewczyno, naważyłaś piwa, to je teraz wypij. A namieszałaś w cholerę przez własne niezdecydowanie, bezwolność, i podatność na sugestie innych... Skrzywdziłaś siebie, swojego męża i ranisz teraz tak naprawdę kochanka każąc mu czekać. Osobiście, bałbym się być z kimś takim jak ty. Kto wie, może znowu zmienisz zdanie.
Pozdrawiam, i co złego to nie ja.
Jak czytam Twoją historię Edzik to mnie krew zalewa. Chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele kobiet chciałoby mieć kochającego męża, dom i wszystko to, co Ty posiadasz. Ale Tobie nie pasuje. Współczuję Twojemu mężowi, że wybrał sobie tak niedojrzałą kobietę na żonę jak Ty. Pewnie doceniłabyś swoją sytuację, gdyby Twój nowy wybranek okazał się totalnym chamem, okradł ze wszystkiego, zostawił Cię samą, bez żadnych środków do życia, a Ty mieszkałabyś pod mostem. Nie życzę Ci tego absolutnie, bo aż taka złośliwa nie jestem, ale obudź się w końcu kobieto! Jesteś pewna, że kochasz tego nowego mężczyznę? A może inaczej, że on kocha Ciebie? Że Cię nie skrzywdzi? Zastanów się, to może być tylko zauroczenie, a potem może okazać się, że jednak kochałaś i kochasz męża ale powrotu może już nie być. Mój facet też mi powiedział, że nie kocha mnie a potem zmienił zdanie. Dziwię Ci się też, że masz odwagę okłamywać męża a nie miałaś jej by sprzeciwić się rodzinie i odwołać ślub. Po co on był skoro go niby nie kochałaś? Nie rozumiem tego kompletnie. Zastanów się dobrze i albo oprzytomniej albo jak najszybciej rozstań się z mężem. Jedno albo drugie. Życzę powodzenia.
edzik---doskonale Ciebie rozumiem,przedstawiasz moją historie,z tym ze my mamy już dziecko 3 letnie teraz,i ja niemam jako takiego romansu........jak u Ciebie,ale myślę o uczciwym rostaniu,zanim dojdzie do 3 kryzysu między nami,róznica jeszcze jest taka,że tutaj niektórzy Ciebie rozumieją,a u mnie na forum ,wszyscy mnie zje****li............
Masa ludzi radzi ratowac zwiazek,małżeństwo,ale nikt nie potrafi postawić się w sytaji,gdy namietność wygasła........coś się we mnie wypaliło............
nie szukam rady,współczucia,ciesze się bardzo ze jest ktoś kto czuje podobnie.........
pozdrawiam
ja też myśle o odejściu,ale jednak jeszcze tylko myslę...........
też przed ślubem próbowałam odejśc ,to samo,razem 5 lat,presja rodziny i żal ,,męza,,obiecął zmianę...........
a teraz znów ja jestm najgorsza,bo jest już dziecko...............
Moja historia jest podobna. Bylam ciekawa jak wiele kobiet cos takiego przezywa. Wiem ze to straszne. Dlugo nie moglam podjac decyzjii balam sie wlasnie tego czy to nie jest tylko zauroczenie. Nie bylo.W sumie nic nie wyszlo. Bo moja sytuacja byla pokaplikowana na maksa. Jets nadal. Teraz rozwod. Wychowuje sama 2 dzieci . Jets ciezko. Ale wiem ze w takim zwiaku nie da sie zyc. Wsluchaj sie w siebie i podejmij odpowiednia decyzje. Im szybciej tym lepijej. Najgorzej nie wiedziec co dalej. Trzymam kciuki. Sluchaj siebie, nie ludzi.
jak mam słuchac tylko siebie.to chce odejśc i zyć..........................
15 2011-07-26 15:29:04 Ostatnio edytowany przez Ladybird83 (2011-07-26 15:45:50)
Stary wątek, ale autorka może jeszcze tu zagląda. Byłam w baaardzo podobnej sytuacji. Zdecydowałam się na rozwód. Nie żałuję, chociaż trzeba stawić czoło wielu nieprzyjemnościom:
-wyrzuty sumienia
-większość znajomych odwraca się od Ciebie
-musisz liczyć się z tym, że eks mąż będzie chciał Ci dowalić na każdy możliwy sposób.
Odejdziesz od męża, ludzie będą gadać, że jak mogłaś zostawić takiego dobrego faceta. Nie spodziewaj się, że zrozumieją jak im zaczniesz mówisz co czujesz. Ludzie z reguły myślą: Nie bije, nie pije więc o co chodzi. Widać to chyba po ilości małżeństw, które są ze sobą tylko ze względu na dzieci, wygodę czy po prostu z przyzwyczajenia. No i widać po niektórych postach tutaj.
Mój mąż pod wieloma względami był toksyczny, nie mogę powiedzieć że jest zły, po prostu nie jest dla mnie. Nie był taki na początku, zmienił się z czasem po dwóch latach małżeństwa, swoim narzekaniem, pesymizmem i brakiem jakiejkolwiek inicjatywy aby to zmienić. Zaczęłam dłużej pracować żeby tylko nie siedzieć w domu i nie wysłuchiwać tych żali do całego świata i do mnie. Niestety to niszczy uczucie, po 3 latach prób naprawienia tego, namawiania go na zmiany i spełniania jego zachcianek byleby się tylko uśmiechnął poddałam się, odeszłam, z czasem pojawił się ktoś nowy z kim układam sobie życie.
Oczywiście mąż nie widzi swojej winy, wszystkim dookoła opowiedział, że zostawiłam go dla innego. Większość uwierzyła, bo tak jak mówiłam, większość ludzi podchodzi do małżeństwa jak do swoistego układu, jak np. forumowiczka parę postów wyżej. U nas obce są jeszcze pojęcia presji psychicznej czy wyniszczania psychicznego. Większość ludzi żyje wg. bardzo prostego schematu: ślub, dom, dzieci. Wywiera się presje na kobietach, aby do jakiegoś wieku wyszła za mąż bo inaczej wstyd, a jak ma męża to powinna go po nogach całować i skakać z radości. Gwarantuję Ci, że rzeczy w stylu: masz męża to się ciesz, twój biedny mąż itp. piszą osoby albo samotne (które oddałyby wszystko za jakiegokolwiek współmałżonka), albo skrajnie prawicowe (:P), albo które żyją na bardzo jednostajnym prostym poziomie uczuciowym. Niestety każdy człowiek to inna osobowość i nie każdy chce tak żyć.
Ale zastanów się, czy nie lepiej to przetrwać, bo z czasem będzie miedzy wami gorzej, zaczniecie drażnić siebie nawzajem, będziecie mieli dzieci i dopiero zniszczycie sobie życie i wielu osobom dookoła. Bo gwarantuję Ci że udawać szczęście można jakiś czas, ale w końcu nie dasz rady, a tylko wykończysz się psychicznie.
Jak powiedział Oscar Wilde: "Egoizm nie polega na tym, że żyje się tak jak się chce, lecz na żądaniu od innych, by żyli tak jak my chcemy".
Trzymam kciuki ![]()
Jak czytam Twoją historię Edzik to mnie krew zalewa. Chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele kobiet chciałoby mieć kochającego męża, dom i wszystko to, co Ty posiadasz. Ale Tobie nie pasuje. Współczuję Twojemu mężowi, że wybrał sobie tak niedojrzałą kobietę na żonę jak Ty. Pewnie doceniłabyś swoją sytuację, gdyby Twój nowy wybranek okazał się totalnym chamem, okradł ze wszystkiego, zostawił Cię samą, bez żadnych środków do życia, a Ty mieszkałabyś pod mostem. Nie życzę Ci tego absolutnie, bo aż taka złośliwa nie jestem, ale obudź się w końcu kobieto! Jesteś pewna, że kochasz tego nowego mężczyznę? A może inaczej, że on kocha Ciebie? Że Cię nie skrzywdzi? Zastanów się, to może być tylko zauroczenie, a potem może okazać się, że jednak kochałaś i kochasz męża ale powrotu może już nie być. Mój facet też mi powiedział, że nie kocha mnie a potem zmienił zdanie. Dziwię Ci się też, że masz odwagę okłamywać męża a nie miałaś jej by sprzeciwić się rodzinie i odwołać ślub. Po co on był skoro go niby nie kochałaś? Nie rozumiem tego kompletnie. Zastanów się dobrze i albo oprzytomniej albo jak najszybciej rozstań się z mężem. Jedno albo drugie. Życzę powodzenia.
Ehh...
Dokładnie, aż żal ściska za serce jak się czyta takie historie ![]()
A tyle kobiet jest zdradzanych, bitych, niekochanych, dręczonych psychicznie, a trafi się taka co ma wszystko i tego nie chce ![]()
martuśka0291 napisał/a:Jak czytam Twoją historię Edzik to mnie krew zalewa. Chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele kobiet chciałoby mieć kochającego męża, dom i wszystko to, co Ty posiadasz. Ale Tobie nie pasuje. Współczuję Twojemu mężowi, że wybrał sobie tak niedojrzałą kobietę na żonę jak Ty. Pewnie doceniłabyś swoją sytuację, gdyby Twój nowy wybranek okazał się totalnym chamem, okradł ze wszystkiego, zostawił Cię samą, bez żadnych środków do życia, a Ty mieszkałabyś pod mostem. Nie życzę Ci tego absolutnie, bo aż taka złośliwa nie jestem, ale obudź się w końcu kobieto! Jesteś pewna, że kochasz tego nowego mężczyznę? A może inaczej, że on kocha Ciebie? Że Cię nie skrzywdzi? Zastanów się, to może być tylko zauroczenie, a potem może okazać się, że jednak kochałaś i kochasz męża ale powrotu może już nie być. Mój facet też mi powiedział, że nie kocha mnie a potem zmienił zdanie. Dziwię Ci się też, że masz odwagę okłamywać męża a nie miałaś jej by sprzeciwić się rodzinie i odwołać ślub. Po co on był skoro go niby nie kochałaś? Nie rozumiem tego kompletnie. Zastanów się dobrze i albo oprzytomniej albo jak najszybciej rozstań się z mężem. Jedno albo drugie. Życzę powodzenia.
Ehh...
Dokładnie, aż żal ściska za serce jak się czyta takie historie
A tyle kobiet jest zdradzanych, bitych, niekochanych, dręczonych psychicznie, a trafi się taka co ma wszystko i tego nie chce
A wpadłyście na to, że nie każdemu odpowiada dany typ faceta? Nie chodzi o to żeby był s*urwysynem itd. Nie popadajcie w skrajności. Dla Was wszystko jest czarne albo białe, ale są pomiędzy tym jeszcze szarości. Facet może być dobry dla jednej, ale inna chce czegoś innego. Skąd wiecie jak wygląda ich wspólne życie? Dziewczyna ma się trzymać męża tylko dlatego żeby nie zostać sama? Albo z litości? To nie są raczej mocne fundamenty małżeństwa. Presja otoczenia może być bardzo duża, ale trzeba się nauczyć myśleć samodzielnie. Posiadanie męża szczęścia nie gwarantuje wbrew pozorom, jestem tego żywym dowodem.
18 2011-07-27 16:37:05 Ostatnio edytowany przez Tisha (2011-07-27 16:37:50)
A wpadłyście na to, że nie każdemu odpowiada dany typ faceta? Nie chodzi o to żeby był s*urwysynem itd. Nie popadajcie w skrajności.
A wpadłaś na to, że ubolewamy nad tym, że to czego dużo kobiet pragnie, trafia akurat do osoby, która woli coś innego?
Dla Was wszystko jest czarne albo białe, ale są pomiędzy tym jeszcze szarości.
Bardzo mądre zdanie, niemniej jednak użyte w złej sytuacji. Niestety, ale nie możesz stwierdzić co jest dla mnie białe a co czarne, to bardzo skomplikowana struktura, aczkolwiek doceniam wysiłek ![]()
Facet może być dobry dla jednej, ale inna chce czegoś innego.
Dokładnie to napisałyśmy i dokładnie nad tym ubolewamy.
Skąd wiecie jak wygląda ich wspólne życie? Dziewczyna ma się trzymać męża tylko dlatego żeby nie zostać sama? Albo z litości? To nie są raczej mocne fundamenty małżeństwa. Presja otoczenia może być bardzo duża, ale trzeba się nauczyć myśleć samodzielnie.
Ekhm, pokaż mi gdzie napisałam, że ma się trzymać męża tylko po to by nie zostać sama. Widzę, że sobie coś dopowiedziałaś, ale oskarżenie trzeba poprzeć dowodem
Posiadanie męża szczęścia nie gwarantuje wbrew pozorom, jestem tego żywym dowodem.
Ja bym postawiła kropkę po "nie gwarantuje", a odpuściłabym sobie "wbrew pozorom". Nie wiem czy jesteś żywym dowodem czy nie, ale dla mnie ta kwestia jest oczywista.
Jak tak czytam te wypowiedzi, to coraz bardziej chcę być sam ![]()
20 2011-07-31 18:06:41 Ostatnio edytowany przez lara22 (2011-07-31 18:13:02)
Ja jestem w związku bardzo toksycznym bez miłości i wsparcia od 13 lat.Tkwie w tym wszystkim z przekonania że tak musi być i na to zasługuję. Niemam w małżeństwie własnego zdania, szacunku jestem dręczona psychicznie a i fizycznie też się zdarzyło ale mój mąż twierdzi że to moja wina bo np kupiłam złą pastę do zębów albo jadę do przyjaciółki bo niby po co. Narzuca mi swoje zdanie, muszę się ubierać tak jak on chce wykonywać wszystkie prace w domu czyli odgarniam śnieg zimą a on sobie ogląda telewizję. Boje się odejść i jeszcze mamy dziecko - nastawia je przeciwko mnie. Niech ktoś poradzi co robić.
lara,
a co Cię przy nim trzyma? Dlaczego z nim jesteś?
22 2011-08-02 13:31:22 Ostatnio edytowany przez elizabeth9 (2011-08-02 13:32:25)
Lara
Jestem w podobnej sytuacji z jedna różnica bez ślubu i bez dzieci . 15lat a od 6 msc. pod jednym dachem. nieporozumienia i pretensje pamiętam od zawsze, ale koszmar zaczął się po przeprowadzce do niego. teraz niema dnia bez kłótni, nie potrafimy się dogadać.często myślę że to moja wina. jakiś tydzień temu spakowałam się,( zresztą tak naprawdę to nigdy się nie rozpakowałam do końca.) już byłam gotowa psychicznie na odejście. ale płacz, żal jaka to ja jestem wspaniała, cudowna, wszystko naprawimy , będzie inaczej, zatrzymał mnie. udało mu się. Nie minął tydzień i wszystko co mówił runęło jak domek z kart. Dlaczego tak trudno odejść?, a tak łatwo uwierzyć że to jeszcze naprawimy! i po raz kolejny porażka! i co dalej błędne koło.
23 2011-08-02 15:31:25 Ostatnio edytowany przez Malwina69 (2011-08-02 15:33:26)
Bo ludzie nie zawsze do siebie pasuja!! nie dogadaja sie za diabła! a są ze sobą z miliona powodów, bo ciąża, bo tak wypada, bo tyle juz ze sobą lat spędzili.. bo kredyt, bo dzieci, bo teściowie, bo opinia..bo brak odwai by cos zmienić...i w pewnym momencie przychodzi zemsta duszy i cos pęka ...i ci bardziej odważni potrafią się ocknąc i pójść po swoje szczęście. A ten "dobry, kochający mąż " nie musi wcale być dla niej dobrym wyborem... .Największym błędem jest udawanie i wprowadzanie w błąd partnerów. Ludzie powinni sie rozwodzić!! niestety.... aacha i nie ma tu na mysli takich przypadków gdy faktycznie ktos zwyczajnie miał za dobrze w związku i sie znudził lub chce sobie urozmaicić życie codzienne... nie... mam na myśli niedobranie sie dwojga ludzi co wbrew pozorom zdarza się nagminnie...
Do połowy historii wszystko się zgadza, odzwierciedla moją sytuację, studia, życie ze sobą na odległość, on zaplanowane całe życie i konsekwentna realizacja zamierzeń - studia, praca, dom, rodzina. moja dewiza - zyj chwilą, zmieniaj zdanie i wizje na lepsze, korzystaj z okazji, kttóre daje życie, podróżuj, zwiedzaj, poznawaj ludzi, nie planuj.
tylko ze u mnie nie było zdrady fizycznej, nie mamy ślubu, ale "planujemy" wspólne zamieszkanie wkrótce (on szuka pracy w mieście, w którym jestem ja) - ta wizja powoduje, ze juz czuje jak petla zaciska sie na mojej szyi i trace głos. od kilku dni czytam histore podobne do tej - utwierdzaja mnie w przekonaniu, że czas powiedzieć basta, bo nadzieja na to, że wspolne mieszkanie, czy też slub wszystko zmienia na lepsze - właśnie prysła. Nikt nie zmienia swojego spojrzenia na świat z dnia na dzień.
Dobrze nam się ze sobą rozmawia, nie kłócimy się o drobnostki. Po prostu mamy inny cel w zyciu i nie mozemy isc jedną drogą, skoro nasze marzenia ciągną nas w różnych kierunkach. Zawsze kiedy o tym rozmawiamy w pewnym momencie dyskusja sie ucina, bo nie jestesmy w stanie znaleźć porozumienia. On wmawia mi, że życie, które chce prowadzić jest jakąś abstrakcją i że się tak nie da żyć, że kiedyś każdy musi osiąść w jednym miejscu i po prostu zwyczajnie żyć, dom, praca, dom praca, że tak zwyczajnie jest i muszę się z tym pogodzić. Moge zyc tak jak on "to sobie zaplanował", ale bede wtedy nieszcześliwa. Mogę próbować przekonać go do życia w moim stylu - ale on za tym nie nadąża, jak sam przyznał.
Ostatnio jest mi z tym tak niedobrze, ze nie mogę patrzeć mu w oczy. Kiedy śpimy obok siebie i budzę się wcześniej od niego, patrzę na niego i czuję, że to nie ten facet, obok którego chce się budzić do końca swoich dni. Jest dla mnie bardzo dobry, daje poczucie bezpieczeństwa, wiem, że mnie kocha (i dlatego to wszystko jest takie trudne), ale życie, które może mi zaoferować nie ma ani grama dreszczyku emocji. Nie jestem szczęśliwa. Niczym mnie nie zaskoczy, życie z nim będzie przewidywalne do granic nieprzyzwoitości.
Nie wiem, czy można kogoś przygotować na odejście, chyba nie. W każdym razie zdecydowanie nasze relacje nie są ciepłe jak kiedyś, kiedy był to związek na odległość i kiedy wizja wspólnego życia była bardzo hipotetyczna. teraz to ma stac się prawdą, a ja mam stać się kurą domową, w roli, w której kompletnie siebie nie widzę. Dzieci? Nie są dla mnie... na pewno nie wtedy, kiedy on chciałby je mieć (do 5 lat na pewno, a ja wtedy będę jeszcze zdrowo przed 30...)
Poza tym mam takie dziwne wrażenie, że kobieta, która da się usidlić przez faceta, który nie jest dla niej "super menem", nie fascynuje jej i nie jest motorem napędowym do działania - jest kobietą przegraną. Nie chcę taką być.
Kiedy mu to powiedzieć? Jest jakiś dobry moment na odejście? Dla jego i mojego dobra. Im później to zrobię, tym mniejsze szanse, że i ja i on znajdziemy osoby, które dadzą nam to, czego potrzebujemy. Bo potrzebujemy czegoś zupełnie innego od życia.
Chciałabym być tego tak samo pewna i brzmieć przekonująco, gdy przyjdzie nam o tym rozmawiać.
25 2011-12-04 20:04:09 Ostatnio edytowany przez maxi (2011-12-04 20:15:47)
Do połowy historii wszystko się zgadza, odzwierciedla moją sytuację, studia, życie ze sobą na odległość, on zaplanowane całe życie i konsekwentna realizacja zamierzeń - studia, praca, dom, rodzina. moja dewiza - zyj chwilą, zmieniaj zdanie i wizje na lepsze, korzystaj z okazji, kttóre daje życie, podróżuj, zwiedzaj, poznawaj ludzi, nie planuj.
tylko ze u mnie nie było zdrady fizycznej, nie mamy ślubu, ale "planujemy" wspólne zamieszkanie wkrótce (on szuka pracy w mieście, w którym jestem ja) - ta wizja powoduje, ze juz czuje jak petla zaciska sie na mojej szyi i trace głos. od kilku dni czytam histore podobne do tej - utwierdzaja mnie w przekonaniu, że czas powiedzieć basta, bo nadzieja na to, że wspolne mieszkanie, czy też slub wszystko zmienia na lepsze - właśnie prysła. Nikt nie zmienia swojego spojrzenia na świat z dnia na dzień.
Dobrze nam się ze sobą rozmawia, nie kłócimy się o drobnostki. Po prostu mamy inny cel w zyciu i nie mozemy isc jedną drogą, skoro nasze marzenia ciągną nas w różnych kierunkach. Zawsze kiedy o tym rozmawiamy w pewnym momencie dyskusja sie ucina, bo nie jestesmy w stanie znaleźć porozumienia. On wmawia mi, że życie, które chce prowadzić jest jakąś abstrakcją i że się tak nie da żyć, że kiedyś każdy musi osiąść w jednym miejscu i po prostu zwyczajnie żyć, dom, praca, dom praca, że tak zwyczajnie jest i muszę się z tym pogodzić. Moge zyc tak jak on "to sobie zaplanował", ale bede wtedy nieszcześliwa. Mogę próbować przekonać go do życia w moim stylu - ale on za tym nie nadąża, jak sam przyznał.
Ostatnio jest mi z tym tak niedobrze, ze nie mogę patrzeć mu w oczy. Kiedy śpimy obok siebie i budzę się wcześniej od niego, patrzę na niego i czuję, że to nie ten facet, obok którego chce się budzić do końca swoich dni. Jest dla mnie bardzo dobry, daje poczucie bezpieczeństwa, wiem, że mnie kocha (i dlatego to wszystko jest takie trudne), ale życie, które może mi zaoferować nie ma ani grama dreszczyku emocji. Nie jestem szczęśliwa. Niczym mnie nie zaskoczy, życie z nim będzie przewidywalne do granic nieprzyzwoitości.
Nie wiem, czy można kogoś przygotować na odejście, chyba nie. W każdym razie zdecydowanie nasze relacje nie są ciepłe jak kiedyś, kiedy był to związek na odległość i kiedy wizja wspólnego życia była bardzo hipotetyczna. teraz to ma stac się prawdą, a ja mam stać się kurą domową, w roli, w której kompletnie siebie nie widzę. Dzieci? Nie są dla mnie... na pewno nie wtedy, kiedy on chciałby je mieć (do 5 lat na pewno, a ja wtedy będę jeszcze zdrowo przed 30...)
Poza tym mam takie dziwne wrażenie, że kobieta, która da się usidlić przez faceta, który nie jest dla niej "super menem", nie fascynuje jej i nie jest motorem napędowym do działania - jest kobietą przegraną. Nie chcę taką być.Kiedy mu to powiedzieć? Jest jakiś dobry moment na odejście? Dla jego i mojego dobra. Im później to zrobię, tym mniejsze szanse, że i ja i on znajdziemy osoby, które dadzą nam to, czego potrzebujemy. Bo potrzebujemy czegoś zupełnie innego od życia.
Chciałabym być tego tak samo pewna i brzmieć przekonująco, gdy przyjdzie nam o tym rozmawiać.
To po co z nim jesteś? czy z litości wyjdziesz za niego za mąż? Macie inne wizje na wspólne życie, po co więc robić tak jak on chce? Jeżeli nie jesteś z nim szczęśliwa to mu powiedz i odejdź, nie chcesz być kurą domową, nie chcesz mieć na razie dzieci, chcesz dreszczyku emocji a z nim masz tylko nudę, to mu to powiedz, każdy moment jest dobry i warto być sobą i nie bać się samotności.
Uczciwość tego mi tu zabrakło i nie oceniam tego czy on ma rację czy ty masz rację, dla każdego człowieka ważne jest co innego
Są ludzie dla których liczy się małżeństwo, rodzina, dzieci a są ludzie którzy chcą czegoś innego, jednak należy o tym uczciwie porozmawiać bez grania roli szczęśliwej partnerki.
26 2011-12-04 20:12:40 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-12-04 20:15:58)
szczesciaro,
on Ciebie kocha, Ty jego nie.
On chce wieść życie osiadłe, Ty chcesz czuć adrenalinę.
Życie z nim, to dla Ciebie życie przegrane.
Planujesz rozstanie.
Nie zrobisz tego w taki sposób, by on nie cierpiał.
Przedłużanie przekazania mu, podjętej już przez Ciebie, decyzji tylko to cierpienie zwiększy.
Co odpowiesz na zadane pytanie "Kiedy podjęłaś te decyzję?"? Powiesz, że już dawno, tylko chciałaś... no właśnie, co?
I to nie chodzi o to, że zmniejszasz szansę i jemu, i sobie na znalezienie odpowiedniego partnera (on już znalazł - Ciebie), ale o zwykłą uczciwość i przyzwoitość.
Możesz teraz spokojnie patrzeć sobie w oczy?
27 2011-12-05 02:14:13 Ostatnio edytowany przez szczesciara (2011-12-05 02:18:08)
Nie wiem, naczytałam się sporo różnych historii na tym forum, tyle kobiet (i mężczyzn) cierpi z powodu odejścia partnera, tyle osób chciałoby doświadczyć tego, czego doświadczam ja ze strony mojego mężczyzny... dlaczego nie mogę marzyć o tym, o czym marzy większość...?
dla mnie rodzina nie jest na pierwszym miejscu, bo sama rodziny nigdy nie miałam, nikt we mnie wartości rodziny nie wpoił. Wpajano zawsze to, że najważniejsza jestem ja i moje szczęście, które sama sobie muszę zafundować. Dlatego od młodych lat stawiałam na samorealizację. On o tym wiedział - to go we mnie kręciło od początku, ta niestandardowość... nieprzeciętność, niezależność, pasja - więc tu nie ma miejsca na nieuczciwość. Bo oboje wiemy, jacy jesteśmy. Tylko wiedząc to, żadne z nas nie ma odwagi powiedzieć, że fascynacja fascynacją, poczucie bezpieczeństwa poczuciem bezpieczeństwa. Ale nie da się być jednocześnie domatorem z tradycyjnymi wartościami i niespokojnym duchem goniącym wiatr...
... Osobiście, bałbym się być z kimś takim jak ty. Kto wie, może znowu zmienisz zdanie.
To samo pomyślałem!!! Coś w tym jest!!!
... zastanawia mnie fakt... i nikt mi jeszcze na tym forum nie był w stanie odpowiedzieć... Jak to jest z osobami trzecimi, które wchodzą w życie z butami w cudze małżeństwa. Czy was nie nurtuje jedno małe pytanko... Kiedy to mnie ta osoba zdradzi?!
Tak, napisałam o uczciwości i zdania nie zmieniałam.
Jeśli związek z tym mężczyzną nie daje Ci szczęścia, jeśli nie jest tym, o czym marzysz, to uczciwość nakazuje powiedzieć mu o tym.
To, że on wie od dawna, jaką osobą jesteś, to jedno.
To, że zdecydowałaś się na związek z nim, to drugie.
Czy on wie, że jesteś z nim nieszczęśliwa? Tego zagadnienia dotyczyła moja uwaga o uczciwości.
Odpowiedz sobie na pytanie: jak chcesz przeżyć swoje życie, na czym naprawdę zależy Ci w życiu, czy naprawdę ten mężczyzna nie jest dla Ciebie dobrym towarzyszem życia? Głupio by było, gdybyś np. zdecydowała o rozstaniu, a w niedalekiej przyszłości stwierdziła, że on był "tym" mężczyzną.
Napiszę trochę jakby wbrew sobie ale trudno. Napisałaś, że jak odejdziesz to zniszczysz świat swojego męża, teraz też go niszczysz tyle, że na raty (swój świat przy okazji też). Jeżeli czujesz, że już nie potrafisz swojego męża pokochać a w tamtym się odkochać to sądzę, że powinnaś odejść, nawet jak w tamtym się odkochać potrafisz ale w mężu już się ponownie nie zakochasz to też lepiej jak odejdziesz. Nie wiem jakim jest człowiekiem twój mąż (zakładam, że sobie w głowę nie strzeli albo ci krzywdy nie zrobi) ale ja będąc tobą bym odszedł, poza tym ja się dowie, że masz kochanka to przeżyje to dużo gorzej niż jak po prostu odejdziesz. (jak kobieta odchodzi od faceta jest mu źle ale jak odchodzi do innego jest mu baardzo źle(delikatnie rzecz ujmując). Pamiętaj facet "żywi" się miłością kobiety, uczucia typu jest mi cię szkoda lub szanuje cię są dla faceta mało "kaloryczne". Za długo nie będziesz w stanie udawać a twój mąż w końcu to wyczuje i relacje między wami staną się nie do zniesienia. Piszesz, że Cię znienawidzi, pewnie tak, ale przecież Ty tak czujesz jak czujesz , różnica jest taka, że on o tym nie wie. Co do tego drugiego faceta to już go w to wplątałaś ( ściślej sam się wplątał) więc oddzielanie twojego ewentulanego odejścia od męża, od uczuć jakie masz względem tego drugiego jest trochę sztuczne. Choć może rzeczywiście być tak, że od dawna miałaś ochotę odejść a twój nowy "związek" tylko to uczucie wzmocnił. Niestety odejście od męża do kochanka stawia cię w sytuacji .....(nasze katolickie społeczeństwo wypracowało wiele określeń) i dla tego lepiej odejść samotnie a potem się związać z kimś. U ciebie jest o tyle gorzej, że jak piszesz sama sobie nie poradzisz a z pomocy tego drugiego skorzystać nie chcesz. Będzie ciężko fakt. Pamiętaj to piszę to tylko opina jakiegoś tam faceta, zrób co czujesz, że chcesz zrobić. (świadomie napisałem "chcesz" a nie "musisz")
zgadzam się w 100% ... miło,że są mądrzy faceci na świecie...
Witam. Widzę że temat ten dość'stary" ale ja czytając utożsamiam się z autorką tematu więc dotyczy mnie to osobiście. Bardzo podobna sytuacja. Miotałam się w takim związku z "rozsądku" wiele lat, wciąż nieszczęśliwa, wciąż udając szczęście, czekając że jednak pokocham męża prawdziwie ale miłość nie przyszła. Poczekałam aż odchowaliśmy dzieci udając wiele lat. Po wyprowadzeniu sie dzieci nastała tak ogromna pustka w moim życiu uczuciowym ze w końcu pękłam, stwierdziłam iż nawet teraz mam jeszcze przed sobą sporo życia i warto spróbować być naprawdę szczęśliwą. Mąż był nieświadom tego że go nie kocham (sama się dziwię jaka świetna aktorka ze mnie). Okres ostatecznego rozpadu trwał jeszcze około 3, 4 lat kiedy to już byłam otwarta w stosunku do męża i wprowadzałam temat że wypaliło sie wszystko co miedzy nami było i jedynym wyjściem jest rozwód. Po kłótniach, okresach milczenia, pretensjach z jego strony w końcu odeszłam . Myślałam że jestem w miarę w porządku- wychowaliśmy dzieci, on się nie dowiedział że go nie kochałam więc nie miał poczucia iż był oszukiwany, oboje w końcu uznaliśmy że rozwód jest najlepszym wyjściem skoro się wypaliło, skoro jest pustka, brak chęci naprawienia związku( z jego strony również nie było inicjatywy pracowania nad związkiem.). Jednak po moim odejściu to na mnie spadł grom zarzutów, winy, odrzucenie przez rodzinę(siostry). To ja byłam tą winną-przecież on taki dobry był; pracował, nie bil, nie pił a ja to nie wiadomo czego chciałam, biedny poczciwy.... znudziła się nim i sobie poszła. Takie opinie nadal dominują wśród znajomych, rodziny. To bardzo krzywdzące, tak jak bym to ja była niedobra ; piła , biła? przecież ja też byłam ok, tworzyliśmy rodzinę w miarę udaną ale teraz liczy się tylko to że on jest poszkodowany. Kobieta chcąc poszukać swojego szczęścia nie jest zrozumiana w naszym społeczeństwie. Ja nie byłam na to odrzucenie przygotowana. Przecież nie będę wszystkim opowiadać o nie bardzo udanym pożyciu intymnym , o wieczorach samotnych bez rozmów, o tym że uciekałam do koleżanek, w pracę żeby tylko nie przebywać z nim, o tym że on nie umiał i nie chciał mnie sobą w żaden sposób zainteresować, nie starał się zrobić nic żebym poczuła się wyjątkowa, jedyna.
Tutaj autorko większość osób Ciebie rozumie i popiera, radzi żebyś wybrała swoje szczęście no i uczciwość względem niego . Nie wiem tylko czy tak samo zrozumieją Cie gdy odejdziesz. Ja dosłownie zostałam naznaczona jakąś szkarłatną litera- krąg znajomych nagle zniknął, rodzina mnie nie odwiedza. Czuję że mnie skrzywdzili ale co ja mogę? walczyć z wiatrakami? Ja wiem że zrobiłam to jak najmniej boleśnie dla mojego męża i nie mam sobie wiele do zarzucenia.Musiałam wybrać pomiędzy szczęściem jego(on był w małżeństwie szczęśliwy, kochał mnie) a moim. Teraz mam partnera od 2 lat którego kocham, jakże inny jest ten czas, gdy wspólnie robimy nawet proste codzienne rzeczy, jest po prostu pięknie. Jest ta chemia której w tamtym związku nie miałam. Mój były maż bardzo szybko też poznał inna kobietę i ponoć są szczęśliwi, pasują do siebie. Nie żałuję decyzji, jakże trudnej i bolesnej w konsekwencjach dla mnie.To ja zostałam bez zawodu(mąż zawodowo się rozwijał gdy ja opiekowałam sie dziećmi i moja praca zawodowa była zaniedbana) i muszę się utrzymać z o wiele mniejszych dochodów niż miałam w małżeństwie. Nie mogę się tylko pogodzić z tym iż otoczenie tak łatwo obwinia, tak łatwo się odsuwa od kogoś kto zrobi inaczej niż jest ogólnie przyjęte.
Ciekawa jestem czy wybrałaś rozstanie z mężem czy pozostałaś w tym związku kończąc tamtą znajomość. Pozdrawiam i rozumiem .
Witam. Widzę że temat ten dość'stary" ale ja czytając utożsamiam się z autorką tematu więc dotyczy mnie to osobiście. Bardzo podobna sytuacja. Miotałam się w takim związku z "rozsądku" wiele lat, wciąż nieszczęśliwa, wciąż udając szczęście, czekając że jednak pokocham męża prawdziwie ale miłość nie przyszła. Poczekałam aż odchowaliśmy dzieci udając wiele lat. Po wyprowadzeniu sie dzieci nastała tak ogromna pustka w moim życiu uczuciowym ze w końcu pękłam, stwierdziłam iż nawet teraz mam jeszcze przed sobą sporo życia i warto spróbować być naprawdę szczęśliwą. Mąż był nieświadom tego że go nie kocham (sama się dziwię jaka świetna aktorka ze mnie). Okres ostatecznego rozpadu trwał jeszcze około 3, 4 lat kiedy to już byłam otwarta w stosunku do męża i wprowadzałam temat że wypaliło sie wszystko co miedzy nami było i jedynym wyjściem jest rozwód. Po kłótniach, okresach milczenia, pretensjach z jego strony w końcu odeszłam . Myślałam że jestem w miarę w porządku- wychowaliśmy dzieci, on się nie dowiedział że go nie kochałam więc nie miał poczucia iż był oszukiwany, oboje w końcu uznaliśmy że rozwód jest najlepszym wyjściem skoro się wypaliło, skoro jest pustka, brak chęci naprawienia związku( z jego strony również nie było inicjatywy pracowania nad związkiem.). Jednak po moim odejściu to na mnie spadł grom zarzutów, winy, odrzucenie przez rodzinę(siostry). To ja byłam tą winną-przecież on taki dobry był; pracował, nie bil, nie pił a ja to nie wiadomo czego chciałam, biedny poczciwy.... znudziła się nim i sobie poszła. Takie opinie nadal dominują wśród znajomych, rodziny. To bardzo krzywdzące, tak jak bym to ja była niedobra ; piła , biła? przecież ja też byłam ok, tworzyliśmy rodzinę w miarę udaną ale teraz liczy się tylko to że on jest poszkodowany. Kobieta chcąc poszukać swojego szczęścia nie jest zrozumiana w naszym społeczeństwie. Ja nie byłam na to odrzucenie przygotowana. Przecież nie będę wszystkim opowiadać o nie bardzo udanym pożyciu intymnym , o wieczorach samotnych bez rozmów, o tym że uciekałam do koleżanek, w pracę żeby tylko nie przebywać z nim, o tym że on nie umiał i nie chciał mnie sobą w żaden sposób zainteresować, nie starał się zrobić nic żebym poczuła się wyjątkowa, jedyna.
Tutaj autorko większość osób Ciebie rozumie i popiera, radzi żebyś wybrała swoje szczęście no i uczciwość względem niego . Nie wiem tylko czy tak samo zrozumieją Cie gdy odejdziesz. Ja dosłownie zostałam naznaczona jakąś szkarłatną litera- krąg znajomych nagle zniknął, rodzina mnie nie odwiedza. Czuję że mnie skrzywdzili ale co ja mogę? walczyć z wiatrakami? Ja wiem że zrobiłam to jak najmniej boleśnie dla mojego męża i nie mam sobie wiele do zarzucenia.Musiałam wybrać pomiędzy szczęściem jego(on był w małżeństwie szczęśliwy, kochał mnie) a moim. Teraz mam partnera od 2 lat którego kocham, jakże inny jest ten czas, gdy wspólnie robimy nawet proste codzienne rzeczy, jest po prostu pięknie. Jest ta chemia której w tamtym związku nie miałam. Mój były maż bardzo szybko też poznał inna kobietę i ponoć są szczęśliwi, pasują do siebie. Nie żałuję decyzji, jakże trudnej i bolesnej w konsekwencjach dla mnie.To ja zostałam bez zawodu(mąż zawodowo się rozwijał gdy ja opiekowałam sie dziećmi i moja praca zawodowa była zaniedbana) i muszę się utrzymać z o wiele mniejszych dochodów niż miałam w małżeństwie. Nie mogę się tylko pogodzić z tym iż otoczenie tak łatwo obwinia, tak łatwo się odsuwa od kogoś kto zrobi inaczej niż jest ogólnie przyjęte.
Ciekawa jestem czy wybrałaś rozstanie z mężem czy pozostałaś w tym związku kończąc tamtą znajomość. Pozdrawiam i rozumiem .
Czy owe "otoczenie", podobnie, jak były mąż, do tej pory jest nieświadome tego, że nigdy męża nie kochałaś?
Odrzucili Cię dlatego, że po prostu odeszłaś, czy dlatego, że tyle lat go oszukiwałaś?
I jeszcze jedno.
Odeszłaś, bo już miałaś do kogo, czy odeszłaś dla siebie samej?
Owe otoczenie nie jest świadome nadal że nie kochałam męża, nie opowiadałam o tym. Uznano że związek się wypalił.Odrzucenie więc jest dlatego że zniszczyłam małżeństwo.Wspominaliśmy że nie układa się nam, jezdzilismy z wizytami często oddzielnie, więc nietrudno było zauważyc że od kilku lat coś się u nas psuje. Tym bardziej dziwi mnie zwalenie winy za rozpad tylko na jedna osobę. Tzw wina zawsze jest gdzieś po środku. Nawet rożnica charakterow to też jakiś połowiczny wkład w tak zwaną "winę".Odeszłam nie mając nikogo ale szybko poznałam kogoś(po 2 miesiącach) więc uznano że zdradzałam męża. Nie zdradziłam , ja to wiem i nie mam powodu aby tu na forum nie pisać prawdy przeciez jestem anonimowa. Jednak opinia społeczna wie lepiej i sama sobie dopowiada to co uważa.Zresztą trudno tu dziwić się obcym ludziom skoro nawet ex opowiadał mojej rodzinie i moim znajomym że ja kogoś już napewno miałam bo inaczej bym nie odeszła. No cóż nie będę wszystkim wszystkiego tłumaczyć, żyję dalej, przewartościowałam sobie znajomych i rodzinę i moje podejście do nich. Na szczęście pozostali mi ci najbardziej rozsądni, umiejący zrozumieć sytuację, ale naprawdę niewielu no i co najważniejsze moje dorosłe już dzieci, które mnie nie potępiły, nie oceniały tylko postarały się zrozumieć obie strony. Myślę że nasze społeczeństwo nie wie co to tolerancja i faworyzuje mężczyzn, ich potrzeby. Kobieta będzie osądzana surowiej.
34 2015-01-21 00:17:03 Ostatnio edytowany przez Excop (2015-01-21 00:24:14)
Owe otoczenie nie jest świadome nadal że nie kochałam męża, nie opowiadałam o tym. Uznano że związek się wypalił.Odrzucenie więc jest dlatego że zniszczyłam małżeństwo.Wspominaliśmy że nie układa się nam, jezdzilismy z wizytami często oddzielnie, więc nietrudno było zauważyc że od kilku lat coś się u nas psuje. Tym bardziej dziwi mnie zwalenie winy za rozpad tylko na jedna osobę. Tzw wina zawsze jest gdzieś po środku. Nawet rożnica charakterow to też jakiś połowiczny wkład w tak zwaną "winę".Odeszłam nie mając nikogo ale szybko poznałam kogoś(po 2 miesiącach) więc uznano że zdradzałam męża. Nie zdradziłam , ja to wiem i nie mam powodu aby tu na forum nie pisać prawdy przeciez jestem anonimowa. Jednak opinia społeczna wie lepiej i sama sobie dopowiada to co uważa.Zresztą trudno tu dziwić się obcym ludziom skoro nawet ex opowiadał mojej rodzinie i moim znajomym że ja kogoś już napewno miałam bo inaczej bym nie odeszła. No cóż nie będę wszystkim wszystkiego tłumaczyć, żyję dalej, przewartościowałam sobie znajomych i rodzinę i moje podejście do nich. Na szczęście pozostali mi ci najbardziej rozsądni, umiejący zrozumieć sytuację, ale naprawdę niewielu no i co najważniejsze moje dorosłe już dzieci, które mnie nie potępiły, nie oceniały tylko postarały się zrozumieć obie strony. Myślę że nasze społeczeństwo nie wie co to tolerancja i faworyzuje mężczyzn, ich potrzeby. Kobieta będzie osądzana surowiej.
Dziękuję za odpowiedź, Kasztanko.
Pozwolę sobie nie zgodzić się z Twoim wnioskiem końcowym.
Wydaje mi się, że naturalnym zachowaniem ludzkim jest, że współczuje się osobie porzuconej przez partnera, niezależnie, czy to kobieta, czy mężczyzna.
Na odchodzącego zaś automatycznie spada odium tego "złego", który zniszczył związek.
Oczywiście mówię o tzw. "normalnych" związkach, pozornie poukładanych małżeństwach, w których nie ma przemocy zwracającej uwagę sąsiadów, znajomych itp.
Bo gdy taka występuje, wówczas ludziom łatwiej przyjąć pobudki odejścia, które traktowane jest jako słuszna ucieczka od dręczyciela.
Do świadomości "otoczenia" bezkrytycznie trafiają podlane emocjami skargi "ofiary", argumenty "sprawcy" z reguły puszcza się mimo uszu, jako pokrętne i niewiarygodne.
W Twoim wypadku tak właśnie jest.
Osobna sprawa, że nikt, poza Tobą nie wie, że męża nigdy nie kochałaś, więc po fakcie, że już w dwa miesiące po odejściu poznałaś i zakochałaś w obecnym partnerze nietrudno było uwierzyć, że były mąż dołączył do stada rogacizny na długo przed zostawieniem go.
Nie możesz tego wiarygodnie zdementować nie wspominając, że nie czułaś nic do męża, więc łatwo było się zakochać "tuż" po odejściu.
No, i pokutuje przekonanie (moim zdaniem słusznie), że większość kobiet nie odchodzi od męża, a odchodzi do kochanka.
A dwa miesiące, to na tyle krótki czas od rozstania, że łatwo było ludziom podzielić to przekonanie wobec Twojego odejścia.
Obawiasz się powiedzieć prawdę o głównej przyczynie odejścia, bo ryzykowałabyś odrzucenie również przez dzieci, a z byłego męża zrobiłabyś nie tylko porzuconą ofiarę, ale i frajera oszukiwanego od początku.
To bardzo przykre, skoro jednak minęło już trochę czasu, emocje opadły, warto by może zastanowić się nad wyjaśnieniem sprawy odejścia do końca?
35 2015-01-21 01:01:07 Ostatnio edytowany przez starr (2015-01-21 01:22:59)
kasztanka48
Nie rozumiem w takim razie jednego. Skoro nawet w czasach przed narzeczeńskich, kiedy poznawaliście się i nie było w nim nic do polubienia czy pokochania, czemu ciągnęłaś tą znajomość? Z braku laku?
W sumie podziwiam Ciebie i Twoją zdolność do życia w zamrażarce emocjonalnej ponad dwadzieścia lat i nie pokusić się żeby poszukać gdzie indziej ciepła
Ja jestem w związku bardzo toksycznym bez miłości i wsparcia od 13 lat.Tkwie w tym wszystkim z przekonania że tak musi być i na to zasługuję. Niemam w małżeństwie własnego zdania, szacunku jestem dręczona psychicznie a i fizycznie też się zdarzyło ale mój mąż twierdzi że to moja wina bo np kupiłam złą pastę do zębów albo jadę do przyjaciółki bo niby po co. Narzuca mi swoje zdanie, muszę się ubierać tak jak on chce wykonywać wszystkie prace w domu czyli odgarniam śnieg zimą a on sobie ogląda telewizję. Boje się odejść i jeszcze mamy dziecko - nastawia je przeciwko mnie. Niech ktoś poradzi co robić.
Odejść... Ale wiem, że to nie takie proste. Nie czekaj aż pozbawi Cię resztek własnych myśli i godności. Sama odgarniasz śnieg a on gapi się w telewizor. Boże... Siebie widzę...