Witam. Jestem tu pierwszy raz i nie ukrywam, że szukam wsparcia i siły. Wczoraj powiedziałam swojemu mężowi że nie chcę już z nim być. Potem stanęłam w drzwiach, które wcześniej przymknął zeby mnie nie widzieć i spytałam dlaczego nie walczy teraz o nas, nie prosi żebym nie odchodziła, nie mówi że będzie dobrze.... tak ja ja wiele razy jak on straszył że się wyprowadzi. Nie dał mi skończyć tylko przydusił drzwiami żebym szybciej wyszła z pokoju.
Jesteśmy małżeństwem 10 lat, mamy dwoje dzieci 10 i 3 lata. Mam 33 lata, mąż 31. Mam już dość czucia się jak na ciągłym egzaminie. Ciągle robię coś nie tak, mówię coś nie tak. Wszędzie widzi jakieś drugie dno. Jest dobrze kilka dni, potem powiem coś nie tak (nic wielkiego w mniemaniu normalnych ludzi), ale nie dla niego. Robi się zimny, nieobecny a na moje pytania o co chodzi mówi że o nic i czego od niego chcę. Kiedy wreszcie uda mi się z niego coś wydobyć dowiaduję się że coś powiedziałam tydzień temu co mu sie nie spodobało, że zachowałam się inaczej niż on oczekiwał , chociaż wtedy nic po sobie nie dał poznać, albo go zaraz przeprosiłam. Ma manię pamiętania szczegółów, szczególnie jeżeli chodzi o mnie - dokładne daty, godziny, słowa i napawa się tym jak mnie złapie że ja nie pamiętam (ja rzeczywiście nie pamiętam bo to są pierdoły). Oczywiscie mówi że specjalnie nie pamiętam. Coraz częściej mam wrażenie że on ze mną walczy, próbuje udowodnić na każdym kroku że jest lepszy, ma rację itp. Szuka na mnie haków. Jestem dobrą żoną. Pracuję, tylko ja zajmuję się domem i dziećmi. Jestem zadbana. Chciałabym powiedziec kiedyś jeszcze że jestem szczęśliwa. Mieć wesołą, uśmiechniętą rodzinkę. Wspólnie rozwiązywać problemy.
Słyszałam już od niego, że " sp......iłam mu życie", bo mógł mieć inaczej (finansowo).
Dla niego liczy się tylko kasa, najlepiej duża. Dla mnie rodzina, szczęście, zdrowie a kasa? raz jest więcej raz mniej ale nie brakuje. Ta ciągła tresura..... dzieci, mnie. Jego mania bycia najlepszym, posiadania najlepszych dzieci, samochodu, pracy. I ciągła depresja, nerwy i narzekania bo tego nie ma. Czasem boję się że zdarzy sie jakieś nieszczęście żeby przejrzał na oczy i cieszył sie tym co ma. A ma..... wspaniałych synów, starszy jest najlepszy w klasie w nauce, młodszy chodzący aniołek, duże mieszkanie, samochód. Też już usłyszałam, że źle wychowuję starszego syna bo zrobiłam z niego ciotę (jego słowa) i że on go przez to nie lubi !!!? A niby ciotę przez to bo nie rozrabia, częściej woli siedzieć w domu niż łazić z kolegami, chociaż to nawet nie jest prawda. Gasi syna na każdym kroku.
Im dłużej o nim piszę tym bardziej go nie nawidzę. Tylko dlaczego po jakimś czasie znowu myślę że go kocham? Nie potrafię na nikogo się gniewać, ciche dni to dla mnie strata życia. Potrafię wiele wybaczyć.
Według niego to daję się wykorzystywać przez wszystkich.
Najważniejsza rzecz dla niego (ma na tym punkcie fioła) to to żebym nikomu nic złego na niego nie mówiła. Nie wolno mi rozmawiać na nasz temat z mamą, czy siostrą.
Pracuję (prowadzę pub), zajmuję sie dziećmi, domem, pomagam w jego firmie. Mam tysiąc spraw i myśli w głowie, musze pamiętać o wszystkim. Siadam o 23 przed tv. A wtedy on chce seksu. Tak po prostu, na komendę. I zaraz jest wściekły jak ja nie chcę (nie mogę, do cholery!). To ostatnia rzecz na jaką mam ochotę po całym dniu.
Boże! tak bardzo brakuje mi czułości, przytulenia bez podtekstów seksualnych, radości. Czy to takie dziwne chcieć żeby osoba która cię niby kocha szanowała cię, wyręczyła cię czasem, pochwaliła? Czy to dziwne że nie chcę żyć w stresie, że coś powiem lub zrobię nie tak, że muszę być idealna?
Czuję sie jak na uczuciowym głodzie. Wydaje mi sie że wystarczy żeby inny facet był czuły a już będę jego.
Ech..... rozpisałam się. Co zrobić, żeby przestać go kochać?
I ta niesprawiedliwość losu...dlaczego to ja....dlaczego mam zaczynać od nowa.....
Jestem wykończona nerwowo, wrzeszcze na dzieci a potem żałuję.
Wczoraj pomyslałam, że zrobie sobie tatuaż, tak po prostu żeby zacząc coś nowego, żeby mi przypominał o odwadze, sile i tym, że może jeszcze kiedyś będzie lepiej