Witam,
uprzedzając pytania gdyby ktoś rozpoznał mój styl pisania kiedyś wypowiadałam się tutaj pod innym nickiem, jednak dawno mnie nie było i zapomniałam jak się logowałam...
A teraz do rzeczy... mój mąż to jeden wielki problem, jeśli nie uda mi sie go zmienić moje krótkie małżeństwo, zaledwie kilkumiesięczne, ulegnie rozpadowi. A więc tak, pobraliśmy się kilka miesięcy temu po tym jak dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć dzidzię. zanim doszło do ślubu zmarł ojciec mojego męża a dom w którym mieszka mój mąż pozostał bez uregulowania prawnego...dodam iż mój mąż ma dużo rodzeństwa tak więc cały majątek po ojcu został podzielony na 13 osób + matka męża. Na razie jeszcze nie wiecie co to ma wspólnego z dalszą częścią ale dokończę bo to istotne będzie później. Należy tutaj dodać iż te 14 w sumie osób oczywiście nie potrafiło się dogadać i zrzec się na jedną z tych osób /miał to być mój mąż ponieważ tylko on pozostał jeszcze w domu w tamtym czasie/, tak więc nadal majątek pozostaje w częściach a mieszka w owym domu i zawiaduje sobie moja wredna teściową.
Już wytłumaczę się dlaczego wredna... otóż gdy dowiedziała się że jestem w ciąży i że mój mąż chce się ze mną ożenić to przeklinała mnie i dziecko ile się tylko dało, ponadto namawiała męża by ten zostawił mnie a że już nie wspomnę iż mówiła mu że nawet nie wie czy dziecko jest jego. Jednak o tym będzie w dalszej części.
Tak więc wracając...po śmierci jego ojca zaplanowaliśmy ślub, przed ślubem ustaliliśmy że na razie będziemy mieszkać u moich rodziców chyba że pozostali z jego rodziny postanowią zapisać dom na nas. Było to o tyle istotne że dom podlega generalnemu remontowi a ja nie zamierzam podnosić wartości nieruchomości która nie należy do mnie i którą ktoś najprawdopodobniej by mi odebrał z czasem.
Matka mojego męża cały czas mówiła że nie przyjdzie na ślub zresztą tak jak większość jego rodziny, w końcu przyszła żeby mi zrobić na złość oraz przekabacić mojego męża na swoją stronę. Zaręczyn oczywiście też nie było ponieważ ona sobie nie życzyła mnie tam ani moich rodziców i do nas też nie przyjechała ponieważ jak to stwierdziła jesteśmy h...ami.
Nadszedł dzień wesela a przed weselem oczywiście jak zwyczaj każe korona, no i oczywiście tą koronę zepsuła jego matka która wydarła się na chłopaków o jakąś błahostkę. W dzień wesela oczywiście dobra mina do zlej gry. Wszyscy się bawili, wszyscy cieszyli itp. Mój mąż kochany, przysięgał mi przed ołtarzem, nosił na rękach i nawet się nie opił, było cudownie...ale wtedy jeszcze nie wiedziałam co czeka mnie dalej. Po weselu przyjechaliśmy spać do moich rodziców, wszystko było ok ale już po południu mój mąż zakomunikował mi że idziemy mieszkać do jego matki i że dziś śpimy tam a ja powinnam pakować swoje rzeczy. Oczywiście zepsuł poprawiny w gronie rodzinnym i już w tym dniu zostawił mnie. Byłam w 5 miesiącu ciąży a on nie zwracając na to uwagi zabrał się w nasze poprawiny do mamusi. Oczywiście wpadłam w szał i na drugi dzień gdy nadal upierał się że tam będziemy mieszkać powiedziałam że unieważniam małżeństwo. Naturalnie wywiązała się kłótnia która skończyła się dopiero gdy zobaczył że coś może mi się stać. Wtedy też obiecał że zostaniemy u moich rodziców. Nie przywiózł jednak sowich rzeczy tylko kilka na zmianę i nic poza tym. Następnie przez kolejne dwa miesiące sytuacja z jego "ucieczką" do mamusi powtarzała się ciągle. Nie wiedziałam dlaczego nie rozumiałam czemu tak się zachowuje przecież mieliśmy mieć dziecko i co tylko wzięliśmy ślub. Nie potrafiłam pojąć dlaczego przedkłada ją ponad mnie, ponadto ile razy od mniej wracał to był pijany i niemiły dla mnie.
Pewnego dnia myślałam że nasze problemy wreszcie same się rozwiązały. W związku z tym że siał tam zboże zbieraliśmy je. Zapłaciłam z pieniędzy weselnych za kombajn, które to pieniądze mieliśmy sobie odbić sprzedając zboże. Ja w siódmym miesiącu ciąży... workowaliśmy zboże i wtedy jego matka nas zaatakowała że zabieramy jej własność przy czym nie było to jej ponieważ mój mąż na to łożył i siał z zamierzeniem sprzedaży. Kiedy nas zaatakowała kazała wynosić się mojemu mężowi odgrażając się że nigdy nam nie zapisze posiadłości, mnie zwyzywała od c...p ale najgorsze w tym wszystkim było to że nazwała nasze nienarodzone dziecko bękartem, krzyczała że pewnie nie jest mojego męża i życzyła temu dziecku by urodziło się kaleką. Mąż postanowił wtedy wreszcie że wyprowadza się stamtąd i w jednym dniu przewiózł wszystkie swoje rzeczy. Myślałam że poszedł po rozum do głowy i że teraz już wszystko będzie dobrze. I było przez ok miesiąc, kiedy nie utrzymywał z nią kontaktów. Później znów zaczął tam jeździć i znów było tak samo. Przed dzień mojego rozwiązania pojechał tam i został nie dając znaku życia pił i balował a następnego dnia kiedy zaczynałam rodzić przyjechał zalany i zwyzywał moją mamę a mnie zostawił na pstwę losu. Przy porodzie go nie było choć bardzo go potrzebowałam. Zjawił się na drugi dzień, nikogo nie przeprosił nie wiedziałam też po nim specjalnej skruchy, oczywiście ciągle mieszkał u mamy a że urodziła mu się córka to miał powód by pić. Tak pomieszkiwał tam póki nie wyszłam ze szpitala wtedy wrócił do nas. Oczywiście sielanka nie trwała długo. On wciąż jeździł do matki i tam pił a jak pił to oczywiście czepiał się mnie, czasami też dziecka. Gdy nie jeździł tam był święty spokój a on naprawdę kochającym mężem i troszczącym się ojcem. Kiedy Maja skończyła miesiąc miała zjazd na uczelni, mój mąż miał z nią zostać ale poprosił moją mamę a sam pojechał do matki. Zabalował tam wtedy tak że nie było go przez dwa tygodnie. Wybaczyłam bo obiecywał że nigdy więcej tak nie zrobi. Nie minęło jednak długo i znów tak zrobił. Ostatnio popsuł mi też moje urodziny właśnie w ten sam sposób. Kiedy jednak grał dobrego męża udało mu się namówić mnie bym pojechała z Mają do jego matki pokazać ją chociaż nie chciałam by taka osoba miała kontakt z moim dzieckiem zrobiłam to dla niego...jak widać nie docenił....Po tym jak popsuł moje urodziny powiedziałam mu że jeszcze jeden wybryk z jego strony a spakuje mu walizki. No i właśnie jest kolejny wybryk z jego strony...znów tam siedzi i pije tylko że teraz jest jeszcze gorzej. Pojechałam po niego a on mnie sponiewierał i zwyzywał, gdy chciałam zadzwonić na policje zwyzywała mnie jego matka, zarzuciła mi że to ja jestem nie w porządku bo nie chcę iść tam mieszkać i się nią opiekować /dodam że nigdy za to jaka jest tego nie zrobię/. Słowem mówiąc zero szacunku do mnie...
Muszę jeszcze dodać że nie ma stałej pracy a jeśli już jakąś złapie to przeważnie mu nie odpowiada i przynosi mi do domu marne grosze które nawet na dziecko nie starczają i twierdzi że więcej nie zarobił. Dodam jeszcze że zataił przede mną prawie 30000zl zadłużenia bo jak to stwierdził gdyby powiedział mi przed ślubem nie wyszłabym za niego.
Nie rozumiem dlaczego mój mąż tak się zachowuje, kiedyś był zupełnie innym człowiekiem...odpowiedzialnym, rozsądnym, z dobrą pracą, poukładanym i w życiu nie zrobił by krzywdy ani mi ani tym bardziej naszemu wspólnemu dziecku...
Macie może pomysł jak posklejać go do kupy? jak z powrotem zrobić z niego człowiek? nie chcę się z nim rozstawać, ale nie mam już siły walczyć i słuchać pustych obietnic. Mam plany i marzenia, chcę swój własny dom i zapewnić córce byt a nie ciągle martwić się o następny dzień i kolejny jego wybryk. Postanowiłam że nie będę już o niego zabiegać jeśli chce sam wróci i zrozumie że tak nie wolno....ale co jeśli nie wróci???
Podobne tematy
Jeżeli nie dostanie kopa od życia ,to nie licz na cud .Ja na Twoim miejscu dałabym sobie spokój ,a niech siedzi u mamusi i chleje po co Tobie taka pierdoła on sam nie wie czego chce no chyba ze mu mamusia każe .Jak mógł zataić taki dług zapomnij o tym domku o którym marzysz bo na pewno z nim go miała nie będziesz. A problemy wasze na pewno same się nie rozwiążą.Dziewczyno młoda jesteś po co był ten ślub , dziecko niejedna sama wychowuje i daje rade a Ty masz rodziców a to bardzo dużo. Jemu jest tak wygodnie zero odpowiedzialności od obowiązków tez ucieka a jego azylem jest mamusia .Nie licz na majątki.Umiesz liczyć licz na siebie .
Odpowiedzialnosci czlowiek niestety nie moze sie nauczyc... a co do twojego meza.. to pierdoła i mamisynek !!
a jak tego nie rozumie to niech siedzi u tej mamusi.. Widac na to że matka jest jego autorytetem kims waznym w życiu wazniejszym niestety niż ty.
i tu jest problem.. z mamusią nie wygrasz.. bo to wredne stworzenie.. :diablica:
ja Ci poradze tak siedz u siebie.. wycisz sie bo to najwazniejsze w twoim stanie a czas pokaże czy ten chłoptaś dorosł do roli ojca.. czy nie.
Katti, postawiłaś mężowi ultimatum, że jeszcze jeden wybryk i spakujesz mu walizki. Nie pozostaje Ci nic innego tylko DOTRZYMAĆ słowa! Jeśli tego nie zrobisz, dasz mu komunikat, że nie warto sie z Twoim słowem liczyć już nigdy. Widzę w zachowaniu męża niedojrzałość, nieodpowiedzialność, maminsynkowstwo i chyba skłonność do alkoholu. Ty sama nic z tym zrobic nie możesz, bo to jego problem i sam musi zechcieć sobie z tym poradzić. Twoje zdecydowanie może mu w tym pomóc. Jeśli jednak nie zareaguje na wystawienie walizek za drzwi, bedziesz musiała pogodzić się z tym i skończyć to małzeństwo. Wyobrażasz sobie swoje życie z kims takim?
Jeżeli chcesz dobra dla córki i siebie to uciekaj od niego jak najdalej! Pokaz,ze Ci na nim "nie zależy", tj. spakój te jego rzeczy i na każdy jego tel., każde przychodzenie bądź nieugięta.
Ze zgrozą czytałam Twoją wypowiedź. Od takich trzeba trzymać się z daleka. On już nigdy nie dojrzeje, chyba,że mamuśka wyciągnie nogi do przodu. Ale nieee, wtedy to on już wcale chlać nie przestanie!
Uciekaj od tego alkoholika! Bo u niego to już choroba. On jeszcze choruje na "matkę", a tego to już nie uleczysz.
I nie rzucaj słów na wiatr tylko czyń, bo ja kiedyś też tylko tak mówiłam sobie i przy kłótni mąż dobrze wie, że takie moje wygrażanie nie ma pokrycia. Sama przeczytaj swój post i zobacz jak Twoje życie z nim wygląda...