Przede wszystkim... bardzo dobry temat
.
morfeusz73 napisał/a:Panie kochane, robicie wszystko dla siebie, żeby czuć się wspaniale we w własnej skórze OK
tylko kiedy się o tym dowiadujesz?
Nie w momencie gdy usłyszysz jakiś komplement?
Wystarczy samo uwielbienie?
Czy samoocena nie spada gdy nikt nie zauważa nowej fryzury, piekielnego zapachu, ładnej sukienki czy inteligencji, mądrości?
Nie będziemy mieli motywacji jeśli ktoś nas nie docenia. i to dotyczy obu płci.
Tak jest, bywa to przykre, ale samoocena z tego powodu nie spada, ponadto zależy jeszcze kim będzie ten oceniający, czy będzie dla mnie autorytetem na danym polu, czy będzie dla mnie w ogóle ważne jego zdanie. Dla mnie najważniejsze jest zdanie moje własne w chwili kiedy spojrzę w lustro, na drugim miejscu jest zdanie innej kobiety, której gust jest zbieżny z moim- widzieć błysk w jej oku...bezcenne
, a potem zdanie mojego mężczyzny i ten podziw to jest to, za co dałabym się pokroić, ale... No właśnie to ale. Mój mąż całymi latami nie potrafił zrozumieć dlaczego mam problem z założeniem spódniczki o kroju, który to jemu się podobał. A ja faktycznie miałabym problem, bo czułabym się przebrana, nie byłabym więc sobą, a to nie wchodziło w grę, bo trąciło sztucznością. Niemniej zawsze biorę pod uwagę jego gust i upodobania, jest impulsem przy wyborze takiej, a nie innej sukienki na imprezę, na którą idziemy razem, ale jest to tylko kropka nad ,,i", a nie główny argument przy dokonywaniu wyboru. Choć z drugiej strony nie przeczę i pomimo, iż często robimy to podświadomie to jednak zależy nam, aby i naszym mężczyznom się podobać- skłamałabym więc ewidentnie w tym miejscu twierdząc inaczej. Jest jednak zasadnicza różnica w sytuacji kiedy to coś robimy wyłącznie dla kogoś, a wówczas kiedy robimy to dla siebie, licząc się przy okazji ze zdaniem partnera.
Z racji tego kim jestem i jaka jestem zawsze staram się być dobrze ubrana i zadbana, bo to zwyczajnie sprawia mi przyjemność, staram się być atrakcyjna dla mojego faceta, ale mimo wszystko jednak dla siebie, byłoby bowiem moją porażką, gdybym swoją własną samoocenę uzależniała od zdania jednego człowieka. A to ja mam czuć się dobrze sama ze sobą i we własnej skórze. Dlatego też rozwijam się, dam o to, żeby nie stać w miejscu, mieć w towarzystwie coś do powiedzenia, żeby inni się ze mną nie nudzili, choćbyśmy musieli spędzić ze sobą cały miesiąc na bezludnej wyspie. Rzecz w tym, że tu nie o sam wygląd chodzi, bo nie mam zawyżonej samooceny, ale o to co mam w środku, jakim jestem człowiekiem, jaką jestem kobietą, żoną, jak dbam o związek i swojego mężczyznę. I to wszystko stanowi o mojej wartości wewnętrznej, a przy okazji atrakcyjności, wiem, że w oczach męża jestem wyjątkowa i niezastąpiona, ale jestem jaka jestem nie dlatego, że boję się konkurencji, a dlatego, że na tę wartość składa się mój charakter, temperament, system wewnętrznych wartości, osobowość, mój sposób widzenia świata, empatia i zaangażowanie.
Nie, nie, zdecydowanie w moim przypadku ta ekonomia się nie sprawdza, nie potrafiłabym sobą handlować, sprzedawać się, panicznie stroszyć piórka. Przecież ja też miewam gorszy dzień, bywam przeziębiona, chora, czasem mi się czegoś nie chce, ale czy to znaczy, że wtedy jestem towarem drugiego gatunku???
marynarka napisał/a:Nie nazwałabym związku wspólną firmą, raczej "Organizacją Wzajemnego Pożytku".
Nawet "Organizacją Wzajemnego Niewymuszonego Pożytku".
To nie jest biznes, to chęć sprawiania sobie nawzajem przyjemności. CHĘĆ - podkreślam. Nie - robię coś, bo nie chcę go wkurzyć, tylko robię coś, bo wiem, że to lubi. I nie jest to wbrew mnie, ja też to lubię.
No i o to w tym właśnie chodzi!
To wszystko ma sens jeśli wynika z naturalnej potrzeby, a nie przymusu, ani tym bardziej strachu. W związkach opartych na zdrowych (!!!) zasadach nie ma czegoś takiego jak handel wymienny, robię coś, bo tego chcę, bo tak czuję, bo sprawia mi przyjemność patrzeć kiedy on się z tego cieszy, kiedy jest miło, kiedy... I mogłabym tak dalej i dalej jeszcze wymieniać
.