Problem w tym, że sama dla siebie jestem irytująca.
Jestem naprawdę zdolna, ale POTWORNIE LENIWA, siedzę sobie tak i myślę co powinnam zrobić, ale i tak tego nie robię! Za każdym razem, kiedy myślę np. "trzeba iść do lekarza" słyszę wewnętrzny głos "eee tam" i na tym koniec!! A potem jestem zła na siebie, że tego nie robiłam. I wszystko odwlekam do ostatniej chwili. Jednocześnie jestem gwałtowna i agresywna, kiedy mnie coś zdenerwuje. Kumuluję złość przez kilka godzin/dni po czym uwalniam ją przy kimś, a potem mam o to do siebie żal, bo ta osoba, przecież wcale nie chce, żebym na nią krzyczała albo mówiła coś niemiłego... Ciągle chcę czegoś wymagać, a kiedy tego nie osiągam, uczucie porażki chodzi za mną przez długi czas, zależnie od powagi sytuacji. Chcę, żeby wszystko wokół mnie było doskonałe, ludzie inteligentniejsi i wrażliwi na uczucia innych, ale sama jestem bardzo niedoskonała, niestety nie wiem jak się zmobilizować do udoskonalania siebie.
Dla przykładu: Studiuję dziennie, ale mam mało zajęć, brakuje mi pieniędzy na zachcianki i nie tylko i od półtora roku myślę o pracy, ale w tym kierunku jedyne co zrobiłam to NAPISAŁAM CV po tym 1,5 roku i nawet nigdzie nie wysłałam. Przez to że nie ufam nowo poznanym osobom, nie mogę znaleźć przyjaznego mi towarzystwa, dopiero kiedy ktoś zaufany przedstawi mi daną osobę, wiem, że mogę jej ufać, bo jest od tego i tamtego.
Z chłopakiem tkwię w dziwnej relacji, w której ja co chwila wszczynam awantury, a on co chwila mnie ignoruje i nie wiem, od czego to się zaczęło. Potrzebuję do kochania osoby, która będzie na każde moje skinienie jednocześnie zachowując idealnie męskie cechy osobowości (kwestia wyglądu akurat tutaj jest nieistotna).
Kiedy czuję rozpacz, wylewam hektolitry łez z ogromną częstotliwością. Od niedawna też płaczę jak mnie coś wzruszy/zdziwi/przestraszy/zezłości/zaboli fizycznie/zasmuci. Dla przykładu, mój pierwszy raz był przypadkowy i tak mnie zdziwiło podczas kochania się to, że się właśnie kocham, że się tego wystraszyłam i popłakałam! Albo płakałam w kościele śpiewając kolędę, a kiedy przestawałam ją śpiewać, przestawałam płakać... Pamiętam też moment samobójstwa kolegi, jakoś 5 lat temu, był to dla wszystkich szok i były łzy. Ale dla mnie nie był to nikt bliski, kolega jak większość, a jednak przepłakałam za nim chyba 2 tygodnie... W smutnych filmowych momentach też oczywiście płaczę.
Po płaczu jestem w stanie prawie od razu się śmiać, jeśli mnie coś rozbawi. Nawet czasem muszę wstrzymywać to roześmianie się, żeby nie szlochać i nie śmiać się jednocześnie, bo nie chcę wyjść na wariatkę.
Z jednej strony chcę szaleć, z drugiej już bym zakładała szczęśliwą rodzinkę z dwójką dzieci i psem. Wiem, że bym kochała dzieci jak szalona, ale nie wiem, czy dobrze bym je wychowała. Wątpliwe.
A no tak, nie chcę być okłamywana i za ciężkie kłamstwa bym zabiła. Z drugiej strony sama kłamię i wypieram się tego nawet przed samą sobą, uważając, że jestem niewinna!
No i jak tutaj pogodzić się ze sobą samą? Z taką wariatką. Jak spełniać marzenia, kochać i być kochaną, przyjaźnić się, pracować? Jestem egocentryczką (nie mylić z egoistką) i DDA. Nie jestem gotowa na dorosłość, a ona przyszła. Świat czegoś ode mnie wymaga, a ja nie chcę płynąć z prądem. Takie jak ja popełniają samobójstwo, ale ja żyję, bo uważam, że jeśli jestem aż tak paskudna, to jakaś siła wyższa sama się mnie pozbędzie.
Ten temat to poniekąd ostrzeżenie dla zaglądających tu mężczyzn - nigdy nie wiążcie się z takimi kobietami, bo was wykończą. Co do kobiet... Po prostu napiszcie pierwsze, co wam przyjdzie do głowy. Może wasze słowa staną się moją inspiracją i sposobem na życie.