Kochane, upychamy ten temat po różnych wątkach - może niech tu będzie miejsce na rady, jak sobie z tym radzić.
Jak sobie radzimy? Czy w ogóle sobie radzimy? Jak rozmawiać z dziećmi, przyjaciółmi i rodziną o naszym rozstaniu.
Zapraszam. Uczmy się od siebie - cel jest tego wart.
Ja wklejam post, który umieściłam wcześniej w innym wątku.
"Kochana, teraz widzę, jak dobrą była moja (naprowadzona przez p doktor) decyzja, żeby rozmawiać z córką szczerze o sytuacji - niedługo po tym, jak problem ujrzał światło dzienne. I nie piszę tego po to, aby pokazywać jaka ze mnie przewidująca istota - wcale nie, to było po pierwsze działanie instynktowne, po drugie: mój "przypadek" jak wiecie jest nietypowy - nie wiadomo było ( i właściwie nadal) - jak zachowa się mąż.
Tak więc wyprzedzając najgorsze i nieprzewidywalne powiedziałam córce, że choroba powoduje, że może się zachowywać dziwnie i irracjonalnie - i nie ma w tym żadnej jej i mojej winy - po prostu takie mogą być objawy tej choroby. Wyraźnie podkreśliłam, że przyczyną rozstania nie jest sama choroba (ta mogła się przytrafić każdemu), ale to, że on nie chce się leczyć - i jedyną drogą do zmiany jest to, że sam zrozumie, że innego wyjścia nie ma.
Wielokrotnie też powtórzyłam, iż choroba nie zwalnia go z odpowiedniego zachowania wobec nas - poprosiłam, że jeśli będzie zachowywał się w jakikolwiek sposób, który wyda się jej krzywdzący i nieodpowiedni - ma mi powiedzieć. Zapewniłam ją, że ZAWSZE sprawę załatwię tak, żeby on nie zorientował się, że wiem od niej. I nigdy tego zaufania nie zawodzę - to jest PRIORYTET. Naprawdę bardzo staram się, aby ona jak najmniej czuła się "współodpowiedzialna" za tą chorą sytuację. W moim przypadku jest jeszcze coś, co czasami nie daje mi spać - "mechanizmem spustowym" czającej się choroby córki może być stres - a to mi nie pomaga. Ważnym wydawało mi się, żeby ona zrozumiała, że to tata ma problem - i tylko on może to zmienić. Że my nie mamy wpływu na jego decyzję - choćbyśmy robiły nie wiadomo co. I że tata bardzo ją kocha, ale jego zachowanie może się zmienić pod wpływem choroby - ale nie ma zgody na to, że to może być "wytłumaczeniem" dla krzywdzenia nas.
Osobną sprawą jest to, że z szanownym małżonkiem przeprowadziłam dyskusję (a właściwie monolog), w którym zapowiedziałam, że jeśli zrobi cokolwiek, co zrani nasze dziecko - NIE DARUJĘ.
Stan na dziś (od samego początku) jest taki, że oboje staramy się dotrzymywać reguł. Dobro dziecka jest priorytetem dla nas obojga.
Podsumowując - uważam, że szczera rozmowa z dzieckiem (przeprowadzona jak najwcześniej) jest najlepsza. Tylko nie mam pojęcia jak wytłumaczyć taką "sprawę" małemu dziecku - ja już mam nastolatkę, która większość spraw "ogarnia". Myślę, ze jednak konsultacja z psychologiem dziecięcym jest niezłym pomysłem. U nas działają bezpłatne poradnie, które zajmują się takimi problemami. Osobie "z zewnątrz" łatwiej jest spojrzeć na sprawę obiektywnie, o profesjonalizmie juz nie wspomnę."