mam 21 lat. 4 miesiące temu rozstałam się z "tym jedynym" a przynajmniej miał nim być... mieszkaliśmy wspólnie dwa lata, wcześniej byliśmy ze sobą rok. Pewnego dnia on się zdenerwował, wyszedł i nie odezwał się przez 2 tyg. płakałam i błagałam o kontakt.... nic... potem to ja "strzeliłam focha" i nie odzywałam się... minęły miesiące, on zabrał swoje rzeczy a ja wróciłam do rodziców żeby się pozbierać... pogodziłam się z tym... przyzwyczajam się powoli do samotności... ale te noce...
noce są tragiczne...
tak bardzo brakuje mi ciepłego, męskiego ciała leżącego obok i wtulonego we mnie....
jego twarzy zatopionej w moich włosach...
nawet chrapania!!
ludzie pomocy, co zrobić aby przetrwać do świtu?..