hej
nie pierwszy raz tu pisze o swoich problemach z chlopakiem....
ja juz starciałam sens... sens wszystkiego.
katusza....
10000 razy rozstawania, 10000 razy powrotow.... I JESZCZE Raz tyle nadziei na lepsze.
jestem załamana. pisze ten post prosto po powrocie od niego.
ON= problemy z alkoholem MY= przez alkohol zadymy kłotnie.
Rowne 2 tyg temu po osterej kłotni i jego kilku dniowym piciem postanowiałam zerawac.. Spotkalismy sie pogadałam z nim i powiedziałam mu ze ja tak dłuzej nie potrafie..nie chce z nim byc.
On na to ; zdezorientowany.... naobiecywał cudów niewidów, przekonał mnie i dałam mu ostatnia szanse. przekonał mnie ze sie zmieni jak jasna cholera... ale ja gdzies tam daleko w głebi wiedziałam ze to jest złudzenie... ale nadzieja byla;(
zaczeły sie Swięta a razem z nimi alkohol.... od 2 lat nasza wigilia wygladała tak ze jak przychodziłam do niego to on spał pijany... nie dzieliłam sie z nim opłatkiem bo był pijany spał... nawet jego bliscy tak jak mama rodzenstwo tez nie .... ale mniejsza z tm.
Tłumaczyłam sobie ze sa swieta i moze sobie wypic.... wszystko dla ludzi przeciez.....
DZIS Boze NARODZENIE a on nachlał sie i odprowadzajac mnie do domu nawyzywał i nawrzucał mi od najgorszych
ja Bogu ducha winna ale tak działa na niego alkoohol wie o tym a dalej pije.
jego obietnice trwały 2 tygodnie. moja nadzieja na lepsze trwała 2 tygodnie....
ja juz mam dosyc ten człowiek sie nie zmienie a ja bedac z nim zmarnuje sobie zycie na amen i obudze sie jak bedzie juz za pozno....
Jak mam go zostawic zapomniec?? pomozcie mi jak tak dluzej nei chce nie moge..........
Ja 22 lata on 26... nasz zwiazek = 6 lat. kocham go ale to mnie niszczy.