Cześć
Proszę pomóżcie, bo nie wiem co mam robić i do kogo się zwrócić.
otoż od pewnego czasu w moim związku pojawiły się poważne problemy. Trwa to już gdzieś 3/4 roku z różnymi etapami, w których jednakże pamiętam tylko jeden taki naprawdę dobry dzień.
Nie wiem już jak i od czego się to zaczęło. Jak topniał ubiegłoroczny śnieg to planowaliśmy ślub, co później z przyczyn losowych zostało odsunięte na dalszy plan. Teraz, mamy nowy śnieg.. i nie wiem co będzie dalej. U mnie to zaczęło się z pewnością z problemami zdrowotnymi, przez które stałam się chyba mniej znośna i przez które w domu częściej były awantury. Te moje problemy się już stabilizują, aczkolwiek wiążą się z nimi możliwe w przyszłości problemy związane z zajściem w ciążę. W głębi siebie bardzo to przeżywam, ale nie mam z kim o tym porozmawiać. U niego zaczęło się chyba od problemów z pracą. Po kilku miesiącach dał sobie radę. Byłam bardzo dumna. Założył swój interes. Niestety wiąże się to z nieustającym stresem i brakiem czasu. W tym czasie bardzo się oddaliliśmy: brak czasu na poprzytulanie się, brak czasu i chęci, żeby wyjść gdzieś razem i ze sobą pobyć, brak czasu i chęci, żeby porozmawiać i żeby zwyczajnie pożyć. On - kiedy nie pracuje to cały dzień śpi - zdarza się, że z przerwami po 24h/dobę. Źle to na niego działa. Zwykle, gdy wstaje, ma wysokie ciśnienie i jest wściekły. Ja wracam z pracy: w domu obraz nędzy i rozpaczy, bo po ziemi walają się plastikowe butelki, pełno brudnych naczyń, popiołu z papierosów i jego pierdół. Słowem AWANTURA gotowa jak się patrzy. I tak w kółko przez kilka ostatnich miesięcy. W tym czasie stał się również bardzo wulgarny, a dodatkowo z jego słownika zniknęły wszelkie słowa wiążące się z czułością i okazywaniem miłości. Po każdej "akcji" nauczyłam się rozpoczynać kolejny dzień "nie pamiętając" o tych wszystkich wyzwiskach i poniżaniu.
Święta - czekałam na nie długo i z utęsknieniem. W sercu miałam ogromną nadzieję, że te Święta mogą coś odmienić. Jak to ja ... obraz Świąt miałam w głowie już na kilka tygodni przed ich rozpoczęciem. Były marzenia o wspólnym śniadaniu, leżeniu w łóżku, obejrzeniu filmu. Niestety NIC z tych rzeczy. Święta to był płacz i udawanie przed najbliższymi, że wszystko jakoś się toczy, że jest w porządku. W Wigilię była obraza majestatu, bo spytałam rodzinę siedzącą przy stole, czy idą na Pasterkę. Jakoś miałam ochotę pójść. Nie chodzę od paru lat, bo nie mam z kim. On do Kościoła praktycznie nie chodzi. Ostatecznie nie poszłam, ale nie odzywał się do następnego dnia do popołudnia, kiedy to mieliśmy jechać do rodziny. Tego dnia też upił się. Więc drugi dzień Świąt też się nie odzywał. Poprzedziła to pełna bólu, nieprzespana i przepłakana noc, w którą padło znów mnóstwo wyzwisk. Mimo wszystko nie poddawałam się - robiłam kawę, herbatę w ciągu dnia. Wieczorem ożył. Zaczął gadać totalne bzdury, które powtarzał też dziś rano: że firmę zamyka, że to ostatni jego dzień itepe.
Nie wiem już co mam robić. Jestem w kompletnej rozsypce. Nie wiem co robić i jak sobie z tym poradzić. Nie piszcie, że powinniśmy szczerze porozmawiać, bo to nie jest możliwe. Ja bym bardzo chciała, ale on każdą próbę rozmowy traktuje, jako atak przeciwko niemu.
z góry dziękuję za jakieś porady.