Witam.
Cóż, sytuacja jest dość nietypowa, ale gdzie szukać nadziei czy rady co robić w mojej sytuacji, jeśli nie u kobiet.
Miesiąc temu rozpadł się mój trwający niecałe 5 lat związek. Ot tak, dowiedziałem się od kobiety mojego życia, że już mnie nie kocha i nie widzi dla nas przyszłości. Wytknęła mi wiele rzeczy, o których nie chcę pisać, ale podkreślam, że nie chodziło ani o zdrady, ani o brak szacunku czy czegokolwiek tego typu. Po prostu mówiła raczej o detalach. Prosiłem, błagałem, zaklinałem że to drobiazgi, że to wszystko zmienię, żeby dała nam ostatnią szansę. Ona jednak nie chciała o tym słyszeć. Kiedy się rozstawaliśmy, dokumentnie się rozkleiłem, zacząłem płakać jak nigdy. Wtedy powiedziała, żeby zmienił co mam zmienić i zobaczymy...
Cóż, wziąłem więc to za dobrą wróżbę, zrobiłem wszystko co mogłem w ciągu tygodnia i pojechałem do niej z kwiatami, pewien ze wszystko będzie dobrze. Okazało się, że nie... Powiedziała, że potrzebuje więcej czasu...
Czekałem więc... Rozmawialiśmy, wymienialiśmy smsy, kontakt się utrzymywał. Nie ukrywam, że szukałem tego kontaktu, ale ona też go nie unikała. Kilkakrotnie próbowałem ją przekonywać, że wart spróbować. Często wyglądało to pewnie na desperację. Z drugiej strony, jak nie odzywałem się 1 dzień i przestałem odpisywać na jej smsy, to zapytała się czy się obraziłem. W końcu po 3-4 tygodniach temat powrócił. Znowu nie odzywałem się jeden dzień i jak później rozmawialiśmy to zapytała czy kogoś mam. Odpowiedziałem, że oczywiście nie, przecież kocham tylko ją i po prostu daję jej czas, o który prosiła. Spotkaliśmy się wtedy i powiedziała mi, że ona nie potrzebowała wcale czasu, że wie że do mnie nie wróci i wiedziała to od początku...
Cóż, powiedziała mi także, że z kimś się spotyka. Z człowiekiem stanowiącym kompletne przeciwieństwo mnie... Zwariowałem wówczas, szalałem jak ranne zwierze, biłem się z myślami. W końcu poprosiłem o spotkanie, żeby wyjaśniła mi o co chodzi. Zapewniła, że nie zdradzała mnie wcześniej, a że i to to nic poważnego... Wierze jej i ufam, i wiem że nie kłamie.
Nie zmienia to jednak faktu, że się o nią boję i martwię. I tu myślę popełniłem największy błąd. W rozmowie z nią znowu wyznałem jej jak bardzo ją kocham, jak pragnę wszystko zmienić i że tamten facet nie jest dla niej. Żeby go zostawiła, żeby było jak dawniej... To było parę dni temu...
Do dzisiaj minął już niecały miesiąc od dnia w którym mnie zostawiła. Wiem, że jej mama która nigdy mnie nie lubiła, teraz nagle zmieniła zdanie i naciska ją na to żeby do mnie wróciła.
Ostatnio widzieliśmy się i rozmawialiśmy kilka dni temu. Przeprosiłem ją za to co robiłem źle od czasu jak mnie zostawiła. Za to, że naciskałem, często pytałem co robi przez co czuła, że próbuję ją kontrolować, że gadałem na tamtego faceta, etc. Poprosiłem bym mi to wszystko wybaczyła, że już tak nie będę, że to dlatego że ją tak mocno kocham i że moje życie wymyka mi się z rąk. Robiłem to bo miotałem się, panikowałem co zrobić, żeby do mnie wróciła. Cóż, obiecałem że z takim zachowaniem koniec.
Nie wiem co ma dalej robić. Kocham ją, co tu dużo mówić całym sercem. Dla niej zrobiłbym wszystko. Za to, żeby spędziła ze mną chociaż miesiąc, oddałbym resztę mojego życia. Jest dla mnie wszystkim... Powietrzem... Bez niej nie potrafię żyć, funkcjonować. Jestem obecnie na samym dnie... Sam nie wiem jak udaje mi się wstawać co rano i przetrwać kolejne dni... Nie sypiam, nie jem... Nie wiem jak długu jeszcze będę wstanie tak żyć...
Wiecie zawsze o nią dbałem, chciałem żeby miała wszystko. Zawsze kiedy mnie potrzebowała byłem przy niej, nigdy jej nie zawiodłem. Uchylałem jej nieba na tyle na ile potrafiłem...
Dlatego zwracam się do Was z pytaniem. Jakie są szanse na to, że Ona do mnie wróci... Że zatęskni, poczuje że to jednak to... Jak długo mam żyć marzeniami, że znowu będziemy razem.. Co dalej robić... Nie wiem...