Witam ![]()
Nadal do końca nie jestem pewna, czy dobrze robię zakładając tu swój wątek jednak chyba nie mam już innego wyjścia...
Z moim chłopakiem (21l.) jestem prawie rok, choć znaliśmy się duużo wcześniej. Były wzloty, upadki, nieporozumienia i kłótnie jednak zawsze dochodziliśmy do porozumienia. Na początku związku nasze "wspólne" wyjścia gdziekolwiek wyglądały mniej więcej tak - ja, on i jego koledzy. Zbuntowałam się, bo w końcu jestem z Nim czy z jego kolegami? Obiecał to zmienić. Spotykaliśmy się sami jednak, oni zawsze kręcili się gdzieś w pobliżu, dzwonili zniecierpliwieni.
Po około siedmiu miesiącach związku M wyjechał do pracy do Belgii (o czym pisałam już w innym wątku). Bałam się o Niego, o nasz związek, przerażała mnie ta odległość jednak wiernie czekałam. Przez cały Jego pobyt na obczyźnie pisaliśmy o Naszym związku i o Jego kolegach. Znów obiecał, że to zmieni. Gdy wrócił przez pierwsze dwa dni byłam ja, przez następne tylko Oni. Dzwonię, piszę - siedzi z Nimi, przychodzę do Niego - siedzi z Nimi. Dobrze, że nie przychodzi z Nimi do mnie. Wszystko było by dobrze, gdyby nie zaczął mnie olewać. Umawiał się ze mną, a godzinę (lub krócej) przed spotkaniem informował mnie, że jednak nie da rady, a później wychodził z chłopakami... Przykre jest też to, że Oni próbują ingerować w Nasz związek. Nie szanują tego, że jesteśmy w danym momencie razem, popędzają go, mówią żeby po prostu się mnie "pozbył", wydzwaniają, piszą, namawiają do różnych głupich rzeczy i te teksty w stylu "kiedy Ona sobie pójdzie, bo czekamy na Ciebie?"... Rozmawiałam z Nim na ten temat, mówiłam, że mi to przeszkadza, a wręcz mnie to boli. Znów obiecał, że to zmieni...
Od dwóch tygodni odkąd wrócił prawie bez przerwy kłócimy się tylko o Nich. M jest w Polsce tylko na 3 tygodnie, przy czym 3 miesiące jest w Belgii. Widujemy się 2-3 razy w tygodniu, On z kolegami widzi się codziennie. Ja potrafię siedzieć sama w domu i się nudzić w czasie, gdy On cały czas siedzi z Nimi
Co lepsze ja potrafię zrezygnować ze spotkania z przyjaciółmi na rzecz spotkania z Nimi.
Któregoś razu nie wytrzymałam... Nie przebierałam w słowach, gdy mu to po raz n-ty tłumaczyłam, łzy same cisnęły mi się do oczu. Skruszony przepraszał, obiecywał, niby zrozumiał, lecz na krótko. Po dwóch, trzech dniach było to samo...
Najgorsze jest to, że On cały czas obiecuje, że wszystko zmieni. Niby chce spędzić ze mną resztę życia, a zachowuje się tak nieodpowiedzialnie. Chyba za bardzo poczuł, że jestem, że jest dla mnie najważniejszy i wie, że Go nie zostawię... Nie potrafię sobie wyobrazić dalszego życia z Nim, jak i bez Niego... Jestem załamana już nie wiem co robić
Proszę Was o pomoc.