Witam,
przez ostatnie miesiące jestem kłębkiem nerwów, już nie jestem sobą.
Czuję się jakbym była na równi z kolegami mojego mężczyzny.
Od kiedy daliśmy sobie wolną rękę, czyli że możemy imprezować bez siebie, to mój chłopak przeciąga ostro strunę.
Oto moje argumenty:
- Prawie tydzień w tydzień chodzi gdzieś na imprezę, ale co z tego? Przecież ciągle tłumaczy mi,
że on się tam nie bawi, tylko pije piwo, gada z kolegami, czasem chwilę zatańczy.
- Jego koledzy, jak również on twierdzą, że ciągle mnie gdzieś zabiera (czyt. imprezy),
więc czas, żeby też pochodził z nimi, tyle że oni już przesadzają, bo np ostatnio mój chłopak dostał propozycję,
by jechać z jednym z nich do innego miasta na imprezę, wrócić drugiego dnia i jeszcze tego samego dnia zaprasza go do siebie na domówkę,
gdzie mnie tam nie będzie.
- Kolejny kolega już wyciąga go na ostatki, domyślcie się w jakim gronie. ![]()
Mimo tego, że nie mam zamiaru siedzieć w domu pokornie aż chłopak wróci do domu, sama też gdzieś wyskoczę,
to denerwuje mnie fakt, że przez ostatnie miesiące przesadza i nie widzi w tym nic złego.
Wkurza się, jak po raz n truje Mu, że już mnie irytują jego koledzy i on.
Ufam mojemu facetowi, ale ile można słuchać o tym, że ktoś mu coś proponuje?
Fakt faktem odmówił wyjazdu do innego miasta, ale na domówkę beze mnie idzie oraz ciągle lata z tymi przygłupami.
Dba o mnie, spotykamy się też dość często, ale uwierzcie, że mielibyście dość słuchania o tym,
że idą na imprezę. Już w sumie nie pamiętam, kiedy spotkali się "normalnie".
Mam zamiar porozmawiać z nim po raz x i postawić sprawę jasno, jeśli nie dotrze do niego to, nie mam o czym z nim gadać...
Pomóżcie..liczę na rady! ![]()