Jakby to powiedzieć. Historia jedna z wielu i rozpoczynająca się tak samo niewinnie jak większość, zapewne, ale po prostu czuję, że muszę to z siebie wyrzucić, bo odchodzę od zmysłów. Po prostu wycisnąć wnętrze w eter i wypluwać kolejne gorzkie słowa. Może brzmieć chaotycznie, ale to tylko zbitki myśli.
Zawsze byłam rozsądną osobą, analizującą wszystko na spokojnie i wyciągającą ze wszystkiego wnioski. Rok temu rozstałam się z chłopakiem, którego kochałam bardzo, ale miłością przyjacielską. Bez pasji. Poznaliśmy się kiedy mieliśmy po 17 lat i trwaliśmy tak parę lat ponad. Dla nas obojga byliśmy swoimi pierwszymi na jakiejkolwiek płaszczyżnie i byliśmy szczęśliwi. Do czasu. Zmienił środowisko, poznał dziewczynę i zmienił się nie do poznania. Ja? Ja cierpiałam, ale trwałam przy jego boku. Wiedziałam ja, a z jego ust usłyszałam te przykre słowa o wiele, wiele później. Ale walczyłam, nie wiem o co. Przecież rozeszliśmy się światopoglądowo tak dawno temu, a ja tak panicznie bałam się o to, że sobien ie poradzę. W końcu sama puściłam. Głos rozsądku? To straszne cierpienie, kiedy wiesz, że jest ktoś trzeci. I ten trzeci Ciebie atakuje próbując wyprowadzić Ciebie z równowagi i udowadniać swoją wyższość na wszelkie możliwe sposoby. Grunt osunął mi się spod nóg. Parę miesięcy rekonwalescencji, ale mimo wszystko jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze może na mnie liczyć, w drugą stronę działa to oczywiście tak samo. Rozumiałam jego postawę i widziałam, że naprawdę ją kocha, chociaż dzisiaj widać, jak często mają kryzys. Wzloty i upadki, chociaż tych drugich znacznie więcej. Wiem, że nigdy się z tym nie pogodził, bo widział mój jeden wielki upadek, ale sam pomagał mi się z niego podnosić i za to mu dziękuję.
Pamiętam, jak na początku roku siedziałam na schodach i płakałam mówiąc, że nigdy, ale to nigdy nie wbiję się komuś w taki sposób. Bo jak? Nikomu tego nie życzę. Mieszanka nienawiści, poczucia winy, niedowartościowanie. Efekty jak bez powietrza. Apatia, senność, bladość, zakrawione oczy. Dusiłam się.
Minęło parę miesięcy podczas których moje życie towarzyskie bardzo podupadło. Wolałam smęcić przed monitorem z muzyką w tle ? jak zawsze. Tryb ? praca, dom, praca ? dom. I tak w kółko. Tak samo, jak bałam się być sama, teraz pokochałam bycie singlem. Tylko nadal się za czymś tęskni i czasem systemy obronne nawalają, chociaż przeważnie ich gruba powłoka odstrasza potencjalnych petentów. Po tym wszystkim stwierdziłam, że miłość to syf. Coś, co odbiera racjonalność, rozsądek i zdolność do jakiegokolwiek logicznego myślenia. Nie daj Boże, rzuca się fizycznie i wykańcza organizm, o stabilności emocjonalnej już nie wspominając. Tak myślałam, a po ponownej ?przygodzie? utwierdziłam się w tym do końca.
Jest ode mnie starszy. Niecałe 11 lat. Pracujemy w tym samym miejscu, na tym samym piętrze w różnych pokojach. Widzimy się tylko na ?fajce?. Zawsze się go bałam. Ja, uśmiechnięta i pogodna ? zawsze napierająca do przodu i wspierająca innych, ze specyficznym poczuciem humoru. On, pochmurny, smutny z rękoma w kieszeniach samotnie wciągając papierosowy dym. Na rogu biurowca w centrum miasta. Podczas jednego z moich samotnych i leniwych piątkowych wieczorów odezwał się do mnie . Zaczęliśmy rozmawiać, a rozmowa przeciągnęła się na parę godzin.
Pomyślalam sobie ?świetny koleś i lubi moje poczucie humoru, a to się rzadko zdarza!?. Godziny rozmów o muzyce ? pomimo różnicy wieku zarzucaliśmy się toną nowej i starej muzyki, której chyba nikt poza nami nie lubi. Potem głupie wierszyki. A potem pomaganie, wysłuchanie, doradzanie i wspólnie fajnie spędzony czas. Oglądanie wspólnie rzeczy, których nie lubię ? mecze siatkówki czy hokeja. Zaczęliśmy częściej wychodzić na papierosa, a Pan zaczął mizernieć, tracić na wadze. Padło parę słów z jego strony, a mi zapaliła się czerwona lampka ? ?uciekaj!?. I tak zrobiłam. Uciekałam pół roku. Jak zawsze, uciekałam przed miłością. Niestety jego uczucia okazały silniejsze i poległam. I tak jest zawsze, im bardziej się bronisz, tym bardziej ściąga ciebie na dno. Szaleńczy pęd wstecz czasem sprawia, że nie widzisz skraju urwiska. I bezwładnie w to wpadasz.
Tak, jak wiele panien powtarzało sobie ?nigdy tego nie zrobię?, tak mówiłam i ja. I co? Nic na to nie poradzisz, może właśnie tak miało być? To i tak zawsze my, zbieramy sobie zęby z podłogi wytykane palcami.
Śmialiśmy się na fajce, spacerowaliśmy , czasem spotykaliśmy się w moim mieszkaniu ? mieszkałam wówczas niedaleko jego domu. I było naprawdę świetnie. Do czasu, ponownie.
Okazało się, że Pan ma problemy. Depresję, o której owszem wiedziałąm wcześniej, ale dodatkowo syndrom Otella. Panie i Panowie, straszny los spotka kobietę/ mężczyznę, który na tę przypadłość cierpi. W dodatku, o ile chory ma żonę. W depresji pomagałam kosztem gigantycznym. Dałam mu całą swoją pogodność, radość, a w zamian dostałam tylko ataki agresji i paranoicznej zazdrości. I swoją własną przeklętą depresję. Kiedyś zaatakował mojego byłego-przyjaciela, który tylko pomachał mi dłonią na ulicy. Setki telefonów. ?Gdzie jesteś, na pewno nie w domu, pewnie sięgdzieś szlajasz z kolegami!?. Wiedział, gdzie mieszkam. Mógł przyjechać, ja zawsze czekałam. Nie dopuszczałam do siebie ludzi, bo wiedziałam, jak bardzo zazdrosny jest. Jak to powiedział mój przyjaciel ?Czujesz się czyjasz ? to już pozamiatane?. I tak było. Ja tego nie szukałam, naprawdę. Przyszło samo. Kwestia przynależności do kogoś, kto nigdy nie będzie twój.
Cała firma chuczy od tego, jak on ma źle. Jak straszną żonę ma. Ona jeszcze nie pracuje od paru lat i to on utrzymuje mieszkanie. Bo spaceruje po niego pod firmę robiąc mu awantury, zanim jeszcze go znałam. Furiatka, której ponoć nigdy nie pokochał, ale nikt nigdy się nie dowie jak było naprawdę. Co siedzi w ich chorych głowach i dlaczego akurat musiało paść na mnie. Nie jestem małżeńskim terapeutą, ale wychodzę z założenia, że jeżeli komuś nie odpowiada związek, to się albo go naprawia, albo doszczętnie usuwa. Tłumaczenia, których używał, argumenty były beznadziejnie proste i płytkie. Przewijają się tutaj wiele razy, w różnych formach, więc ja nie będę ich już przywoływać.
On wygodnicki, miał swój bezpieczny kąt i kochającą żonę, która pomagała mu w cięzkich chwilach ? ja nie miałam nikogo, chociaż nie boję się zobowiązań. Chociaż uciekam przed miłosćią, to tak naprawdę ją chcę. Tylko legalnie, bez ukrywania się. Jestem młoda i tego właśnie chcę. Spacerów po lesie za rękę, wypadów do kina czy zakładania sobie kapci na starość.
Ile to ja się nie nasłuchałam, jaka to ona nie jest. Jestem pewna, że i ona ma swoją rację, swoją wersję historii , która w wielu procentach zmiecie jego z powierzchni ziemi. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, ale przez ten cały czas, w którym chowaliśmy się w naszej samotni ? nie było seksu. No nie było. Razem gotowaliśmy, razem jedliśmy, piliśmy wino i słuchaliśmy muzyki. Jedyne trzymanie się za ręce, albo nienarzucające się przytulenia. Nigdy nic więcej. Chociaż często żałowałam, to wiem, że to było bardzo dobrze. Dla mnie sex jest cyrografem, chociaż miałam tylko jednego partnera łóżkowego w życiu. Z drugiej strony to właśnie mnie uderzyło. To, że ktoś widzi we mnie partnera do rozmów i kogoś, na kogo nie patrzy się tylko jako przedmiot. Jak ?ruchadło? brzydko mówiąc. Większość kochanków chyba tylko to scala. Odskocznia od codzienności w postaci upoconych ud i zmęczonych spojrzeń. Tutaj czas leciał niebezpiecznie szybko i bez tego. Każdy wzrost napięcia pomiędzy nami musieliśmy oboje tłumić. Ostatni głos rozsądku w tak kurewskiej sytuacji. Od początku wiedziałam, jak to się skończy, chociaż kiedy dał jej pozew rozwodowy do podpisania ? zauważyłam łutę nadziei. Nie dowiedziałam się tego od niego, tylko od trochę drugiej strony. Byłam wniebowzięta, ale wątpliwości zawsze siętliły. I to mnie uratowało, bo nieuchronnie zmierzaliśmy ku końcowi. Wiedziałam, że to ja będę najbardziej poszkodowana. Ja najbardziej będę cierpieć, bo kiedy poświęca się niby niewiele, żeby móc cieszyć się paroma chwilami nieba, żeby potem wrócić do zsypu. A on do swojego pałacu.
Nie chcę brzmieć tendencyjnie, ale naprawdę nie czuliśmy różnicy wieku. Ja mam 23 lata, ambicje, ukończone studia licencjackie, magisterka w trakcie. Można powiedzieć, że co ja mogę wiedzieć o życiu tak? W tym wieku? Mam trójkęrodzeństwa i jesteśmy DDA z rodziny dysfunkcyjnej. Ojciec biegał po domu z siekierą, stał nad nami z nożem w środku nocy, bo chciał nas zabić. Bił matkę, wyzywał. Wtedy zrozumiałam, że kiedy coś jest nie tak, to się to przerywa. W takich związkach, chorych ? już nic nie ma do naprawiania. A jest? Wątpię. Moi rodzice nie wzięli rozwodu, czego bardzo żałuję. Wszyscy namawialiśmy, Ona jak zwykle kochała. Za bardzo. Chociaż to histeryczka, która sama napędzała większość awantur. Czasem naprawdęl epsza jest rozłąka toksycznych rodziców dla dobra dziecka. Nie, nie usprawiedliwam się tym. Bo nie mogę, nie mam czym. Tego nie da się usprawiedliwić. Po prostu każdy z nas ma własną historię, własny krzyż, który nosi i ciągle czegoś uczy. Niczego tak naprawdę nie możemy się spodziewać
Często mnie atakował. Z zazdrośći. Wypracowałam sobie już lęk przed odebraniem jego telefonu czy sms-a. Nigdy nie wiedziałam czy jest dobrze, czy będzie źle. Czy będzie tęsknota, czy odganianie. Wielokrotna cisza, urywanie kontaktu, które wprowadzało mnie w stan beznadziejnego odrętwienia.
Teraz ponoć skończyło się na dobre. Ja już nie mogę, nie nadaję się na tę rolę. Chociaż tęsknię. Jestem człowiekiem, który potrzebuje ciepła tuż obok. Nie takiego, które sama sobie wyobrażam na podstawie wspólnie spędzonego czasu i wspomnień.
Panie kochanki, pamiętajcie, że kobiety zakochane beznadziejnie mają klapki na oczach. Idealizujemy sobie partnera, żyjemy jego wyobrażeniem. Po czasie wszystko wychodzi na wierzch, chociaż... nie zawsze się mylimy.
Nidy też nie czułam się lepsza. Od niej, od Asi. Nigdy. Nigdy nie miałam tego poczucia, że jestem uzupełnieniem tego , czego ona nie ma, a czego on szukał we mnie. I chociaż mówiłam mu prosto w twarz, że jestem tylko kuracją kryzysu średniego i odskocznią, od której odbije się kiedyś tak wysoko, że nie będzie mnie już potrzebował. On tylko potakiwał bezwiednie, ale zapewniał, że nie w tym sensie.
Chociaż ja widzę, że kochał. Inni też to widzieli. Wtajemniczeni klepali po ramieniu, bo nie pozwalałam się ?dotknąć?. Ale to też nie o to chodzi. Zdrada mentalna boli jeszcze bardziej, niż fizyczna i nigdy sobie tego nie wybaczę. Byłam też u niego w domu. Na ścianach zdjęcia ze ślubu, ze wspólnych wypadów. I co widziałam? Ona tuli się do niego, a on stoi sztywno oddalony od niej. Ale czułam sięfatalnie z tym. Zwłaszcza, że ona wiedziała, że istnieję i atakowała mnie strasznie głuchymi telefonami. Jeszcze zanim się cokolwiek z mojej strony. Potem jużwiedziałam dlaczego, chociaż wtedy uciekałam. A w nim odezwał sie instynkt łowcy, we mnie obawy. I najzwyklejszy strach.
Moje imię wypowiadane przez sen wilokrotnie, w różnych formach. Nic dziwnego, że oszalała. Ja też przez to przechodziłam i dlatego moje poczucie winy mnie powoli zabija.
Mężczyźni są tacy, że lubią gonić za czymś nieuchwytnym. A często jest tak, że kiedy coś takiego złapią, my kobiety rozkochane bez pamięci zostajemy same ze sobą. Niszcząc się alkoholem, muzyką i płacząc w poduszkę.
Ja nie żałuję spędzonych chwil, bo nie opierały się na fizyczności i to mnie uratowało. Uratowała mnie świadomość i własne doświadczenia, które kazały powiedzieć mi stop.
Owszem, mamy kontakt. Oboje się do siebie odzywamy, jesteśmy przyjaciółmi i nie gryziemy się po kostkach wrogimi słowami. Czasem wspominamy ten czas, ale on i ja wiemy, że nie wchodzę w nic dopóki front nie będzie czysty. Tyle podarowałam, tyle oddałam a teraz okazuje się, że jestem wrakiem patrząc lekceważąco przez ramię.
Ja wiem, że będę czekała tłumiąc uczucia. Bo nie mogę ich zabić, chociaż krzywdę wyrządziłam sobie sama sobie. Na własne życzenie. Ja wiem, że kocham. Tego nie da się opisać, to się czuję. Ale prawda jest jedna i niezaprzeczalna. Nie zbudujemy szczęścia na czyimś nie szczęściu. W takich sytuacjach jakikolwiek krok jest zły. Jest piekłem. To był błąd, którego nigdy więcej nie popełnię i będę zapierać się szaleńczo nawet zębami o brzytwę. Nie i nie.
Bo kto wtedy pomaga? Ja mam przyjaciół i rodzinę, która pozwala stanąć mi na nogi. Niektórzy nie mają tego szczęścia, będąc piętnowanym przez najbliższych i otoczenie.
Kobieta jest zawsze winna. Zawsze. Tak się utarło, ale nie zawsze tak jest. Zależy od sytuacji. I od kobiet. Czy świadomie kokietują, zwodząc kolejne zdobycze i stawiając ich na półce jak trofea. Z premedytacją i to jest złe. W życiu są sytuacje, których jednak nie da się przewidzieć i nic nie da powiedzenie sobie, że nigdy tego nie zrobię. Nikt nie wie, co będzie jutro. Są kobiety dumne z tego, że są kochanką. Nie dałabym rady wytrzymać w takim stanie rok albo więcej. Nie daję sobie rady z tymi wahaniami emocjonalnymi, to nie część mnie.
Tym razem nie wiem i ja. To mnie przeraża.
Czy da się zapomnieć? Może, ja jestem sentymentalnym człekiem i często zagryzam zęby, choć wiem, że z zakopania przeszłości nic nie będzie.
Cierpię, ale mam za swoje. Taka jest cena zakazanej miłości, ale z drugiej strony nie musiałaby taka być. Decyzja nie leży po mojej stronie. Gdy męzczyzna kocha kobietę, robi wszystko, żeby z nią być. Nawet, jeśli te schody będą strome i może stracić wszystko, co zna.
Podobne tematy
Przeczytałam całego Twoje posta jednym tchem. Wiele w nim racjonalnego przemyślenia. Masz rację gdy mężczyzna kocha kobiete i zależy mu na niej zrobi wszystko aby z nią być. Czasem jednak na swojej drodze spotykamy mężczyzn, którzy udają albo to my stwarzamy sobie wizję jego... tak było w moim przypadku. Dużo Cię to wszystko kosztowało wiele emocji, cierpienia, strachu. Zastanów sie tylko nad jednym czy chcesz aby tak wyglądało Twoje włąsne życie. Też jestem DDA. Wiem co to znaczy szukam miłości na siłę gdzies gdzie jej nie ma gdzie jest tylko jej uzurpacja. teraz uczę się kochać siebie samą. Co dobrego możesz w tej chwili zrobić dla siebie samej? musisz zacząć myśleć o sobie przede wszystkim. Ta cała sytuacja wpływa na Ciebie bardzo negatywnie.... zasługujesz na miłość pamiętaj o tym.
Przeczytałam całego Twoje posta jednym tchem. Wiele w nim racjonalnego przemyślenia. Masz rację gdy mężczyzna kocha kobiete i zależy mu na niej zrobi wszystko aby z nią być. Czasem jednak na swojej drodze spotykamy mężczyzn, którzy udają albo to my stwarzamy sobie wizję jego... tak było w moim przypadku. Dużo Cię to wszystko kosztowało wiele emocji, cierpienia, strachu. Zastanów sie tylko nad jednym czy chcesz aby tak wyglądało Twoje włąsne życie. Też jestem DDA. Wiem co to znaczy szukam miłości na siłę gdzies gdzie jej nie ma gdzie jest tylko jej uzurpacja. teraz uczę się kochać siebie samą. Co dobrego możesz w tej chwili zrobić dla siebie samej? musisz zacząć myśleć o sobie przede wszystkim. Ta cała sytuacja wpływa na Ciebie bardzo negatywnie.... zasługujesz na miłość pamiętaj o tym.
Mężczyźni są tchórzami. Gdybym z kimś była, zostawiłabym. Nie wierzę w instytucję małżeństwa, nie tylko przez to, co widzę w domu i jak wiele z tych złych cech przechwyciło żonate i mężate rodzeństwo. To zniszczeni ludzie, którzy spotkali kogoś normalnego i to pomaga im walczyć nie tylko z Borderline, ale ze samymi sobą. Trafili na kogoś, kto im pomaga, wspiera i nakierowuje na normalność - a przede wszystkim - akceptuje.
Miłość odbiera zdolność racjonalnego myślenia, wprowadza stan pewnej hipnozy i zafascynowania, którego nie da się niczym przebić, poza solidnym przebłyskiem otwartych oczu.
Jako DDA nie szukam miłości, uciekam od niej. Ale kiedy coś czuję, nie pcham się na siłę, tylko weryfikuję uczucia. Upewniam się i wtedy lgnę. Tylko często jest to za późno, uczucia po drugiej stronie wygasają, a bywa, że trzeba wsadzić naprawdę wiele mocy, energii, żeby rozpalić to na nowo. Tylko czy jest sens, kiedy nie masz gwarancji na powodzenie i dobrowolnie wpychasz się w nieuchronny syf?
Dostałam bardzo dużo ciepła. Od niego. Jestem straszną kaleką, wylewającą herbatę siedząc, plącząc się w kable, wywalając na prostej drodze. Miałam bezpieczeństwo, którego mój ostatni partner nie dawał. Byliśmy bardziej przyjaciółmi, jeśli nie tylko tym.
DDA mamy tendencję do trudnych związków z równie skomplikowanymi partnerami. Nie wiem czemu, tak sobie wybieramy. Intuicja, czy może coś silniejszego? Bardzo wielu rzeczy nie mogę sobie wybaczyć. Z jednej strony żałuję, z drugiej nie. Bo mam doświadczenie na karku, które pomimo, że ciężkie i bardzo mnie wykończyło niszcząc doszczętnie, to wiem, że w przyszłości może mi właśnie pomóc. Może w końcu podejmę kolejną dobrą decyzję i zbuduję coś stabilnego.
Byłam chichotem, co ludzie odczytywali często sprzecznie. Uchodziłam za optymistę, chociaż to była tylko maska do przykrych rzeczy noszonych w sobie. Oczywiście, potrzebuję ciepła, ale dostałam je i jakim kosztem?
Mnóstwo wyrzutów sumienia, choć nie stało się nic i stało się wszystko.
4 2010-12-13 22:23:17 Ostatnio edytowany przez hardy_man (2010-12-13 22:25:41)
Witaj.
Ciężko coś racjonalnego doradzić, zresztą, chyba nie porady oczekujesz a tego by ktoś wysłuchał i przeczytał.
Mogę tylko napisać że rozumiem Twoją sytuację doskonale, moja historia była inna, ale elementy wspólne, te najważniejsze, są takie same.
Widzisz, miało być bez radzenia, ale nie mogę przejść obok tego obojętnie, spróbuj przeczytać kilka fachowych lektur, one dają wiele odpowiedzi, umniejszają wyrzuty sumienia, pomagają zrozumieć.
W tym dziale jest kilka tematów jak np ten :
http://www.netkobiety.pl/t17705.html
Zapytaj tam o książki, to standardowa zestaw kilku tytułów, przewija się tu non stop, z pewnością ktoś Ci podeśle na pocztę.
Miłego wieczoru.
W.
Tak naprawdę te historie zawsze sprowadzają się do tego samego efektu. Ktoś musi cierpieć i niestety to nieuchronne. A i elementy wspólne też są. Nierzadko dokładnie takie same
Czasem, jak na to patrzę, mam wrażenie, że to jakiś tekturowy szablon przyklejony do mojego małego świata
Trochę ciężko się pozbierać, troszkę sentyment ścina z nóg, wspomnienia. Tona wspólnej muzyki, obejrzanych filmów i głupie pogadanki do rana. O niczym. Ale trzeba iść dalej. To nie byłoby dobre, dla żadnego z nas - na dłuższą metę. I tego trzeba się trzymać.
Dziękuję, chętnie się poprzebijam ![]()
6 2010-12-13 22:36:45 Ostatnio edytowany przez Truskaweczka30 (2010-12-13 22:42:06)
Przeczytałam Twoja historie i naprawde sie wzruszyłam........,W życiu jest róznie i niewiemy co nas moze spotkac,co to życie nam postawi na drodze...Odkąd mnie przydarzyło się cos,co wywróciło mój świat do góry nogami,kieruje się zasadą -"nigdy nie mów nigdy....",Czasami jest cięzko i masz rację z tym ze sama zafundowałas sobie,na włąsne życzenie cierpienie,bo trzebabyło uciekac jak jeszcze nie było za pózno........a teraz?wiem cos o tym,ale niestety......Ale Ty jestes jeszcze bardzo młodą osoba i zycie stoi przed Toba otworem.....jeszcze znajdziesz kogos kto będzie wolny i da Ci to szczęscie którego definitywnie Ci brak,bo widac ze tak naprawde to jestes taka mała dziewczynka która pragnie by ją ktos przytulił...ale za błedy sie płaci,to prawda i prawdą jest to ze nie zbuduje sie szczęscia na czyimś nieszczęściu,wiem to........i ciesz sie ze Ty chociaz Jestes wolna....Zyczę Ci jak najlepiej ale wierze ze bedziesz szczęsliwa bo jestes naprawde bardzo inteligentna dziewczyną tylko moze troche zagubioną i skrzywdzona przez tych najblizszych....Pozdrawiam serdecznie.:)
Najgorsza jest tęsknota,nie mozna sobie z nią czasami poradzic i żal........no i ta świadomośc ze tak musi byc ,ze nie da sie inaczej,i trzeba isc dalej przez życie ale zawsze zostaje jakas rana,skaza.....
Tak, jestem młoda. Mam w sobie dużo energii, zapału, ale... czuję się strasznie staro. Wewnętrznie.
Cieszę się, że nie jestem jednostką autodestrukcyjną. Nauczyłam się topić te przeżycia w sposób dla mnie nieszkodliwy, nie niszczący ani mnie, ani otoczenia. Niestety dużo kobiet ma z tym wielki problem graniczący z upadlaniem się. Życzę, żeby i one znalazły swoją odskocznię, nawet jeśli będzie równie dziecinna, co moja.
Każda kobieta tak naprawdę jest małym szczeniaczkiem, które chce się przytulić. I niestety w większości, jeśli Pan odepchnie nogą, fuknie - i tak przybiegamy. Gdzie jest godność?
Fakt, zgubiłam się. Daaaawno temu
Temu forum przyglądałam się od jakiegoś czasu i w końcu zdecydowałam się uderzyć.
I bardzo dobrze jesli wyrzuciłas z siebie wszystko to pomaga........chociaz ja sie nie odważyłam....bo musiałabym napisac jak Ty-historia jakich wiele....ale na tym forum zawsze znajdziesz i dobrą radę i pocieszenie a to zawsze lżej człowiekowi na sercu,i kazdy z osobna spojrzy na Twoją historie innymi oczami,no i dobrze jest wiedziec ze nie jest się samą ze swoim problemem, a uwierz ze mają nawet gorzej....trzymaj się,ściskam mocno:)
Mnie akurat zachęciła ta złudna anonimowość, jak pewnie wielu. Takich historii jak moja czy twoja jest naprawdę wiele. Ale pomimo tego, te dramaty rozdzierające potem umysły są różnie ciężkie. Każdy przechodzi przez to inaczej. Może to i dobrze?
Moje najbliższe otoczenie wie, co się dzieje. Niektórzy potępiają, ale i tak pomagają, za co dziękuję. Wiem, że mam wsparcie, ale i tak to dla mnie... Katharsis. Swoiste. Mam wrażenie, że pomaga.
Wyrzucenie z siebie tego wszystkiego pomaga, bo przestaje się to "kisić" w głowie, przy okazji dostaniesz ochrzan i wsparcie i zaczynasz na to wszystko patrzeć innymi oczyma, tak bardziej obiektywnie, zwłaszcza gdy przeczyta się po czasie swoje własne słowa, i myślisz kurczę to naprawdę ja ??
GraffitiWomen - miałam podobnie jak Ty dlatego Cię rozumiem, pieknie piszesz i mądrze i bardzo poruszyła mnie twoja historia, też jestem DDA i kobietą kochajacą za bardzo, wiem jak wyglądają wieczne rozstania i powroty, ciche telefony, wzajemna przepychanka kto zadzwoni i kiedy, szarpanina, cierpienie, ból. W domu rodzinnym miałam podobnie jak Ty, nie zaznałam miłości i potem tego "głodu miłości" szukałam w trudnych związkach z osobami niedojrzałymi emocjonalnie, z alkoholikami lub suchymi alkoholikami którzy wykorzystywali mnie i często poniżali a którym pomagałam za wszelką cenę krzywdząc siebie. Jesteś wartościową, młodą osobą i zyczę Ci z całego serca aby ułozylo Ci się życie i abyś dokonała właściwego wyboru w przyszłości.
Ja najbardziej będę cierpieć, bo kiedy poświęca się niby niewiele, żeby móc cieszyć się paroma chwilami nieba, żeby potem wrócić do zsypu. A on do swojego pałacu.
Wlasnie to zostawilam, bo najbardziej mna wstrzasnelo. Czulam sie dokladnie tak samo. Jakbym trafila do zsypu, a on powrocil do swojego palacu. Wlasnie tak! Pisze to z poziomu kochanki. W tej roli czulam sie paskudnie, ale byl to jedyny do tej pory mezczyzna, ktorego kochalam. I byc moze dlatego Twoje okreslenie, jakze trafne tak bardzo mnie boli, wrecz rozrywa na kawalki ![]()
Nic nie doradze, jedyne, co moge wiecej napisac to to, ze czytajac to, co napisalas... sa zdania, z ktorymi sie zgadzam, mysli, ktore sa bardzo podobne do moich.
Pozdrawiam Cie cieplo
Bo tak naprawdę my zostajemy same. Na co nam zapewnienia, że "Będę obok, zawsze przy Tobie", skoro tak nie jest?
Takie związki z dużą różnicą wieku są bagatelizowane przez starszych, męskich partnerów. Bo ona jest młoda, więc na pewno nie moglibyśmy razem żyć, bo jak. A tak jest fajnie, bo ona jest mi wierna, a ja jadę na dwa baty.
To tak nie działa.
Ja rozumiem, że Pan Zakochany zawsze będzie pomiędzy młotem i kowadłem, ale w pewnym czasie ta granica musi zostać jasno określona.
Usłyszałam wielokrotnie: "To już koniec, a ty i tak jesteś z innego świata - nie będę Ciebie ranił". Jak można powiedzieć coś takiego egoistycznego?
Takie słowa bolą, bo czyny i wspólnie spędzony czas wskazywał na coś innego.
Wieczne wahania jego emocji, którym ja się poddawałam. Wiele razy ściskałam się sama w sobie i powoli się leczyłam, kiedy znów dostawałam napalmem w głowę. Trzeba być konsekwentnym, chociaż wiem, że w miłości to prawie niewykonalne, a powinno być samoistne. Tak, żeby nikt nie cierpiał.
Zsyp i Pałac. Zanim ja się zaangażowałam, było odwrotnie. Kiedy ja - tak jak napisałam we wstępie. Ja nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a ludzie mnie drażnili. W pracy wiecznie niewyspana, płakałam przed stertą dokumentów i formularzy. Zsyp, bo nic nie sprawiało mi już przyjemności, a małe radości ulotniły się w eter. Poranne musli tak przeze mnie uwielbiane stało się ohydne, a główną myślą w głowie był On.
Ja nie mam nikogo, kto da mi to, co daje mu ona. I nie obchodzi mnie to, czy on to chce czy nie. Podjął wybór, uświadomił sobie przy mnie swoje błędy przeszłości i zawinął się spowrotem.
Pan wielokrotnie naznaczał, że nigdy nie chciał się zakochać, dlatego żyje sobie tak a nie inaczej. Bez zazdrości, uniesień. Po prostu spokój, wspólne mieszkanie, zero dzieci. Ja już wiem, że to nie wypali, ale może to czasem faktycznie dobre wyjście. Nie można przyrzekać sobie, że nigdy nie pokochasz ponownie. Tym bardziej los będzie złośliwy.
Historia jakich wiele.. a ile emocji, smutku..po przeczytaniu zastanawiam sie, czy - co nas nie zabije to nas wzmocni..., zawsze jak mi ktoś tak mówi na pocieszenie, to odpowiadam, co nas nie zabije to nas okaleczy. Zastanawiam sie na nad powodzeniem miłości życiu wielu ludzi, dla mnie powoli traci to sens, bo to jest tak, że bycie z kimś z miłosci tak nas angażuje emocjonalnie, duchowo, a w konsekwencji także fizycznie, że w ostatecznym rozrachunku gdy kończy się tak jak się skończyło to nie stracza siły na oddech.
Dokładnie, niestety tak właśnie jest.
To też jest kwestia tego, jak pewnie czujemy się w takich związkach. Niestety niczego nie możemy być pewni i pewne. Nikt nie wie, co i kto czyha za rogiem.
Wszystko jest regenerowalne, zwłaszcza siły. Wystarczy motywacja, której nie mam. Patrzę na tego człowieka codziennie. Dzisiaj wzięłam wolne. Pewnie się cieszy, bo wie, że nie daję sobie rady. Chyba pokrzepia go ilość cierpienia, jakie mi zadaje.
W naszym życiu jedno jest pewne - ZMIANY -nikt i nic nie jest pewne, słowo "na zawsze" tak naprawdę nic nie znaczy albo znaczy tylko przez ulotną chwile, słowo "nigdy" zatraciło swą wartość, chyboczemy się na tych falach życia raz w lewo raz w prawo, raz prawie toniemy a czasem fala wyrzuca nas na brzeg i tak sobie trwamy.
GraffitiWomen chcę ci wybaczyć w imieniu żony którą jakoby skrzywdziłaś.
Ale nie widzę co mam ci wybaczyć? O co masz wyrzuty sumienia?
Że się zakochałaś? Miłość jest pięknym uczuciem które przychodzi bez naszego wpływu.
To osoby w które pakujemy tyle dobrych emocji są czasem niewłaściwe.
Jego zona też by zrozumiała, że nie ma ci co wybaczać, a co najwyżej może ci podziękować za twoją postawę. Przecież właśnie ze względu na nią zrezygnowałaś z własnego szczęścia, wprawdzie wątpliwego, ale jednak. Ile kobiet by nie zrezygnowało? Nie liczyłoby się z niczym dla odrobiny radości dla siebie?
Widzisz mój mąż jest seksoholikiem. Jego rodzice go bardzo kochali i kochają tak jak inne swoje dzieci. Ale nie potrafili mu tego okazać tylko wymagali właściwych postaw. Wychowali go najlepiej jak umieli. Ale nie dali mu miłości której mają całe pokłady, bo nie potrafili. Nie nauczyli go radzić sobie ze swoimi emocjami, nie nauczyli go pokonywania trudności w życiu, załatwiając wszystko za niego.
To ja nauczyłam go jak pokazywać miłość do bliskich nam osób.
Nadal jednak nie potrafił radzić sobie z emocjami i znalazł ujście w seksie.
Seksoholik seks traktuje tak jak alkoholik alkohol. Odpręża pozwala się wyluzować.
Mechanizmy są te same. Ja dowiedziałam się niedawno o jego uzależnieniu. I to ja uświadomiłam mu jego problem.
Teraz się leczy wie z czym walczy i skąd to się wzięło.
Czy to go usprawiedliwia? Nie. Bo wiedział że źle robi, ale nie potrafił nad tym zapanować.
Jego uzależniona osobowość w chory sposób tłumaczyła go przed samym sobą.
A co się stało to się nie odstanie.
Ja nie mam żalu do żadnej z tych kobiet z którymi mnie zdradzał. Jest mi ich żal, bo wiem jak mało mają szacunku dla siebie. Ja bym świadomie nie godziła się na dzielenie mężczyzną z kimkolwiek.
A one to zrobiły nie myśląc o nikim.
Pewnie niejedną skrzywdził swoim postępowaniem, być może któraś cierpi tak jak Ty.
Zakochały się, a dla niego nic nie znaczyły, były narzędziami, dzięki którym pozbywał się swoich złych emocji.
Ale zrobiły to na własny rachunek, sięgnęły po żonatego faceta, a to zawsze idzie w parze z cierpieniem.
A on skrzywdził mnie siebie i nie wiem kogo jeszcze. Ale ja wiem to wszystko o czym ci wyżej pisałam. Czy to go usprawiedliwia? Nie.
Ale pozwoliło nam spróbować zbudować na nowo nasze życie.
Ty nie masz sobie nic do zarzucenia, to on jest winny. To on powinien uciekać przed tobą.
Bo to on miał zobowiązania wobec żony.
Masz mój pełny szacunek.
Polecam ci wątek " Grupa wsparcia dla kobiet kochających za bardzo". Znajdziesz tam dziewczyny chętne do pomocy, mają wiele książek które pomagają pokochać siebie.
mariposa
Nawet nie potrafię wyobrazić sobie w jak trudnej sytuacji się znajdujesz, kobiety cierpią przez zdradę, wiem jak to jest, kiedyś dawno temu to odczułam na własnej skórze.. musisz sobie poradzić z tymi emocjami i jeszcze zrozumieć męża, bo tak naprawdę zdrady są spowodowane chorobą - uzależnieniem od sexu...jak dzielna musi być taka kobieta jak Ty.. myślę sobie, że .... niezwykle dzielna ![]()
Kaja zawsze uważałam, że nie jest tak źle, że mogłoby być gorzej.
Może to nielogiczne, ale chyba byłoby mi ciężej i nie potrafiłabym żyć z człowiekiem który miałby jedną kochankę przez wiele lat.
Bo to by znaczyło że nie był to tylko seks, a zaangażowanie emocjonalne.
Gdy wiem że jest to uzależnienie to wiem również że jego zachowanie nie do końca był w stanie kontrolować. Nie traktuj tego jak tłumaczenie jego zdrad. Bo tak nie jest.
Mój mąż jest dobrze wykształconym i inteligentnym facetem i potrafi rozpoznać co jest dobre a co złe.
To tłumaczenie jego zachowania uzależnieniem jest na mój użytek, nie jego .
On zdaje sobie sprawę że jego postępowanie krzywdziło mnie.
I nie ma prawa do usprawiedliwień.
On musi się pogodzić z tym że był zły i okrutny, nie ma dla niego litości.
Musi sobie przebaczyć bez łagodzenia tego co zrobił, bo miał zdolność oceny co dobre a co złe.
Alkoholika który katuje żonę po pijanemu też nie będziemy usprawiedliwiać, bo zanim podniesie kieliszek wie że potem nie panuje nad tym co robi.
Usprawiedliwienia nie ma dla uzależnionych.
Są one potrzebne takim jak ja, inaczej nie potrafilibyśmy przebaczyć.
Mariposa - Życie z człowiekiem z jedną kobietą na boku musi być naprawdę bolesne. To byłoby okrutne doświadczenie, ale wyobraź sobie, że takie kobiety istnieją. Takie, które z takimi mężczyznami żyją, chociaż są doskonale świadome.
Co do uzależnień, każde jest złe. Nawet uzależnienie się od drugiej osoby potrafi być niebezpieczne w skutkach.
A ja nadal nie potrafię się tego wyzbyć i chociaż spotykam się z Kimś, to nie jestem pewna skrajnie swoich uczuć, ale z Panem z ww mam bardzo dobry kontakt. Zapewniamy siebie w kawiarniach, że chociaż się kochamy niesamowicie, to trzeba iść dalej, bo to sensu nie ma. Tylko ciężko jakoś tak. Widzę, że nie jest zły i nie oskarża mnie o to, że ktoś jest obok mnie i to nie on. Niektórzy wpadają przecież w furię, kiedy ta druga znajdzie kogoś. Bo "mnie nie kochałaś wcale", "bo się puszczasz".
Jestem z tych kobiet, które kochają jak ogień, chociaż można się przez to poparzyć. Trafiłam na kogoś, kto jest świadom tego, co przeszłam i kocham... inaczej. Lekko, jak dogasające ognisko. Bo daje ciepło i jest bezpieczniej. Nie wiem tylko, czy dam radę, bo to dla mnie coś zupełnie nowego. A mężczyzna, który teraz jest obok naprawdę mnie wspiera i daje dużo. Zależy mu i chce mi pomóc wyleczyć się z tamtego, co było. Ja wiem, że to nie jest takie proste i nie będzie, bo coś tam zawsze zostaje.
Boję się tylko, żeby z tego nic złego nie było. Niby wszystko jest na otwarte karty, ale i tak nikt nie chce krzywdzić, ani być skrzywdzonym. Może nie wyjść, mogę nie udźwignąć tego ani ja ani on.
Odkochanie się to bardzo ciężka sprawa.