Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 31 ]

1

Temat: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Ciekawa jestem czy moje opowiadanie kogoś zainteresuje, czy ktoś będzie chciał to czytać? Nie ma jeszcze tytułu, ale ma zakończenie.

                                              ROZDZIAŁ I
                                                                               
  Cisza - pomyślał nareszcie cicho. Siedział w welurowym, popielato-niebieskim fotelu i rozmyślał. Delikatne światło lampy rozświetlało pokój. W półmroku rysowały się niewyraźne kontury kartonowych pudeł i rozstawionych bezładnie mebli i sprzętów. Nie miał teraz najmniejszej ochoty na urządzanie się. Radość z nowego mieszkania odbierał mu fakt, iż jest tu sam. Najbliższa mu osoba, z którą wiązał wszystkie plany i zamierzał spędzić resztę życia nagle powiedziała ?nie?. Od miesięcy starał się o umowę z przychodnią, która oferowała mu służbowe mieszkanie. Dodatkowo kontrakt z szpitalem znajdującym się w oddalonym o zaledwie dziesięć kilometrów miasteczku i kilka godzin tygodniowo prywatnej praktyki, miały mu zapewnić nielichy byt jak na początkującego lekarza. Gdy wreszcie pomyślnie zrealizował wszystkie formalności, podpisał dokumenty ? miał wrażenie, że los uległ u jego stóp. Od teraz zamierzał prowadzić spokojne życie ?prowincjonalnego doktora?, którego jedynym zmartwieniem będzie zgaga lub spuchnięte nogi pani Kowalskiej, a w domu czekać na niego będą  dokazujące dzieciaki i uśmiechnięta żona. Owego dnia wrócił wcześniej do znajdującej się w starej, obskurnej kamienicy, zapomnianej przez ?Boga? i ludzi, a przede wszystkim przez właściciela, kawalerki. Wynajmował ją razem z swoją wybranką. W drodze do domu odebrał od jubilera zamówiony kilka dni wcześniej złoty pierścionek z cyrkonami, które z braku środków miały imitować tradycyjne zaręczynowe diamenty, w pobliskim sklepie dokonał zakupów, pośród których znajdował się również wyszukany aczkolwiek niezbyt drogi szampan. Około trzy godziny później wystrojony w swą jedyną białą koszulę, świadka wszystkich ważnych w jego życiu wydarzeń na przełomie ostatnich czterech lat, czekał na swą wybrankę. Kuchnię wypełniała woń przygotowywanej karkówki z śliwkami, a pokój rozjaśniały promyki płonących świec na starannie nakrytym stole. Ilość nakryć zdradzała, iż jest to wieczór zarezerwowany tylko dla nich dwojga.                     
Zamek u drzwi delikatnie zazgrzytał. Weszła... Pełen napięcia oczekiwał przyjścia chwili, w której miały urzeczywistnić się jego marzenia.
Kobieta zdziwiona widokiem partnera w subtelnej aranżacji, przez moment zamarła. Powściągnąwszy jednak emocje, zaczęła realizować swój zamiar.
-Wypowiedziałeś asystę w akademii? - spytała bez ogródek.
-Wieści szybko się roznoszą ? odpowiedział.
-Tylko te złe.
-Skorzystałem z lepszej oferty.
-Nie ma lepszej oferty - zadecydowała ? oboje o tym wiemy.
-Weronika ? zaczął niepewnie ? to dla nas szansa na normalne życie.
-Nie bądź dziecinny, bez akademii nie masz szans na jaką kolwiek pozycję.
-Przecież wiesz, że nie o to chodzi.
-A o co!  - wrzasnęła ? może mi to łaskawie wyjaśnisz!
-O dom, rodzinę, poczucie stabilności.
Jego słowa rzucone niczym groch, nie zrobiły na kobiecie najmniejszego wrażenia.
-Robert bądź realistą  - tłumaczyła spokojniej ? czy ty naprawdę chcesz do końca życia odbierać cudze dzieci na jakimś ?zadupiu?.
-Nie tylko cudze ? wyjaśnił niepewnie.
-Rozumiem, że nie mamy o czym rozmawiać ? skwitowała dotknięta ostatnią uwagą.
Z zadumy   wyrwał go sygnał dzwonka telefonu komórkowego. Spojrzał na wyświetlacz  ?Jacek? informował napis. ? Ciekawe czego chce ? pomyślał przyłożywszy aparat do ucha.
-Słucham? ? odezwał się bezbarwnie.
-Cześć stary, jak tam już urządzeni? ? usłyszał.
-Nie żartuj wszystko jeszcze w pudłach ? odparł ? jakoś nie mogę się zebrać ? dodał.
-A co Weronika gdzieś wyszła?
-Nie została w Gdańsku ? wyjaśnił mając nadzieję, że nie usłyszy kolejnego pytania. Ostatnią rzeczą jakiej teraz potrzebował, było tłumaczenie bratu powodu ich rozstania.
-To może wpadniesz na piwo ? zapytał instynktownie wyczuwając grząski temat.
-Chciałbym, ale jestem trochę zajęty, a rano muszę załatwić parę spraw. ? Skłamał, gdyż ani nie zamierzał się rozpakowywać, ani też nic do załatwiać. Pragnął tylko uniknąć niewygodnych pytań.
Z Weroniką byli parą już od dawna i wszyscy oczekiwali od nich rychłego zalegalizowania związku, zwłaszcza teraz gdy podpisał ten kontrakt.
- Szkoda ? głos brata brzmiał szczerze.
-A jak samopoczucie u Ani? ? Zmienił temat.
-Dziękuję dobrze, przesyła ci pozdrowienia.
-Podziękuj jej i dbaj o nią, ona teraz naprawdę cię potrzebuje ? przemówiła przez niego lekarska troska.
Żona Jacka była w dziewiątym miesiącu ciąży i rozwiązanie mogło nadejść w każdej chwili, a Robert jako położnik i przyszły ojciec chrzestny czuł się szczególnie zobligowany do troski nad stanem zdrowia i samopoczuciem bratowej. Również fakt, iż jako jedyny znał płeć dziecka, dowiedziawszy się o tym w czasie rutynowego badania USG, motywował go nie wiedzieć czemu jeszcze silniej.
-Nie martw się, na pewno cię powiadomię gdy nadejdzie czas. Tymczasem szybko się urządzaj bo zamierzamy wpaść na parapetówę.
-Zapraszam w każdej chwili ? odrzekł.
-Dzięki na pewno wpadniemy, tym czasem trzymaj się i pozdrów od nas Weronikę.
-Dziękuję - zakończył rozmowę.
Wyłączył telefon i przez chwilę przyglądał mu się tak jak by widział go po raz pierwszy. Rzucił aparat na kanapę. Przetarł twarz rękami, jak gdyby chciał z niej zetrzeć całe zmęczenie, cały stres przyniesiony przez ostatnie dni. Miał warzenie, że nie wytrzyma tej bezradności i napięcia. Nie zastanawiając się wstał, włożył sfatygowaną, czarną, skórzaną kurtkę i wyszedł.
Gdy znalazł się na ulicy przystanął chwilę, rozejrzał się i zastanowił, w którym kierunku pójść. Blask ulicznych latarni rozświetlał panujący już mrok, rozpraszając spadające leniwie krople jesiennego deszczu. Gdzieniegdzie kreślił się zarysy kałuż rozsypanych bezładnie na nierównej powierzchni asfaltu i betonu chodnika. Podniósł kołnierz i schował głowę w szerokich ramionach chroniąc się przed uczuciem chłodu niesionego z wiatrem, który to uderzał z ogromnym tupetem porywając z drzew resztki zwiędłych liści. To znów, jakby chcąc dać wytchnienie szarym kikutom gałęzi słabnął, aby ponownie porwać ze sobą wszystko, co uda mu się ponieść. Robert odwrócił się gwałtownie w lewo i ruszył przed siebie nie zważając na deszcz, który powoli aczkolwiek cierpliwie przemaczał mu czuprynę ciemnych, roztarganych włosów. Mijał szare mury domów patrzące na niego światłem okien, zdziwione przechodniem i jego przedziwną wędrówką. Sam nie był pewien czy idzie przed siebie w jakimś określonym celu, czy tylko ucieka przed pustką ścian pozostawionych za sobą. Zatrzymał się ponownie, podniósł wzrok i ujrzał wołający z oddali neon. Bez namysłu skierował swoje kroki w jego stronę. Znalazł się w wnętrzu zadymionego i pomimo niewielu gości gwarnego lokalu. Nie zwracając najmniejszej uwagi na obecnych, skierował się bezpośrednio do murowanego z czerwonej, starej, pamiętającej prawdopodobnie czasy zaboru pruskiego cegły murku, wykończonego marmurowym  nie pasującym czasowo blatem bufetu. Usiadł na wysokim barowym, obitym czarną skają stołku i poprosił o czystą wódkę.
-Może rozcieńczymy ? zapytał człowiek obsługujący bufet. Dopiero przy trzeciej pięćdziesiątce, za namową lakonicznego barmana zdecydował się na dodatek coli i lodu. Gdy w milczeniu dopijał drinka nagle zaszczyciła go swą obecnością kobieta, uświadamiając mu, iż istnieje ktoś jeszcze prócz osoby serwującej alkohol i niego samego.
-Cześć ? zaczepiła.
-Cześć ? zmierzył wzrokiem niebieskooką dziewczynę o prostych opadających na ramiona blond włosach.
Towarzystwo to nie była rzecz jakiej dziś pragnął, nawet jeśli jest to obecność tak pięknej pani.
-Przepraszam, że tak zagaduję ? zająknęła się ? ale założyłam się z koleżankami, o to, że pana znam. Proszę nie patrzeć w tamtą stronę ? delikatnym skinieniem wskazała na stolik w końcu sali, przy którym siedziały dwie jej towarzyszki. Uśmiechem obdarzył styl jakim próbowano go zaczepić, w duchu przyznał kobiecie ogromną wyobraźnię.
-Jeszcze raz to samo ? powiedział do kelnera - dla tej pani również i tamtych. - Wskazał na wspomniany stolik, nie próbując nawet ukryć ironicznego uśmiechu potęgowanego przez stan lekkiego rauszu. Był to pierwszy uśmiech na jego twarzy tego dnia.
-Nie zrozumiał mnie pan ?  zaczęła tłumaczyć speszona kobieta ? naprawdę idzie o zakład ? mówiła ? zachciało mi się żartów ? burknęła sama na siebie.
Kelner posłusznie nalał drinki i postawił  je na lśniącym blacie, po czym udał się w kierunku rozbawionych pań.
Robert odprowadziwszy go wzrokiem podniósł szklankę zwracając się do siedzącej naprzeciw.
-Pani zdrowie.
Te słowa połączone ze znanym już uśmiechem sprawiły, iż dziewczyna opływając rumieńcem postanowiła wycofać się z nie zręcznej sytuacji, której sama była sprawczynią.
-To niema sensu ? wstała i powróciła do swoich koleżanek.
Przez moment patrzał oszołomiony jak odchodzi. Po chwili uświadomił sobie jak obraźliwe musiało być jego zachowanie. Dogonił ją  już przy stoliku, postawił szklanki, następnie objął ramieniem i próbując zachować twarz  powiedział:
-Może mnie przedstawisz...
-To jest Magda ? wskazała z satysfakcją orientując się w sytuacji na siedzącą po prawej krótkowłosą blondynkę - a to Iza. ? Wzrok mężczyzny powędrował na kobietę siedzącą w końcu stołu przy samej ścianie. Była to również blondynka, chociaż nie był pewien naturalności tego koloru. Jego uwagę przyciągnęły jednak oczy, o błękitnej, głębokiej barwie, niczym lazur pozostawiający ślad w pamięci swą naturalną tajemniczością.
-Robert ? powiedział zwięźle.
-Siadaj ? ruchem zaprosiła kobieta, której imienia wciąż nie znał.
-Przepraszam nie chciałem cię urazić ? mam dziś naprawdę fatalny dzień ? tłumaczył niedbale.
-Niema sprawy ? odpowiedziała bezimienna.
Uwaga kobiet gromadziła się teraz na nowo przybyłym. Początkowo temat rozmów skupiał się wokół przyczyn nieudanego dnia Roberta, szybko jednak zrozumiały, iż nie chce on o tym rozmawiać. Wówczas ich dyskusja zeszła na bardziej błahe tematy. Dowiedział się, że imię prowokatorki znajomości brzmiało Agnieszka, i że z Magdą są siostrami. Natomiast laurowo oka Iza jest ich kuzynką.
Towarzystwo sprawiło, iż nieco zwolnił tempo spożywanego alkoholu aczkolwiek nie zaprzestał pić.
-Dużo pijesz ? zauważyła siedząca niedaleko Iza.
-Piję bo lubię .
-Upijesz się ?stwierdziła.
-Przecież o to chodzi ? odpowiedział zirytowany jej wścibstwem.
-A ty czemu nie pijesz?
-Jestem samochodem ?stwierdziła.
-Z daleka jesteś ? zmienił temat.
-Nie z pobliskiego miasteczka.
-To za tych co nie piją  - to mówiąc podniósł szklankę.
-Czy to przez kobietę? ? zapytała niepewnie gdy uporał się już z poważną częścią zawartości szklanki.
W tym momencie alkohol rozcieńczony napojem wdarł się do jego oskrzeli wywołując napad uporczywego kaszlu. Dziewczyna kilka razy poklepała go po plecach próbując pomóc. Towarzyszące im siostry wybuchnęły śmiechem, co w połączeniu z duszącym kaszlem Roberta zwróciło na nich uwagę nielicznych innych bywalców lokalu.
-Nie klep go tak mocno, bo go zabijesz. ? zauważyła rozbawiona Magda.
-Czy na sali jest lekarz? ? zawołała rozweselona Agnieszka.
Mężczyzna chaotycznie uniósł rękę.
-Nie żartuj, jesteś lekarzem?! ? nie kryła zdumienia Aga.
-Myślałam, że się znacie - zapytywała zirytowana zajściem Izabela.
W tym momencie rozległ się uporczywy dźwięk dzwonka telefonu. Jedna z pań pośpiesznie  sprawdziła swoją komórkę,  upewniając się, że to nie jej telefon dzwoni.Kobiety popatrzyły pytająco na targanego kaszlem mężczyznę. Robert bez pośpiechu wyjął z kieszeni aparat i nie zadawszy sobie trudu rozpoznania autora połączenia, wyłączył go.
-To mogło być coś ważnego ? zauważyła znajoma o błękitnych oczach. Popatrzał na nią badawczo i już miał spytać, co ją to obchodzi, lecz z tropu zbiła go inna z pań pytając:
-Naprawdę jesteś lekarzem?
-Tak.
-A jakim?
-Marnym ? odpowiedź wyrażała raczej stan jego duch niźli kompetycje zawodowe. Współbiesiadniczki ponownie wybuchnęły śmiechem. Jedynie Izabela nie umiała wczuć się w atmosferę beztroski, spowodowaną szklaneczkami. Subtelnym spojrzeniem oszacowała stan rauszu towarzyszących jej osób. Niechętnie musiała przyznać, iż w tych okolicznościach jej obecność może co najwyżej  krępować ją i  pozostałych.
-Wybaczcie, ale jak to mówią komu w drogę - temu kopa..
Po tej deklaracji postanowiła ich opuścić. Robert, który nie był jeszcze tak pijany żeby nie rozumieć zdarzeń postanowił wykorzystać sytuację i wycofać się z biesiady.
-Na mnie też już pora ? oświadczył.
Bez entuzjazmu opuścili Pub rzucając za sobą skromne ?na razie?.
-Daleko zostawiłaś samochód ? spytał przy drzwiach.
-Nie tu na parkingu ? wskazała na wyłaniającą się z za otwieranych drzwi przestrzeń.
-A ty daleko masz do domu ? zapytała już na zewnątrz.
-Jakieś pół kilometra ? odpowiedział.
-Podwieś cię? ? zapytała niepewnie.
-Dziękuję, spacer dobrze mi zrobi ? zdziwił się troską niedawno poznanej dziewczyny.
-No to do zobaczenia ? pożegnała go wsiadając do rozklekotanego ?malucha?.
-Jak nastąpi to ?zobaczenie?- zawołał do znikającej za drzwiami pojazdu kobiety, która zdumiona pytaniem odpowiedziała tylko:
-Na pewno rozpoznasz, już moja w tym głowa.
Odprowadził wzrokiem odjeżdżające z hałasem auto.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

nawet niezłe smile przeczytałam całe...
jedynie musisz poprawić wyrazy w niektórych miejscach, literówki i interpunkcję smile
pozdrawiam

CHWILA PRZYJEMNOŚCI W USTACH, CAŁE ŻYCIE W BIODRACH. smile

CEL: 68 kg      początkowa (05.11.2010): 98 kg       obecnie (28.01.2011): 83,5 kg
                    wcześniej<wrzesień `10>: 103,9 kg i więcej...i duuuużo więcej....115 - 120 KG??!!! NIGDY WIĘCEJ POTWOREM BYĆ!!!!

3

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Skoro lubisz pisac to fajnie ,ćwiczenie czyni mistrza.
Dla mnie za dużo słów a za mało treści taka telenowela.
pozdrawiam

,,Bo żyć godnie to nie znaczy nie upadać, każdy robi błędy, ważne jak będziesz wstawać.''

4

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Napisałam to dziesięć lat temu, wrzuciłam "surowe" w pierwotnej wersji.

5 Ostatnio edytowany przez gazia (2010-12-12 21:27:35)

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Wywaliłam skoro Cie to irytuje -sory.

6

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

gazia
Ciekawy sposób wyrażeni krytyki.
Pomysł z dalszym ciągiem napisanym przez wiele osób jest kuszący. Niestety nie pionierski, już napisano coś w ten sposób (BroSzura to pierwsza w Polsce, a może i na świecie książka, która składa się z najlepszych tekstów napisanych przez Internautów)
Jak zauważyłaś nikt nie wyraził chęci przeczytania więcej.

7

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

no co Ty, skąd pomysł, że nikt nie wyraził chęci czytania ciągu dalszego? ależ owszem, czytają, ale niekoniecznie wszyscy potrafią dopisać coś dalej... wink ja - przynajmniej nie teraz... smile powodzenia, piszcie, piszcie, może wyjść niezła historyjka, a jakie ma znaczenie, że coś już powstało w ten sposób? może powstało, ale historia na pewno się nie powtórzy z tamtego dzieła... smile

CHWILA PRZYJEMNOŚCI W USTACH, CAŁE ŻYCIE W BIODRACH. smile

CEL: 68 kg      początkowa (05.11.2010): 98 kg       obecnie (28.01.2011): 83,5 kg
                    wcześniej<wrzesień `10>: 103,9 kg i więcej...i duuuużo więcej....115 - 120 KG??!!! NIGDY WIĘCEJ POTWOREM BYĆ!!!!

8 Ostatnio edytowany przez gazia (2010-12-12 21:31:00)

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Dobrze , przepraszam,nie chciałam krytykowac ani  urazic sory .Tekst oczywiście wywaliłam.

9

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

uuuu, coś nieprzyjemnie się zrobiło.... hmm

CHWILA PRZYJEMNOŚCI W USTACH, CAŁE ŻYCIE W BIODRACH. smile

CEL: 68 kg      początkowa (05.11.2010): 98 kg       obecnie (28.01.2011): 83,5 kg
                    wcześniej<wrzesień `10>: 103,9 kg i więcej...i duuuużo więcej....115 - 120 KG??!!! NIGDY WIĘCEJ POTWOREM BYĆ!!!!

10

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Maddlen, po prostu wyszło nieporozumienie, ewa źle zrozumiała moje intencje. zreszta ja spontanicznie do tego podeszłam , zbyt spontanicznie. Sory. Niepotrzebnie zacżełam pisac ciag dalszy. No, prosze sie nie gniewac.

11 Ostatnio edytowany przez ewelinaL (2010-12-12 23:39:35)

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?
maddlen napisał/a:

uuuu, coś nieprzyjemnie się zrobiło.... hmm

Maddlen wczoraj pisałam na "naszym Dukienowskim"wątku, że znowu padł mi laptop. Komputer, z którego teraz pisze działa na platformie Ubuntu - Linux i niestety nie obsługuje formatu w jakim jest napisane opowiadanie. Oczywiście zamieszczę dalszą część, niestety na dzień dzisiejszy musiała bym ją ponownie spisać.

gazia napisał/a:

Wywaliłam skoro Cie to irytuje -sory.

Proszę nie usuwaj postów, każdy ma prawo do swojego zdania, dzięki temu tworzy się dyskusja.
Nie obraziłaś mnie. Jestem Ci wdzięczna, że poświęciłaś trochę czasu i to przeczytałaś.
Ps.Pomysł napisania opowiadania przez forumowiczki Netkobiety jest fantastyczny, pytanie tylko kto "TO" będzie redagował ??? wink

12 Ostatnio edytowany przez ewelinaL (2010-12-25 22:15:29)

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Opowiadanie jest surowe, bez korekty proszę mieć na względzie, że napisane 10 lat temu. Dziś jestem bardziej "dojrzała", jednak moje powieści nadal potrzebują korekty. Prezentuję rozdział drugi, pewnie nie pełny
                                    ROZDZIAŁ II

Promienie słoneczne natarczywie muskały mu twarz, którą próbował zasłonić początkowo poduszką. Nie zalawszy jednak tego przedmiotu zastąpił go dłońmi. W miarę jak następowało przebudzenie zaczynał zdawać sobie sprawę z dyskomfortu  pozycji w jakiej spał. Uczucie to wzmagał potężny ból głowy. Nie znajdując ukojenia ani w przewróceniu się na drugi bok, ani w nakryciu twarzy znalezioną przypadkowo odzieżą, postanowił wstać i wrócić do realnego świata. Zegar wskazywał siódmą trzydzieści. ? Przecież to środek nocy ? pomyślał kierując swe kroki w stronę drzwi za którymi prawdopodobnie znajdowała się łazienka. Po dotarciu w zamierzone miejsce ze zgorszeniem zauważył, że spał w ubraniu. Obraz jaki ukazał mu się w lustrze podpowiadał ?weź się w garść chłopie?. Z oburzeniem stwierdził, iż z kranów leci tylko zimna woda. Opuścił łazienkę z postanowieniem zaparzenia sobie kawy i łyknięciu jakiegoś proszku na ból głowy, co jednak okazało się niebywale trudne biorąc pod uwagę fakt, że nie rozpakował jeszcze nawet piżamy nie mówiąc już o takich skomplikowanych przedmiotach jak czajnik, czy apteczka, lub kawa i szklanka. Nagle całą pustkę w jego głowie wypełnił przeraźliwy dźwięk. Był to sygnał telefonu, który postanowił wyrzucić jak tylko uda mu się zlokalizować miejsce jego wzywania. Gdy po kilkudziesięciu sekundach znalazł kurtkę leżącą w przejściu pomiędzy niewielkim przedsionkiem a dużym pokojem i wydobył z niej komórkę odruchowo potwierdził komendę odbierz.
-Jakubowski  , słucham ? przywitał oschle natręta.
-To słuchaj braciszku! ? Głos w aparacie wydawał się bardziej wzburzony niż on sam.
-Gdzie byłeś do cholery i czemu nie odbierałeś telefonu?
-Sorry Jacek co się stało? ? zapytał skruszony.
-Co się stało? ? irytacja głosu w przedmiocie rosła.
-Gdyby nie to, że szczęśliwie zostałeś wujkiem, udusił bym cię własnymi rękami. Miałeś tam być. Gdzie byłeś? ? powtórzyło się pytanie, na które sam właściwie nie znał odpowiedzi. Po raz Pierwszy w życiu postanowił się odciąć od wszystkich oczekiwań jakie w nim pokładano. Po prostu podążyć przed siebie do nikąd i nie zostawiając za sobą nic. Tym czasem co osiągnął ? gigantycznego kaca i dał plamę w sprawie, na której zależało nie tylko jemu.
-Przepraszam Jacek nawaliłem. Trochę wczoraj zabalowałem. Czy wszystko dobrze, mały zdrowy? A Ania jak się czuje? ? Zadawał pytania podekscytowany jak szkolniak.
-Wporządku, jadę do nich za chwilę. Zabierzesz się ze mną?
-Oczywiście, daj mi tylko kilka minut żebym mógł się ogarnąć.
-Będę za piętnaście minut ? odpowieć brata była tak stanowcza, iż Robert nie tracąc czasu od razu zabrał się do doprowadzania do porządku swego skacowanego ciała.
Zadziwiająco nie przeszkadzał mu zimny prysznic i w krótkim czasie przewertował pudła znajdując w nich nie tylko ubrania, ale również tabletki do od bólu głowy. Nie znalazł jedynie przyrządów do golenia, co go wcale nie zmartwiło, gdyż perspektywa golenia w zimnej wodzie nie wydała mu się zbyt wesołym pomysłem, zwłaszcza iż aż tak bardzo nie czuł się winny.
Spoglądając przez szybę samochodu na ?uciekające? drzewa zastanowił się po raz  pierwszy zadał sobie pytanie, co właściwie było między nim i Weroniką nie tak? Kto zawinił, a kto był ofiarą?  Kołatało mu po głowie, że to może on za dużo oczekiwał, że gdyby tylko przystał na jej oczekiwania to może teraz był by w drodze do swojego dziecka?
Nasunęły się znów wspomnienia.
-Dlaczego  nie dopuszczasz innych opcji? ? zapytała.
-Owszem, dopuszczam, ale podaj mi choć jeden powód dla którego miałbym zrezygnować z bezpośredniej praktyki?
-Na przykład praca naukowa ? brzmiała odpowiedź.
-Kochanie jestem tylko asystentem profesora Sadowskiego i jako taki nie mam własnych osiągnięć.
-No właśnie ty odwalasz brudną robotę a Sadowski zbiera laury.
-Przypominam ci że praktyka na oddziale i prowadzenie statystyk leży w moich obowiązkach ? bronił swojego stanowiska.
-Statystyki mogą prowadzić stażyści a ty powinieneś więcej czasu spędzać w laboratorium i na akademii ?dążyła zawzięcie.
-Lubię kontakt z pacjentami, to pozwala poznać ludzkie zachowania i to przeważnie te najlepsze. Sami mogli byś my postarać się o jakieś ? zażartował obejmując ją w pół obiema rękami.
Gwałtownie odrzuciła jego dłonie oznajmiając:
Tobie tylko jedno w głowie a doktoraty robią inni!
-Niech robią ja mam ciekawsze plany.
-Jakie???!!!-krzyknęła.
-Zaproponowano mi posadę w tej miejscowości gdzie byliśmy na urlopie. Mało tego w miasteczku nie daleko prowadzi prywatny gabinet mój kolega z ogólniaka i zaproponował mi spółkę.
-Myślisz, że ktoś przyjdzie do nikomu nieznanego młodego ginekologa? ? przerwała.
-Owszem tak właśnie myślę ?pomału przemawiało przez niego wzburzenie.
-Może nie na początku ale z czasem  - dodał mniej śmiało.
-Tak, a jaką rolę w tym widzisz dla mnie, roznoszenie ulotek czy rozklejanie plakatów reklamowych?
-Nie bądź sarkastyczna, w tym mieście jest nowy szpital wojewódzki poszukują tam świeżej kadry. Mi też zaproponowano etat.
-Masz rację nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość przede mną jeszcze półtorej roku stażu a potem wszystko się samo ułoży.
I ułożyło, on na prowincji a ona w swej ukochanej akademii. Miał tylko nadzieję, że zajmie jego miejsce pierwszego asystenta.
-Co cię trapi? ? z zadumy wyrwał go głos brata. Zaniepokojony milczeniem wpół pasażera próbował nawiązać rozmowę z młodszym bratem.
-Nic, tylko przykro mi za wczoraj, no wiesz nawaliłem.
-Nie martw się najważniejsze, że Ania tam była ? chciał rozładować napięcie żartem.


Wiedziałam, że edycja na ubuntu to nie jest dobry pomysł, nawet nie chciał mi system oddać płyty.
Następne części jak odzyskam laptopa na życzenie czytelników...


W dalszym ciągu popieram pomysł napisania opowiadania przez forumowiczki netkobiety

13

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Opowiadanie już nie istnieje. Odradzam czytanie;)

14

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Ewka szkoda bo chciałam napisać swoje uwagi smile

15

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?
luc napisał/a:

Ewka szkoda bo chciałam napisać swoje uwagi smile

Dziękuję za zainteresowanie i wytrwałość w czytaniu;)

Uwagi można napisać. Możliwe, że pomogą innym. Tekst zawiera tyle błędów, że powinien służyć jako zły przykład.

Pozdrawiam.

16

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Nie moja szklanka herbaty. Wydaje mi sie zbyt szablonowe i malo realistyczne, szczegolnie jezeli chodzi o meska psychike.

Ale, ok napisane, styl niezly. Gratulacje smile

To, cze­go nie mu­sieliśmy roz­szyf­ro­wywać, wyświet­lać drogą wy­siłków oso­bis­tych, to, co było jas­ne już przed na­mi, nie do nas na­leży. Od nas pochodzi je­dynie to, co wy­doby­wamy z ciem­ności będącej w nas i cze­go nie znają inni.- Marcel Proust

Sorki, ale mi odjelo polskie znaki z klawiatury sad

17

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Proponuję poprawić błędy ortograficzne, interpunkcję. Fabuła momentami się rwie, co nie służy zrozumieniu przebiegu akcji.

Polecam książkę Waldemara Łysiaka "Karawana literatury". Znajdziesz tam wiele cennych uwag o pisaniu i literaturze.

BÓG jest wzorem mądrości: mnóstwo dzieci, żadnych alimentów, żadnej żony i żadnej teściowej. Objawia się wybranym, rozmawia z nielicznymi i wpuszcza do swoich wielu mieszkań kogo chce.  I dzięki tej Bożej Mądrości niektóre dzieci darzą Go Zaufaniem, Uwielbieniem i Miłością. Pozostali próbują rzucać kamieniami Panu Bogu w okna i trafiają kulą w płot swojego własnego ograniczenia.

18

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Szkoda że juz nie ma dalszego ciągu spodobało mi się bardzo i czuje niedosyt pozdrawiam Iwona

19

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Przyjemne opowiadanie. Ale zupełnie nie w moim stylu.

Made the wrong move, every wrong night
With the wrong tune
Played till it sounded right, yeah

20

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Kobietki,
Widzę, że zajmujcie się tutaj krytyką, a ja krytyki łaknę jak kania dżdżu smile Z każdym chętnym podzielę się  linkiem do mojego bloga. Nie zmieści się cały tekst bo to już prawie 70 stron, ale poniżej kilka wyrywków tekstu ku zachęcie. Gatunek- fantastyka. Każda krytyczna opinia mile widziana.
Pozdrawiam serdecznie
Agnieszka


    Izabella wracała z pracy. Pomyśleć 16.30, a ciemność zdążyła ogarnąć już każdy zakątek miasta. Zimny listopadowy wiatr bezlitośnie wdzierał się pod, zdawałoby się, szczelnie zapięty płaszcz, znajdował każdą dziurkę w wełnianej czapce. Twarz była  bryłką lodu od tnącej mżawki " Tak właśnie musiały się czuć mamuty, zamarzając w czasie zlodowacenia" pomyślała Izabella z narastającą frustracją. Szare, mokre ulice, ciemne bryły domów i mrok "Wampirzy tryb życia klasy pracującej" gorycz prawie wycisnęła jej łzy z oczu, powstrzymał ją tylko fakt, że dodatkowa wilgoć przysporzy jeszcze większego bólu i tak już skatowanej przez pogodę twarzy. Listopad- miesiąc, w którym słońce się w zasadzie nie pokazuje, kiedy mrok wita cię wychodzącą do pracy, przygląda się twoim zakupom, posiłkom i kołysze cię do snu. Listopad- najgorszy miesiąc w kalendarzu Izabelli. Właśnie wtedy jej samotność przybiera na wyrazistości. Znajomi jakby przysnęli, nie mają ochoty na spotkania, zresztą nie ma ich aż tak wielu, żeby było w czym wybierać. Spacery- a któż by chciał spacerować w takiej pogodzie, chyba wyłącznie wyjątkowo nienawidzący siebie masochiści. Pozostaje siedzenie w pustym, jednoosobowym mieszkaniu, z najbardziej wiernym kompanem- telewizorem i szklanką herbaty.

Pomyśleć, że jeszcze tylko miesiąc i będą święta- takie, jak co roku, w towarzystwie rodziców, babci, która pamięta doskonale wojnę i lata '80, ale nie jest w stanie przypomnieć sobie, co robiła wczoraj i jak mają na imię jej prawnuki. Ach, no i oczywiście siostra i jej wesoła gromadka, czyli mąż i dwie pary bliźniaków, skutecznie zagłuszających każdą próbę rozmowy. Nie chodziło o to, że Izabella nie lubiła siostry czy siostrzeńców, wręcz przeciwnie, kochała ich całym sercem, ale bardzo szybko męczyły ją dziecięce wrzaski, i podniesiony ton Emilii, a głęboko w duszy musiała przyznać, że też trochę zazdrościła im tego rodzinnego ciepła, które zbudowali.
                      Na święta trzeba maluchom kupić kolejne zabawki, co zdecydowanie nadszarpnie jej budżet. Potem siostrzeńcy zamęczą ją prawie na śmierć prośbami o zabawę i demonstrowanie nowych zastosowań swoich dopiero, co zdobytych gadżetów. Nawet lubiła święta, w dzieciństwie wprost nie mogła się ich doczekać, ale od kilku lat napełniały ją też smutkiem i lękiem. Tak było od czasu, gdy została sama.
Chłosta z lodowatego wiatru zafundowana prosto w twarz, przerwała wszelkie rozmyślania. Właśnie kończyła się na jej drodze oświetlona i uczęszczana ulica Grudziądzka i już za chwilę miała skręcić w zazwyczaj ciemne i puste PCK, które było ostatnim odcinkiem jej drogi do domu, a od kilku tygodni napełniało ją niezrozumiałym lękiem. Zawahała się, nawet na chwilę zatrzymała, przetarła twarz ręką i uśmiechnęła sama do siebie. Cóż za bzdury- prosta, krótka, trochę pusta ulica, a ona boi się jak małe dziecko. Ruszyła przed siebie. Po kilku krokach rozejrzała się nerwowo. Wiatr wył u szczytów budynków, zacinała mżawka. Szelest, świst, własne kroki odbijające się między nieuporządkowaną mozaiką kamienic i bloków. To uczucie, które towarzyszy jej już tak długo, że ktoś stoi, patrzy, że jest to ktoś szalenie niebezpieczny. Morderca? Gwałciciel, a może inny, jeszcze gorszy szaleniec. Serce załomotało, zawirowało jej w głowie i zapulsowało w uszach. Metaliczny smak paniki pojawił się w ustach, zaczęła biec, szybko, rozpaczliwie, jak każdego dnia ostatnio,. Dźwięk jej kroków odbił się szyderczym tętentem od ścian. Dopadła do drzwi, roztrzęsioną ręką wyrwała klucz z kieszeni i trochę na oślep spróbowała go wepchnąć w zamek. Nie udało się. Czyjaś obecność za plecami była prawie namacalna " Boże, Boże, obrócić się?" Klucz trafił do zamka i pchnęła drzwi, natychmiast zatrzaskując je za sobą. Przez szybę wiatrołapu spojrzała w ciemność. Nikogo nie było, nikt nie przechodził, nie oddalał się, nie obserwował. Oparła się dłonią o szybę i zaczęła się śmiać. Depresja, z którą walczy od tak dawna widocznie zaczyna wygrywać. Musi o tych lękach opowiedzieć przy następnej wizycie, musi wziąć się w garść. JUŻ SPOKOJNIE.



Zdążyła zasnąć, kto wie może na godzinę, półtorej, w każdym razie na tyle mocno, że przestała słyszeć odpluwanie staruszki, którą w myślach nazwała szwajcarskim odpluwarkiem. gdy poczuła delikatne gładzenie po dłoni. Obróciła się niechętnie i zaczynała otwierać oczy. Oby to tylko nie był lekarz amant.
-Widzisz mówiłam, że ją obudzisz, po co ją dotykasz- zatroskany i jednocześnie lekko poirytowany głos matki ostatecznie wyrwał ją z otępienia. Osobą, która głaskała jej dłoń był ojciec, natychmiast poczuła się spokojna i bezpieczna
- Tatuś, a co wy tu robicie, nie zdążyłam do was przecież zadzwonić, że tu jestem...
-Dzwoniła ta twoja przyjaciółka Agatka, bardzo miła dziewczyna, mówiła, że zabrało cię pogotowie i nie wie co ci jest, bo jej nic nie chcieli powiedzieć- mama jak zawsze zdążyła wcisnąć się z wypowiedzią przed tatę. Ten ucałował delikatnie czoło córki
- To dobrze że masz tu takich przyjaciół, ona naprawdę się o ciebie martwiła
- Tatuś, to tylko zapalenie płuc, niedługo przejdzie
- Tylko, tylko, nie udawaj! Nie dbasz o siebie, jesz byle co, lodówka pusta nic świeżego. Emilka mi mówiła- gniew był od zawsze dla mamy przykrywką, gdy nie mogła sobie poradzić i zamartwiała się o kogoś. Izabella tak doskonale znała to troskliwe zagniewanie.
- Mamuś nie złość się...- Powiedziała tonem małej dziewczynki, wiedziała, że matka się mu nie oprze i rzeczywiście, choć reakcja była inna niż się tego spodziewała, po policzkach ich osobistej domowej żelaznej damy zaczęły toczyć się łzy
- Tak się przestraszyłam córeczko- płaczliwy ton matki wprowadził Izabellę w poczucie winy, też miała ochotę się rozpłakać, sytuację uratował ojciec
- Basia daj spokój denerwujesz dziewczynę, wystarczy już jej chyba, że jest chora- delikatne napomnienie. Zawsze je stosował, gdy chciał przywołać mamę do porządku, nigdy bardziej stanowczo, nigdy ostrzej, choć ona nie raz ciosała mu kołki na głowie i wybuchała jak Etna, czasem bez powodu. Tak żyli i rozmawiali ze sobą odkąd Izabella sięgała pamięcią. Kochali się dobrą, stabilną i uczciwą miłością, której chyba nic nie mogło podważyć. Dwa przeciwieństwa, ojciec spokojny, trochę nawet flegmatyczny, zawsze miał wszystko przemyślane i poukładane. Nigdy nie podnosił głosu. Mama choleryczka z milionem pomysłów na minutę, kreatywna i twórcza, ale nie umiała planować. Uzupełniali się, choć patrząc na każde z boku powinni się nienawidzić, a jednak dla swoich dwóch córek stworzyli wspaniałą rodzinę i dom do którego można było zawsze uciec, gdy człowiekowi było źle gdziekolwiek indziej na świecie.
Chwilę później przyjechała siostra Izabelli Emilia, zabawnie wyglądała w niebieskich ochraniaczach na swoich drogich, wysokich skórkowych butach
- I jak tam siostra?
-Ma zapalenie płuc- mama jak zwykle wyprzedziła wszystkich z odpowiedzią
- No to ładnie się załatwiłaś nie ma co, pewnie tu trochę zabawisz
- Mówią, że dwa tygodnie, a potem jeszcze tydzień w domu.
- No i tak niewielka cena za twój tryb życia, na ten tydzień przyjdziesz do mnie, dzieciaki mają jechać do babci na trochę, ustawię to tak, żeby to było wtedy, a ty odpoczniesz, kto wie może cię nawet czegoś nauczę...
-Gotować...???- powątpiewanie w głosie Izabelli nagle rozbawiło całą rodzinę, o ile Emilia była w kuchni czarodziejką o stu rękach o tyle jej siostra mogła przypalić nawet wodę na herbatę.
Jakieś pół godziny później rodzice pożegnali się z córkami i wyszli. Ojciec uparł się, że Izabella musi odpoczywać a ich gadanina i siedzenie w nogach łóżka w i tak już ciasnym i dusznym pokoju na pewno jej w tym nie pomaga. Zaklinał też kilkakrotnie Emilię, żeby nie zabawiła już zbyt długo, że przecież wszyscy przyjdą znowu jutro, ale sam nie mógł oderwać się od chorej córki. Ostatecznie jednak siostry zostały same.
_Emilka, a gdzie twoja szalona czwóreczka, kto się nimi opiekuje?
-Wiesz, Michał wyszedł chwilę wcześniej z pracy i siedzi z dzieciakami. Nie chciałam ich zabierać do szpitala. Zresztą nawet mnie należy się czasem chwila bez nich- uśmiechnęła się rozbrajająco- Mam nadzieję, że wszyscy zmęczą się sobą i jak wrócę będą grzecznie spać porozrzucani po domu. Pozbieram ich i spędzę rozkoszny samotny wieczór.
Izabella mogła tylko uśmiechnąć się do prostych marzeń siostry. Wiedziała, że siostrzeńców nie tak łatwo zmęczyć i jeżeli ktoś będzie spał to Michał, a ona będzie musiała zagnać pozostałą niesforną gromadkę do łóżek, a potem sama padnie bez ducha i tyle zostanie z jej marzeń o samotnym wieczorze, nie chciała jednak psuć jej zabawy marzeniem.
-Izabella powiedz szczerze wszystko z tobą ok?- Emilia spojrzała na siostrę jakby widziała drugie dno historii. Troszczyła się o nią odkąd Izabella pamiętała i kochała o wiele bardziej, niż ta w swoim mniemaniu na to zasługiwała.
- Tobie jednej powiem. Przeżywam ostatnio koszmar. Mało śpię z jedzeniem też jest różnie. Wiesz, ciągle mam wrażenie, że ktoś za mną chodzi i chce mnie skrzywdzić. Zresztą nawet wydaje mi się, że widziałam tę osobę, a teraz ona zostanie wiceprezesem mojej firmy i  już nic jej nie powstrzyma, żeby mnie zabić, albo nie wiem, okaleczyć...- Emilia patrzyła coraz bardziej rozszerzonymi oczyma na swoją młodszą siostrę, na jej twarzy odmalował się strach i konsternacja
-Iza?! Czy ty kochanie nie masz przypadkiem urojeń. Ta towja depresja tak się przedłuża, może diagnoza była jednak zła... Wiesz nic nie chcę sugerować, ale to co mówisz jest delikatnie rzecz biorąc... niedorzeczne. Może powinnaś zmienić lekarza, jutro poszukam kogoś dobrego. Zresztą wiesz, co sądzę... w ogóle powinnaś coś zmienić w swoim życiu, ta twoja samotność to nie jest dobre dla nikogo. Może pora zacząć żyć dalej ,  wiesz z kim innym- Izabella poczuła się zirytowana faktem, że siostra tak łatwo przejrzała jej sekret dotyczący Pawła.
- Nie musisz się martwić i nie mam urojeń, po prostu jestem przemęczona i miałam gorszy czas, a moja samotność mi odpowiada- nie dało się nie wyczuć lodu bijącego z tej wypowiedzi. Sprawił, że |Emilia przygarbiła się i stało się oczywiste, że jest urażona. Siostra znała ją zbyt długo, by tego nie zauważyć i nie wiedzieć, że odrzucanie jej troski zawsze sprawia jej ból. Zaraz też zaczęła się żegnać.
Izabella obserwowała ją jeszcze, kiedy szła chodnikiem słabo oświetlanym żółtymi lampami ulicznymi. Lekko zgarbiona, chroniąc się przed zimnem. Spod wełnianej czapki wiatr wyrywał ciemne pukle włosów. Kobieta z ciałem, które nie pozostawiało złudzeń, co do tego, że jest matką, a jednocześnie przynoszącym wszystkim wokół poczucie prawdziwej kobiecej zmysłowości. "Matka Ziemia" Izabella nie raz tak myślała o siostrze i bynajmniej nie było to przezwisko, ale pochlebstwo. Kiedyś, przy lekko zakrapianej imprezie zdradziła ten przydomek Michałowi, długo wtedy nad tym myślał ,a potem powiedział, że mu się bardzo podoba, że pasuje. Emilia poza atutami zewnętrznymi miała też duszę anioła. Odkąd Izabella pamięta Emilia zawsze była rozważna i opiekuńcza. Roztaczała parasol ochronny nad młodszą siostrzyczką, podobnie jak nad wszystkimi, rannymi, bezbronnymi i zmarzniętymi zwierzętami, które tłumnie lądowały w domu rodziców ku rozpaczy matki, a zawsze z cichą aprobatą ojca, przechowującego je wszystkie ostatecznie w garażu w przeróżnych koszyczkach i kartonach, do czasu aż odzyskiwały zdrowie i można było im zwrócić wolność.
Emilia straciła swoją rozwagę tylko raz w życiu, kiedy poznała Michała. Wyglądała wtedy tak, jakby przy nim nie potrzebowała nawet powietrza. Promieniała, na każdą randkę biegła, jakby miało ją tam spotkać objawienie. Nic dziwnego, że po dwóch miesiącach znajomości zaręczyli się i zaczęli planować ślub. Rodzice prosili, aby poczekała, obawiali się, ale Emilia była uparta, jak się okazało ostatecznie miała rację. Wyszła za Michała na przedostatnim roku farmacji i wkrótce zaszła w nieplanowaną ciążę. Urodzili się przepiękni chłopcy. Tylko dzięki pomocy rodziny Emilia skończyła studia. Rok później zaszła w drugą ciążę, tym razem planowaną, chcieli mieć dziewczynkę i rzeczywiście dostali ją ale z kolejnym chłopcem na dokładkę. Teraz młodsza parka miała dwa i pół roku.
Ostatecznie Emilia i Michał stworzyli cudowną kochającą się rodzinę, ale Emilia nigdy nie przestała zajmować się młodszą siostrą.
Teraz po zimnym prysznicu, jaki ta jej zgotowała na koniec wizyty, szła przygarbiona i stłamszona słabo oświetloną ulicą. Nagle nad nią i nad ulicznymi lampami Izabella dostrzegła cień, jakby niewyraźny, prawie niecielesny człowiek z mgłą skrzydeł zawisł w drapieżnej pozie nad jej siostrą. Przerażona rzuciła się do okna, zaczęła rozpaczliwie szarpać klamkę widocznie już zabezpieczoną na zimę, chciała krzyknąć, ostrzec ją przed niebezpieczeństwem. W momencie, kiedy klamka ustąpiła, widziadło znikło, a do Emilii podszedł jakiś niegroźny staruszek z parasolem. Prawdopodobnie jeden z tych, których z samotności wyrywa jedynie krótka rozmowa z obcymi na ulicy. Izabella osunęła się na łóżko. Czuła jak jej ciałem wstrząsają niekontrolowane drgawki i wybuchnęła krótkim spazmatycznym płaczem.


Dni po wyjściu ze szpitala wydawały się Izabelli jakimś groteskowym snem w kafkowskim stylu. Nagle okazało się, że wszystkie jej strachy odwiedzają jej dom dosłownie. Częstym gościem stała się Hanna. Zachowywała się jakby chciała mieć na nią cały czas oko. Póki Izabella nie wyzdrowiała zupełnie wpadała do niej codziennie. Potem po powrocie do pracy, co najmniej dwa razy w tygodniu. Jedyne, za co Izabella była jej wdzięczna to fakt, że o ich spotkaniach nie wiedział nikt z pracy, tam Hanna było chłodna i oficjalna w stosunku do niej i wszystkich innych. Wszystkich z jednakową częstotliwością zapraszała do swojego biura, rzekomo, aby poznać dokładnie załogę. Niestety spotkanie z Izabellą trwało najdłużej, mimo starań z jednej jak i z drugiej strony, aby skrócić je do minimum. To było bardzo dziwne spotkanie. Izabelli wydawało się, że poprzez częste wizyty udało jej się oswoić lęk do tej kobiety, ale po tamtym spotkaniu zimny dreszcz przechodził jej po kręgosłupie ilekroć je wspomniała. Stanęła wezwana w drzwiach gabinetu, zresztą nie była wezwaniem zaskoczona, klucz Hanny był bardzo oczywisty wzywała ludzi od najbliższych jej gabinetowi biurek po najdalsze.. Hanna stała odwrócona tyłem, zajęta czymś, co było na parapecie jej okna, a czego chwilowo Izabella nie mogła dostrzec. Nawet się nie oglądając poprosiła ją by ta zamknęła drzwi i gestem przywołała do siebie. Był środek listopada.
-Spójrz mam motyla, jakimś cudem przetrwał jesień i znalazł się na moim parapecie. Przez ciepło obudził się do życia. Teraz karmię go rozwodnionym miodem- wskazała mały spodeczek z bursztynowym płynem, na którego brzegu siedziała skrzydlata istitka i z chęcią zanurzała długą owadzią trąbkę w smakołyku- Na początku nie chciał tu przychodzić. Bał się wielkiej istoty- Hanna lekko uśmiechnęła się-  Ale teraz jest oswojony na tyle na ile można oswoić motyla. Jestem jego wybawcą- znacząco spojrzała na Izabellę- Ciekawe czy wie, że jeden ruch mojej ręki i byłby martwy, gdybym była z niego niezadowolona.
Zimny pot dosłownie strumieniem popłynął po plecach Izabelli, oczy Hanny wypaliły w niej dziurę, a słowa niosły oczywistą groźbę. Potem rozmawiały o sprawach firmy, na koniec Hanna ustaliła jakby jednoosobowo datę ich następnego spotkania w mieszkaniu Izabelli. Wreszcie Izabella była wolna, wyszła z gabinetu chwiejnym krokiem, z zawrotami głowy i uciskiem paniki w gardle. Za dwa dni ta kobieta znowu się u niej zjawi. Zrozumiała, że jest jak ten motyl, teraz karmiony, ale w każdej chwili może spodziewać się zagrożenia. Usiadła blada przy biurku.

21

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Agrafka, po pierwsze znajdz sobie betę. Po drugie, nudne to, szczerze mówiąc.

22

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Teo,
Przepraszam za tę betę. Po prostu podpięłam się pod wątek w którym miało się oceniać debiutanckie teksty, czyli idealny dla mnie. Nie myślalam, że muszę "walczyć o swój kawałek podłogi. Co do Twojej opinii bardzo ci za nią dziękuję. Może i faktycznie niezbyt szczęśliwie dobrałam fragmenty, ale uwierz, trudno wybrać reprezentacyjne skrawki z tekstu, który ma ponad 70 stron i wciąż się pisze. Raczej chodziło mi o wypróbowanie, czy czyta się bez męczarni, itp. Jak pisałam dla chętnych do zapoznania się z całością podam link do bloga

23

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?
Agrafka1234 napisał/a:

Teo,
Przepraszam za tę betę. Po prostu podpięłam się pod wątek w którym miało się oceniać debiutanckie teksty, czyli idealny dla mnie. Nie myślalam, że muszę "walczyć o swój kawałek podłogi. Co do Twojej opinii bardzo ci za nią dziękuję. Może i faktycznie niezbyt szczęśliwie dobrałam fragmenty, ale uwierz, trudno wybrać reprezentacyjne skrawki z tekstu, który ma ponad 70 stron i wciąż się pisze. Raczej chodziło mi o wypróbowanie, czy czyta się bez męczarni, itp. Jak pisałam dla chętnych do zapoznania się z całością podam link do bloga

Agrafko smile Beta, to w potocznym języku piszących, osoba, która sprawdza Ci tekst pod względem gramatycznym i ortograficznym smile

Tak dużo tego masz? A publikujesz gdzieś? W ogole widzę, żeś taka nie obeznana z twardym i surowym światem piszących big_smile

24

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Jak już pisałam, debiutuję big_smile I masz rację jestem bardzo nieobeznana... Dzięki za uświadomienie. Mam kilka osób, które to czytają, ale to znajomi bliżsi i dalsi. Podobno się podoba, ale właśnie chciałam poddać to ocenie zupełnie obcych osób. Na razie nie publikuję, jedynie piszę w formie bloga. Wczoraj zamiast wstawiać strony tekstu, chciałam wrzucić  link do bloga, ale jako, że jestem nowa, to mnie system wstrzymał. Jeśli chodzi o ortografię to moją betą jest WORD big_smile

25

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Może ten fragment wyda się ciekawszy. Taki skraweczek mały smile


Nie widzieli się od tamtego zdarzenia na cmentarzu. Może lepiej, żeby nie spotkali się już nigdy?
Hanna chyba świadoma targających dziewczyną emocji, poprosiła ją o odnalezienie kompletów dokumentów w archiwum, za co Izabella była jej wdzięczna. Mogła przynajmniej uniknąć wzroku wszystkich z firmy.
Wychodziła z pracy nadal z mętlikiem w głowie. Chciała iść do domu, ułożyć sobie wszystko. Kto wie, może coś stanie się bardziej jasne? Wychodząc na ulicę zobaczyła go jak stoi w tłumie i przygląda się jej. Wiedział, że na niego spojrzała, już się nie dało tego ukryć. Nie była gotowa na spotkanie, nie teraz.
Odwróciła się i ruszyła w swoją stronę. Miała nadzieję, że zrozumie.
Na pierwszych światłach zorientowała się, że idzie za nią. Stanął przy przejściu. Dzieliło ich kilka osób. Wwiercał w nią spojrzenie. Już nie był sobą, oczy pałały mu dziko. Próbowała podbiec, zgubić go, ale ilekroć odwróciła głowę widziała jego sylwetkę podążającą za nią. Szedł jakoś tak machinalnie, jakby coś mu dolegało.
Kiedy minęli Grudziądzką przeszedł na drugą stronę ulicy. Zrównał się z nią
-Stój!- wrzeszczał do niej przez ulicę dzikim ochrypniętym głosem, który wzmocnił się jeszcze odbity od ścian budynków. Zaczeła biec. On również. Zauważyła, że jest szybki, za szybki, nie zdąży mu uciec. Hanna mówiła, że można wyczerpać ich moc, że ona to zrobiła pierwszy raz bez żadnego doświadczenia. Tylko jak? Jak do cholery!? Przecież musi się bronić.
Znaleźli się na wysokości komisariatu. Adam przeskoczył żółte barierki oddzielające chodnik od ulicy i przecinał drogę na ukos
?Zginę przy komisariacie? Niemal się roześmiała tak było to absurdalne.
Dopadł do niej. Brutalnym pchnięciem wepchnął ją między budynki, w porastające między nimi krzaki. Upadła, ziemia i śnieg dostały się jej do ust i oczu, oblepiły stargane włosy, które jeszcze dodatkowo utrudniły widoczność. Próbowała niezdarnie wstać, odpełznąć od niego. Przydusił ją swoim ciężarem.
-Chciałaś mnie zostawić? A może zabić? Jesteś suką jak tamta- charczał do jej ucha. Próbowała rozpaczliwie znaleźć sposób na czerpanie mocy. Może trzeba go dotknąć. Może chodzi o krew? Zadrapała go, nawet nie poczuł. Nie, to też nie działa
-Adam boli, puść- Wyszczerzył się tylko w okrutnym grymasie. Jego ręce zaczęły być nienaturalnie duże i ciężkie.

26

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Agrafko, napisz do mnie na prywatną wiadomość, trochę pomogę smile

27

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Bardzo bardzo chętnie smile

28

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?
ewka3 napisał/a:
luc napisał/a:

Ewka szkoda bo chciałam napisać swoje uwagi smile

Dziękuję za zainteresowanie i wytrwałość w czytaniu;)

Uwagi można napisać. Możliwe, że pomogą innym. Tekst zawiera tyle błędów, że powinien służyć jako zły przykład.

Pozdrawiam.

Publikuję coś w ramach rekompensaty za niedokończone opowiadanie. Nie ma tytułu i dlatego nazwałam je "bez tytułu", a właściwie zrobił to system;)


[Pomieszczenie tętniło muzyką i strzępkami rozmów, niesionymi papierosowym dymem. Dagmara siedziała znudzona. Gwar otaczał ją z wszystkich stron. Czuła jak przestrzeń wokół niej się zacieśnia i odbiera minimum swobody, potrzebnej do nabrania oddechu. Twarze znajomych zlewały się z obcymi. Przestała rozumieć, co do niej mówią.
?Co ja tu robię?? - zadała sobie pytanie. - ?Co robię wśród tych wszystkich ludzi? Przecież to nie mój świat. Uduszę się tu!?
Nie mogła pojąć, jakim zawiłym tokiem zdarzeń znalazła się w tym miejscu. Jakie kręte ścieżki, których widoczność przysłonił kurz wzbity przez tętent, zawiodły ją aż tu? Chciała uciec. Wybiec i znaleźć się daleko. Nieważne gdzie. Byle dalej od tego miejsca, od tych ludzi i toksyn ich otulających, a z nimi również ją. Od świata, w którym nic nie wyglądało takim, jakim było w rzeczywistości.
Rozejrzała się desperacko po sali w poszukiwaniu wyjścia. W refleksach kolorowych, pulsujących lamp mignęła znajoma sylwetka. Wróciła wzrokiem w to miejsce. Postać przywitała ją uśmiechem i gestem dłoni. To był on. Szarmancki, zabawny, rozchwytywany. Poznali się na wcześniejszej imprezie integracyjnej. Nie mogła sobie przypomnieć, czym zajmował się w firmie.
Ludzie mijają się jak cienie zlewane z sobą dniem pracy, by potem wrócić do swych domów i tożsamości. Do swoich rodzin. Do partnerów, do dzieci.
Jej torebka drgnęła poruszona dźwiękiem przychodzącej wiadomości. Wyjęła telefon i przeczytała:
?Umieram tu z nudów i czuję, że Ty też. Urwijmy się stąd. Czekam na zewnątrz.?
Wstała i wyszła nie zwracając na siebie uwagi innych.
Parking zalewał już mrok. Wiatr targał kroplami deszczu i porywał je w harce wykorzystując blask ulicznej latarni.
Mężczyzna czekał na nią przy srebrnym samochodzie. Spokojny, zdecydowany, pewny siebie. Wiedział, że przyjdzie? Musiał wiedzieć już w momencie napisania do niej wiadomości. Wysłałby ją, gdyby wątpił?
- Gotowa na eskapadę w miasto? - spytał.
- Nie! - zaprotestowała. - Żadnych szaleństw, tłumów, hałasu. Zabierz mnie w jakieś ciche i spokojne miejsce albo odwieź po prostu do domu.
- Zaufaj mi ? poprosił. Otworzył drzwi swojego auta zapraszając gestem dłoni do środka.

Światła reflektorów rozświetlały krętą, asfaltową drogę, biegnącą przez las. Pojazd kołysał się, pokonując ciasne łuki wśród drzew. Czarne pióra gumowych wycieraczek zbierały z szyby wodę, która rozmywała obraz przed nimi. Po dziesięciu minutach zatrzymali się przy drewnianym dworku, nad którego wejściem rozpinały złoto-czerwony parasol wzniosłe klony, otoczone dębowym lasem. ?Leśny Dwór? informował napis na sękatej desce, wypalony gorącym dłutem. Podwórze tonęło w ciemnościach. Oświetlenie, bijące z małych okien pod słomianą strzechą oraz kolebiącej się na wietrze lampy przy wejściu, nie poskramiało wieczornej czerni.
Wnętrze zapraszało masywnymi stołami i ławami ciosanymi z dębiny, ustawionymi na kamiennej posadzce. W powietrzu unosił się zapach żywicy i węgla drzewnego, a z kominka uwalniało przyjemne ciepło. Spokojne tony biesiadnej muzyki dopełniały nastrój.
Usiedli w wnęce tuż za kominem. Łagodny półmrok izolował ich od innych gości.
- Przytulnie tu ? powiedziała.
- Lubię ten zajazd ? odpowiedział. - Jest taki inny, jak nie z tej epoki.
- Baśniowy.
- Właśnie ? potwierdził.
Kelnerka przyniosła, oprawione w dwie cienkie, związane konopnym sznurem deseczki, karty.
- Polecam wędzonego łososia z grilla i grzane wino ? podpowiedział.
- Niech będzie ? nie zajrzała nawet do menu.
- Dwa razy łosoś i grzaniec ? złożył zamówienie.
Odprowadzili wzrokiem kobietę znikającą za rogiem ich kominkowej niszy.
- Przytulnie tu ? powtórzyła wodząc wzrokiem po ścianach z świerkowych bali, na których rozwieszono pokryte rdzą czasu narzędzia i regionalne rękodzieło. - Nie znałam tego zajazdu. Jest taki... - nie mogła znaleźć słowa.
- Odległy?
- Tak.
Wkrótce pojawiły się przed nimi kubki, z których unosił się aromat goździków i cynamonu.
- Wiśniowe ? stwierdziła z uznaniem po pierwszym łyku.
- Smakuje? - spytał z uśmiechem.
Potwierdziła ruchem głowy i ponownie uniosła ceramiczne naczynie do ust.
- Jest wyjątkowe ? kontynuował. - Nigdzie nie podają takiego wina. Słodko-cierpki smak wiśni doprawiony goździkiem. Podobno recepturę zna tylko właściciel. Uważaj nieźle potrafi zaszumieć w głowie.
- Dziękuję za ostrzeżenie ? odstawiła kubek. - Może właśnie małego zawirowania mi trzeba?

Znudzona rysowała widelcem niewidoczne wzorki na talerzu. Posiłek, pomimo że wyjątkowo smaczny, okazał się być zbyt obfity na jej apetyt.
- Nie smakuje ci? - spytał.
- Nie. To znaczy tak. Jedzenie jest smaczne, ale nie poradzę całości.
- Rzeczywiście duże porcje ? odsunął również swoje nakrycie. - Może jeszcze wina?
- Nie jestem pewna. Nie powinniśmy.
- Wyluzuj. Jest miły wieczór. Spróbuj się odprężyć ? poprosił. - Co cię martwi? Ta impreza firmowa? Nawet nie zauważą naszej nieobecności.
- Nie o to chodzi.
- Więc o co? Może nie jestem osobą, z którą chciałabyś tu być?
- Artur daj spokój. Gdyby tak było, siedziałabym tu?
Ostatnią rzeczą, której pragnęła było urażenie go. Była mu wdzięczna za tę kolację, knajpę, atmosferę. Dobrze się czuła w jego obecności i nie zamierzała tego psuć sentymentami. Należała jej się odskocznia. Kilka chwil, w których sprawy codzienne odchodzą na dalszy plan. Dlaczego nie miałaby ich spędzić z miłym, przystojnym kolegą z pracy, nawet jeśli nie pamięta, czym się w tej pracy zajmuje? Widywała go czasem, gdy krążył korytarzami budynku, lub na parkingu przed firmą. Zawsze uśmiechnięty i pewny siebie pozdrawiał innych. Był lubiany za swoją pogodną, komunikatywną naturę, przynajmniej takie miała wrażenie. Kilka miesięcy wcześniej doskonale bawiła się w jego towarzystwie na dorocznej imprezie dla pracowników z okazji rocznicy założenia firmy. Pomimo, że się prawie nie znali, czuła się przy nim doskonale. Rozmowa z nim, jego spojrzenie, uśmiech, ton głosu, jego styl bycia - sprawiały, że była swobodna. Nie zasypywał jej komplementami jak podrzędny podrywacz, nie schlebiał. Spędzał z nią po prostu czas. Miała z tego zrezygnować? Wstać, przeprosić i oznajmić, że na nią już czas? Bo jest ktoś, kto być może nie śpi i na nią czeka? Może wcale nie czeka...
- Siedzisz tu, a myślami jesteś gdzieś indziej ? zauważył, jakby czytał w jej umyśle. - Chodź ? złapał ją za rękę ? coś ci pokażę.
Posłusznie wstała i pozwoliła się zaprowadzić w skraj sali.
- Stań tu ? wskazał miejsce, z którego widać było cały lokal. - Spójrz na tych ludzi naprzeciwko ? pokazał stolik, przy którym biesiadowała piątka mężczyzn ubranych w skórzane kamizelki, ozdobione znaczkami i emblematami. Trofeami uwieczniającymi ich obecność na imprezach i w miejscach, gdzie podobni im bywali. Faceci pili piwo, żartowali, dobrze się bawili.
- To motocykliści ? wyjaśnił. - Gdy tylko pozwala im na to czas, zbierają się całą grupą, odpalają motocykle i jadą przed siebie. Zatrzymali się tu, bo pogoda nie pozwoliła im jechać dalej. Nie martwią się jak dotrą do domu, nie myślą o pracy. Wykorzystują postój na zabawę. Spójrz teraz na tamtych ? skinął w kierunku młodych ludzi z plecakami. - Wyglądają na studentów. Zauważyłaś, że żadna z tych osób nie ślęczy nad laptopem, nie sprawdza telefonu. Rozmawiają. Może o sztuce, o filmie, muzyce, a może o tanim winie, ale nie martwią ich w tej chwili wykłady, sesje, dyplomy i czy będą mieć pracę po ich zdobyciu. A teraz spójrz na tamtą parę ? wskazał parę staruszków. - To już pewnie emeryci. Ile mogą mieć lat? Sześćdziesiąt? Siedemdziesiąt? Siedzą tutaj i nie muszą myśleć o pracy. Możliwe, że się zastanawiają ile jeszcze dane im będzie spędzić takich chwil, a może to ich pierwsza wizyta w tym zajeździe?
- Przestań! Przecież nie umrą jutro ? oburzyła się. - Do czego zmierzasz?
- Są uśmiechnięci i szczęśliwi. Nawet jeśli jutro umrą, to teraz o tym nie myślą. Cieszą się tą chwilą. A teraz spójrz w okno. Co widzisz?
- Drzewa, spadające liście, deszcz, wiatr, zimno.
Poczuła jak jego dłonie obejmują jej talie i splatają się na brzuchu.
- Tu jest ogień w kominku, wino i muzyka ? słowa dopływały do niej niesione ciepłym oddechem. - Tam na zewnątrz jest zawierucha. Realny, brutalny świat. Tu baśń, w której możemy być kim zechcemy. Parą banitów, szaleńców, bohaterów, kochanków. A ty chcesz już wracać?
Wpatrywała się w okno, za którym wiatr targał bezlitośnie gałęzie drzew obnażając je z liści i zostawiając ich nagą szarość na pastwę zimnych kropel deszczu. Czy chce tam wracać?
- Nie ? szepnęła kładąc swoje dłonie na jego. - Jeszcze nie.
Ten jeden raz pragnęła być Krzysiem. Beztroskim dzieckiem, które ucieka przed przerażającym je światem w ?Stumilowy Las?. Przymknęła oczy z nadzieją, że gdy je otworzy obraz za oknem zniknie, przepadnie jak sen, a obecna chwila stanie się rzeczywistością. Baśnią z pożółkniętych kart starej księgi, pachnącej zakurzonymi przygodami. Dała się ponieść tej chwili.

Usiadła na brzegu łóżka i zerknęła na kochanka.
Spał.
Cicho i spokojnie wydawał z siebie miarowe oddech.
Wyciągnęła rękę w zamiarze szturchnięcia go i rozbudzenia. Chciała powiedzieć, że już wraca. Zamówiła taksówkę, która powiedzie ją w realny świat.
Zaniechała gestu.
Bajka dobiegła kresu.
Jakby nie okazała się wspaniała, dobiegła końca. Czas wracać. Czekał realny, brutalny świat, który ma gdzieś, iż czuje na sobie dotyk, pocałunki i uniesienie jego wyobraźni. Baśń wygasa.
Przez moment poczuła potrzebę zbudzenia go. Zmuszenia do uczestnictwa w rzeczywistości.
Wpatrując się w jego uśpione ciało, zaniechała prowokacji. Niech śpi. Niech śni o świecie w innej postaci. Szlachetnym, dobrym, czułym... Jak jego dłonie i pocałunki. Jak iluzja zbudowana z jego słów.
Wierzył w tę fikcję.
Czy miała prawo pozbawiać go tej wiary?
Zostawia go tu z jego wyobrażeniami.
Sama wraca.
Zostawia śpiącego w białej motelowej pościeli. Zdobywcę. Szarlatana, który wyłączył jej świadomość i powiódł w świat magii. Człowieka zatopionego w nieskalaności negliżu, który zużywał miarowo tlen, zanurzony we śnie z ciałem rozrzuconym niedbale na łóżku. Jego prawa dłoń podpierała kark, a lewa była rozprostowana w geście objęcia. Wyglądał tak, jakby wciąż obejmował jej pierś. Nadgarstek uniesiony ku górze. Brązowa czupryna roztargana emocjami. Twarz, na której gładkość wieczoru ustępowała powoli miejsca szorstkości dnia. Tylko oczy niedostępne pod powiekami. Brązowe ogniki, które skrywał.
?Nie mogę. Nie umiem cię obudzić? - pomyślała i opuściła pokój.
Pokonała krótki korytarz. Schody.
Sala biesiadna zajazdu wciąż tętniła życiem. Motocykliści kłócili się o prestiż maszyn. Studenci odtwarzali muzykę z laptopa. Nastrojowa ?Dumka na dwa serca? ustąpiła miejsca szarpiącym ciało szalonym rytmom. Nie dostrzegła tylko, w drodze do wyjścia, pary emerytów.
Nie było ich.
?Umarli? - pomyślała naciskając klamkę w drzwiach.
Pośpiesznie opuściła lokal i znalazła się na kamiennych schodach. Mrok wiąż obejmował plac przed ?Leśnym Dworem?. Wiatr nie ucichł, deszcz nie zelżał, jesień swym panowaniem nakazywała kres kolorom, pozbawiając do cna klony złota i czerwieni.
- Już nie jestem Krzysiem ? poinformowała głośno nagie drzewa. - Wracam do domu. Do istot ze ?Stumilowego Lasu?.
Zbliżające się światła reflektorów oznajmiły przybycie kremowego mercedesa z korporacji. Jej powozu w rzeczywistość.

Krzyś podniósł głowę i spojrzał na Dagmarę. Kobietę przeszył dreszcz. Rozumiała jego spojrzenie. Matka, która tuliła miliony chwil swoje upragnione dziecko w objęciach, doznała zaszczytu dotknięcia wzrokiem. Ujrzała oczy pełne wyrzutu i skargi, jakby wiedział, jakby znał skąd wraca. Wyłuszczył dla niej z swego zamkniętego świata jedno spojrzenie, pełne zarzutu i skargi. Po raz pierwszy niepozbawione wyrazu.
Po powrocie do domu jego krzyk wezwał ją z korytarza na piętro. Biegła po schodach upomniana niezrozumiałą histerią. Dlaczego znowu krzyczał? Kto zrozumie jego zachowanie?
Ojciec tulił w ramionach roztrzęsionego chłopca. Mówił: ?to nic? zdawało ci się? już jestem?? I był! Czuwał nad nim, jak strażnik w królewskiej warcie. Baczył na jego każdy gest. Na znak czekał?
Podeszła do nich i wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać syna. Gest wzmógł tylko panikę w chłopcu. Jeszcze głośniej ujadał, jak wystraszone zwierzę.
- Nienawidzi mnie! ? wyrzekła z wyrzutem. ? Nie toleruje i nie znosi.
- Kocha cię ? powiedział mężczyzna.
- Dziwnie to okazuje.
- Nie potrafi. Przecież wiesz.
Wyszła pozostawiając swego jednorodzonego Krzysia w objęciach taty. Zabrał jej wszystko. Uczucia macierzyńskie, rodzinę, męża. Mały, bezwiedny złodziej. Ukradł jej wyobrażenia o szczęściu. Czy gdyby nie jego natura przesiadywałaby całymi dniami w pracy? Szukała czułości w dotyku nieznajomego? Odwiedziła ?Leśny Dwór? i została w nim na noc? Jak potoczyłoby się jej życie, gdyby Krzyś był normalny? Czy uciekałaby przed światem w niecodzienność wrażeń? Może sama okazałaby się normalna?]

29

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Przeczytałam Twoje opowiadania i pierwsze, co mi się nasunęło, to kiepskie dialogi. Po pierwsze one są gołe. Bohaterowie wypowiadają pojedyncze zdania opatrzone słowami "powiedział", "odpowiedział", "rzucił", "skomentował" etc. Dialogi muszą być ubrane, można opisać sytuację, która dzieje się podczas wypowiadania zdania, emocje jakie widać na twarzy bohatera mówiącego i jego słuchacza, co mówiący robi z rękoma, siedzi, stoi, co robi. Poza tym, wszyscy rzucają krótkimi zdaniami, mało rozbudowanymi, mówią naprawdę niewiele. A jeśli nie dodajesz do tego emocji, wszystko staje się płaskie.
Masz pomysły, coś tam tworzysz, a jak rozbudujesz dialogi, to powstanie naprawdę godne uwagi opowiadanie ;].
Powodzenia ;].

30 Ostatnio edytowany przez ewelinaL (2013-03-23 18:18:47)

Odp: Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Jedna opinia, to niewiele...
Bohaterowie wypowiadają pojedyncze zdania, bo takiej relacji wymaga całość. Ich rozmowa jest powierzchowna, a sytuacja budzi skrępowanie.
Nie trzeba odzwierciedlać nastroju w dialogu, gdy sytuacja jest jasna.
Spotkali się, by pójść do..., łóżka i dać upust napięciu.
Nawet, jeśli się nie znają...

Posty [ 31 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Przeczytaj, oceń. Czy ktoś będzie chciał to czytać?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018