::
Postanowiłem zapytać - was kobiety - o to czy... mam "problem". Szczególnie zależy mi na opinii kogoś kto czytając o psychice mojej dziewczyny może odnajdzie kogoś bardzo podobnego do siebie.
Jak wskazuje tytuł chodzi mi o kwestie wierności. Nie mam niczego do zarzucenia mojej partnerce, ale każdy kto ma choć trochę książkowej wiedzy z psychologii związków zobaczy, że spełniamy chyba wszelkie możliwe kryteria ku temu aby związek kiedyś boleśnie się rozpadł.
Opisze wiec moja kobietę, nasz związek oraz mnie.
W uczuciach i wyrażaniu pragnień jest - co mnie urzeka - skrajnie szczera; niczego nie gra, niczego nie udaje. Zanim zaczęliśmy związek poinformowała mnie, że jest nimfomanką; że sfera potrzeb seksualnych jest dla niej bardzo ważna. Sam związek polega na totalnej szczerości - wręcz ona chce mi mówić o wszystkim, a ja czasem jej przerywam, bo nie jestem księdzem, i nie oczekuje spowiedzi; może mieć swoje tajemnice, nic mi do tego. Mimo tej szczerości i wzajemnego zaufania zdarzają się spięcia - jednak 9 na 10 z nich wywołuję ja. Robię to celowo, bo z doświadczenia wiem, że w idealnych związkach gdzie nie ma tarć łatwo znika namiętność. Dlatego zachowując się jak WULGARYZM doprowadzam ją do szału, ale to zawsze kończy się wybuchami namiętności. Jesteśmy z sobą równy rok, wulkan emocji jest ciągle jak w jednomiesięcznym związku, chociaż to czasem bywa też męczące.
W związku panuje równowaga, natomiast w łóżku ja mam pełną kontrolę. Robi wszystko co zaproponuję. Jak idzie o sam seks - jest skłonna robić to niemal zawsze i niemal wszędzie. Lubi ostro całymi godzinami, czasami lubi być także zdominowana. Jedziemy z tematem właściwie przy każdym spotkaniu przynajmniej raz, czyli jakoś z 6-12 razy w tygodniu. Po zbliżeniu zawsze oczekuje czułości i również ją daje. Co do jakości - ja jestem zadowolony i nigdy nie pytam o jej zadowolenie. Jest z mi nią cudownie, a na podstawie jej intymnych wyznań mogę myśleć że jej ze mną również. Problem jednak w tym, że ani ze mną ani z nikim nigdy nie miała orgazmu pochwowego. Nie zgodzę się z nikim kto twierdzi że na dłuższą metę to "nie jest najważniejsze", wiele rzeczy jest jednocześnie "najważniejsze", w tym i to. Podobno u wielu kobiet ta zdolność przychodzi dopiero po 30 (nie wiem), oboje mamy po 26.
Co do relacji międzyludzkich - mimo niesamowitej urody i faktu że mogłaby mieć każdego mężczyznę - ma liczne kompleksy, i jest wewnętrznie niepewna siebie; dlatego potrzebuje być adorowana. Chciałaby zrobić sobie operacje plastyczną "aby czuć się bardziej pewnie" (domyślcie się same jaką miną reaguje na takie zwierzenie). Dlatego lubi się podobać; lubi prowokować mężczyzn i być w centrum uwagi, właściwie KAŻDA jej rozmowa z kimkolwiek ma elementy flirtu i sedukcji (nie jestem o te zachowania zazdrosny, bo wybierając ją wiedziałem jakiego wyzwania się podejmuje). Miała wielu partnerów (więcej niż ja partnerek), i wielu wybierała tylko dla seksu; bez angażowania się. Otwarcie mówi mi na czyj temat miewa fantazje erotyczne, i oczekuje wzajemności w tej hm... dziedzinie zwierzeń. Jednak nie jestem zazdrosny, bo pod żadnym względem nie brakuje mi pewności siebie, a ona nie dała mi jeszcze powodów do jakichkolwiek konkretnych podejrzeń. No dobra - dała wiele razy - ale robi to nieświadomie, dziewczęco, zupełnie bez wyrafinowania. W stosunku do kobiet bywa zawsze tylko: albo przyjacielska albo oschła i agresywna.
Jeśli idzie o "okoliczności", to mieszkamy osobno, każde z nas jest samodzielne finansowo. Ona zarabia więcej niż ja. Oboje mamy wyższe wykształcenie, i każde ma swoją prace z której jest zadowolone. Ale oboje jesteśmy z rodzin konfliktowych, które po latach alkoholu i agresji zakończyły się rozwodami. Więc każde z nas ma swoje "ulubione" dziedziny zachowań, czyli dla innych błahe tematy a dla nas wrażliwe punkty, i niewłaściwe naciśnięcie przez drugą osobę może wzbudzić wybuch emocji dla ludzi "normalnych" niezrozumiały. Jej ojciec był zupełnym świrem i słyszę "komplementy" że jestem tak całkiem inny - ale kto zna trochę temat relacji psychologicznych wie, że każda kobieta podobno szuka wg. wzorców jakie przekazał jej ojciec.
Dlaczego założyłem tutaj ten temat? jak wspomniałem - interesuje mnie opinia kogoś kto działa/czuje/myśli podobnie. Jesteśmy rok, i nigdy nie było żadnej z zdrady (lub może była jedna albo tysiąc, ale o żadnej nie wiem). Jestem przez nią otoczony miłością, ale w tej jej miłości jest coś co mnie niepokoi - jakaś bezkresna potrzeba całkowitego oddania, i uległości. Powiecie - to świetnie! Ale ja myślę, że nie trzeba drugiej osoby ciągle zapewniać o wierności i uczuciu - myślę natomiast że trzeba zapewniać jeśli gorąco pragnie się... samemu w to wierzyć. Boje się czy cała ta miłość z jej strony jest dla niej próbą przeforsowania marzeń i ideałów nad... instynkty i pragnienia. Oboje jesteśmy w takim wieku że czas na pewne wybory i decyzje - zaczynam mieć wątpliwości jakiego wyboru dokonać.
Szczerze mówiąc nie chciałbym aby ona kiedykolwiek miała się poświęcić i z czegoś dla mnie rezygnować - ale mimo tego że mam wiele okazji nie wyobrażam sobie "otwartego związku". Nie wiem - to chyba jest chore, bo poza powierzchownym zainteresowaniem/fantazjami nie podniecają mnie kobiety. Podnieca mnie tylko moja; często po całym dniu seksu gdy już wyjdzie muszę się jeszcze onanizować myśląc o niej - moja wierność jest po prostu ślepa i mechaniczna, nie jest dla mnie żadnym kompromisem. Dla niej jest inaczej, i co oczywiste nie mam o to pretensji.
Na czym polega mój problem? Na tym że tej z którą jest mi najlepiej, i która uczyniła mnie szczęśliwym i silnym - tej właśnie kobiety... nie kocham. Nie potrafię zaangażować się na całość, bo instynkt podpowiada mi że wtedy druga strona czuje osiągnęłam cel - czas na nowe wyzwania. Nie chcę mieć innej, chociaż w każdym momencie mogę mieć. Jednocześnie nie chcę na całego pokochać, chociaż w każdym momencie mogę to zrobić.
Oczywiście nie zadam debilnego pytania "czy ona mnie zdradzi", zresztą może nie to jest sednem tematu. Chciałbym za to wiedzieć, czy któraś z Was też jest nimfomanką i jak to wpłynęło na los najważniejszego dla was związku.