Posłuchajcie: wczoraj wieczorem, ubrana w szpanerski ortalion z logo Whiskasa jeżdziłam rowerem w strugach deszczu. Dotąd nie uważałam tego z ryzykowny sport, ale było naprawdę ciemno i nagle musiałam skręcić, żeby nie rozjechać jeża czy czegoś podobnego. Naturalnie nie byłam dość precyzyjna i wyrymnęłam z całym osprzętem na chodnik. Myślałam, że nie pozbieram się z bólu, kiedy - tak! - zatrzymał się przy mnie samochód. Prowadzący go facet wychylił głowę i zapytał, czy nie zwariowałam. "Wynoś się, idioto, nie widzisz, że umieram?", załkałam na to.
Domyślacie się, co dalej - wysiadł i zaczął się cholernie martwić, czy nie złamałam sobie czegoś. Oczywiście krwawiłam z poharatanej łydki. Dając popis swego trudnego charakteru zażądałam od faceta, aby spadał, albo odwiózł mnie do domu. Nazwał mnie na to durną rudą płaksą, mój ulubiony rower - kozą, no i zabrał nas obie do siebie.
Zostałam obsztorcowana, wysłana do łazienki, elegancko opatrzona i napojona grogiem. Gdybym chciała wymyślić podobny scenariusz, w tym momencie zabrakłoby mi wyobraźni. Na szczęście to nie było na niby... Poprosiłam o drugą szklankę grogu i urżnęłam się na słodko.
Rozmawialiśmy do trzeciej nad ranem, jedząc ohydne wafelki i paląc setki papierosów (choć ja nie palę od 2006). Chyba coś śpiewałam, chyba padłam facetowi w ramiona - ale nie do końca.
Boże, ależ byłam szczęśliwa:)
Wreszcie jednak odstawiono mnie wraz z kozą do domu. W samą porę...
Spóźniłam się do pracy, zebrałam cierpkie uwagi od bossa, nieocenieni koledzy do znudzenia żartowali z moich niedospanych oczu... ale, do diabła, ja tylko uśmiechałam się jak skończona idiotka, którą pewnie w końcu jestem.
I - żeby była jakaś pointa - facet zostawił u siebie (do prania!!!!) moją kurtkę Whiskas. Ciekawe, czy porwał mnie tylko po to, żeby ją mieć, czy też wziął ją na zakładnika, żeby... no wiecie???
Co dalej? Przygoda była przednia. Cieszę się nią jak epifanią, a zarazem romantyczna kretynka mieszkająca na dnie serca mówi mi - "A może tak..."
Nie wierzę jej. Nie wierzę?
PS: Wybaczcie przyciężką formę wypowiedzi, ale piszę z prywtnego lapka podczas przerwy na kawę.