Jestem po rozwodzie z moją byłą żoną od sześciu lat. Rozstaliśmy się bez zdrad i wielkich afer — po prostu nie potrafiliśmy ze sobą normalnie funkcjonować. Ciągłe konflikty, zmęczenie sobą nawzajem i w końcu decyzja o rozwodzie. Mamy dwójkę dzieci i opiekę naprzemienną: dwa tygodnie są u mnie, potem dwa tygodnie u niej.
Po rozwodzie oboje ułożyliśmy sobie życie na nowo. Weszliśmy w kolejne związki, w których również pojawiły się dzieci. Na papierze wszystko wygląda poprawnie. W praktyce opieka naprzemienna oznacza coś, o czym rzadko się mówi — z byłym partnerem pozostaje się w stałym kontakcie. Telefony, ustalenia, szkoła, zebrania, występy dzieci. Przez lata praktycznie codziennie mieliśmy ze sobą kontakt.
Z czasem zaczęło się okazywać, że nasze nowe związki mają bardzo podobne problemy do tych, które doprowadziły do naszego rozwodu. Niezależnie doszliśmy do wniosku, że być może problem leży w nas samych. W trakcie tych codziennych rozmów zaczęliśmy się sobie zwierzać — z frustracji, zmęczenia, poczucia, że coś znowu nie działa.
Nie wiem dokładnie, kiedy ta granica się przesunęła. Wiem tylko, że niecały tydzień temu doszło między nami do zbliżenia. Był alkohol, była chwila słabości, moment, w którym wszystko jakoś samo się potoczyło. Nie było planu ani świadomej decyzji — po prostu się wydarzyło. A potem wydarzyło się znowu.
Dziś jestem w sytuacji, której zawsze się brzydziłem. Zdradzam moją obecną żonę. Przez całe życie gardziłem ludźmi uwikłanymi w romanse, uważałem, że to oznaka braku zasad i charakteru. Teraz sam jestem dokładnie w tym miejscu. Mam w głowie kompletny mętlik i szczerze mówiąc — nie wiem, co robić dalej ani jak z tego wybrnąć.