Chciałabym poruszyć temat, z którym sama mam pewien problem i nie do końca wiem, jak na niego patrzeć, dlatego postanowiłam zapytać o opinie tutaj.
Jak wy, drodzy internauci, podchodzicie do kwestii związków osób spokrewnionych, ale nie w bliskim stopniu? Nie mam tu na myśli rodzeństwa ani kuzynostwa pierwszego stopnia, tylko kuzynostwo II stopnia.
Chodzi o sytuację, w której kobieta i mężczyzna mają wspólnych pradziadków/prababcie, ale różnych dziadków i babcie — inaczej mówiąc, ich dziadkowie są rodzeństwem. Z tego, co sprawdzałam, nie jest to traktowane jako bliskie pokrewieństwo ani od strony prawnej, ani biologicznej.
Pytam o to nie bez powodu — mój brat jest w związku ze swoją kuzynką właśnie w takim stopniu pokrewieństwa. I chociaż racjonalnie wiem, że to nie jest „bliska rodzina”, to jednak reakcje w rodzinie są bardzo emocjonalne. Wiele osób jest oburzonych samym faktem, że „to przecież rodzina”, niezależnie od stopnia pokrewieństwa.
Zaczęłam się więc zastanawiać, czy to oburzenie wynika bardziej z kulturowych przyzwyczajeń i tabu, czy faktycznie z realnych powodów, które powinnam brać pod uwagę.
Jestem ciekawa waszych opinii — jak wy na to patrzycie? Czy takie związki są dla was czymś zupełnie nieakceptowalnym, czy jednak uznajecie, że przy tak dalekim pokrewieństwie nie ma w tym nic „nienormalnego”?