Witam Was, chciałabym poprosić o opinię. Wczoraj zerwał ze mną chłopak po raz drugi. Byliśmy razem około rok. Za pierwszym razem zerwał, ale potem chciał wrócić. Zgodziłam się. Twierdził, że chce wszystko naprawić i że zrobił to w złości. Chyba naiwnie uwierzyłam. Zawsze był dla mnie kochany, kupował prezenty, robił jedzenie, placił sporo, pytał jak się czuję, mówił, że mnie kocha "nad życie", że chce mieć dzieci, pytał czy za niego wyjdę. Poznał mnie z rodziną. Pomógł mi wrócić na studia i się podnieść po moim poprzednim rozstaniu i depresji. Zgodziłam się pójść dla niego na terapię, bo nalegał.
Byliśmy bardzo różni od siebie. Lubił otaczać się przyjaciółkami ze studiów, z którymi dużo pisał, i kolegami. Ja mam tylko jedną koleżankę, i to w innym mieście, zero męskich znajomych. Na początku powiedział, że gdybym zakazała mu kontaktu z przyjaciółkami, to by ze mną zerwał.. Bywałam bardzo zazdrosna o nie, ale zaakceptowałam jego pisanie z nimi. Znają się od początku studiów. Powiedziałam jednak, że nie chcę, by je odwoził po uczelni. Uważał to za "głupią granicę", ale się dostosował. Postawiłam też granicę, że nie chcę, by spotykał się z nimi beze mnie. Nie podobało mu się, że "wchodzę z buciorami" w jego wolny czas i relacje. Że np nie może wyjść z kolegą sam, bo za każdym razem chcę też dołączyć. Z czasem narzekał też, że nie może sam wyjść z dziewczynami. Mimo, że były zajęte, miałam problem z zaufaniem. Bałam się, że np powie, że idzie z kolegą, a będzie to "przyjaciółka". Że mnie zdradzi, a nawet nie będę o tym wiedzieć. Pisał z dziewczynami regularnie, i na grupie, i prywatnie. Jedna z nich proponowała mu wyjazd zagranicę na jakiś staż razem w wakacje, bo "nie chciała sama", ale powiedział, że akurat wtedy wyjeżdża ze mną do Stanów (mieliśmy jechać na wymianę razem..). Moim zdaniem to dziwne, że proponuje coś takiego "przyjacielowi", sama mając kogoś.
Nie podobało mi się, że cały wolny czas przeznaczał na gry po pracy, albo akurat gdy nic razem nie robiliśmy. Bardzo mnie to irytowało. Czułam, że sama nie potrafię się zmotywować do samodoskonalenia, bo odbierało mi motywację, że on wiecznie gra. Twierdził, że ciągle czegoś od niego wymagam. Nie chciałam też takiego życia, z kimś kto nie ma ambicji czy jakiegoś celu poza siedzeniem przed komputerem (nie mówię tu o jego pracy i studiach, tylko czymś poza). Myślę, że miał na punkcie gier obsesję i nie widział perspektywy na zmianę czy ograniczenie tego. Czułam się zaniedbana, gdy siedział przy komputerze z słuchawkami, odcięty od świata. Powiedziałam mu to ostatnio i nic (dopiero podczas ostatniej kłótni). Gdyby mógł, grałby ponad 8h dziennie (bywało tak, gdy jeszcze nie mieszkaliśmy razem). W grach miał nabite setki godzin, a w jednej ponad tysiąc. Obowiązki domowe wykonywał. Wymyśliłam dla nas różne aktywności jak wolontariat, wyjazd do Stanów czy zajęcia językowe, jednak poza tym nadal było to samo, granie. Mówił, że nazywanie tego "troską" czy "chęcią dobra dla niego" (tak to wyraziłam, gdy mówiłam o ograniczeniu grania) jest śmieszne. Mówił, że życie gamera mu odpowiada, że to jego pasja.
Potrzebował ode mnie sporo wytchnienia i wcześniej mówił, że czuje się przytłoczony mną. To po co proponował wspólne mieszkanie, skoro już na tym etapie nie mógł wytrzymać? Jego znajomi też mówili, że jestem kontrolująca, bo rozpowiedział im nasze problemy. Byliśmy na terapii dla par, nic nie dało. Zdążył mi przed tym postawić ultimatum, że albo przestanę kontrolować jego wolny czas i relacje, albo kończymy ze sobą. Czułam się oszukana i zastanawiałam się, czy mu zależy. Na tym, żebyśmy oboje czuli się dobrze. Powiedziałam mu to, a on twierdził, że mu zależy, bo inaczej "dawno by mnie rzucił", dowiedziawszy się, że wcześniej wyrzucili mnie z uczelni.. Wcześniej się mnie pytał, co wnoszę do związku. Padł też kiedyś tekst "jeśli Ci nie pasuje nasz związek, to masz blisko mieszkanie mamy" (mieszkaliśmy w mieszkaniu po jego siostrze, która wyemigrowała). Ogólnie dużo mnie obgadywał i pisał przyjaciółkom, że nie da się ze mną wytrzymać, że jestem niereformowalna i różne inne rzeczy, mimo że wyrażałam sprzeciw. Mówił mi, że z powodu mojej niewdzięczności zasługuję na "kubeł zimnej wody". Zarzucał mi, że nie przepraszam nigdy, i że nie widzę winy w sobie. Mało przepraszałam, to fakt. Miał mi kupić prawo jazdy, ale się wycofał i po jakiejś kłótni stwierdził, że "nie zasługuję na aż takie poświęcenie". O mało co się nie wycofał też z wyjazdu do Stanów. Pisał dziewczynom, że nie chce tam jechać. Zawsze mnie informował o swoich planach wyjścia czy to z dziewczynami, czy z kolegą.
Ostatnio też było dość niemiło, bo powiedział "nie chcę być z wiecznie narzekającą utrzymanką". Wkurzyłam się bardzo, bo zignorował fakt, że szukam pracy cały czas i jest ciężko. Poza tym płacił sam z siebie, nie prosiłam go zbytnio. Chciał, żebym miała jakąkolwiek pracę, a nie taką zwiazaną z moim kierunkiem. Bardzo źle przyjął informację o tym, że nie chciałam już kontynuować terapii. Nazywał mnie niewdzięczną i ciągle mówił, że nie widzę, ile dla mnie robi. Padały też inne epitety jak "mama" czy "księżniczka". Ostatnio również "egoistka". Mówił, że wiecznie się do mnie dostosowywał (Stany, przyjaciółki, sprzątanie itp), a ja do niego nigdy. Nie uważam do końca, że to prawda, bo tylko dla niego chodziłam na terapię. Zarzucał mi, że nic nie robię w domu. Może nie robiłam bardzo dużo, ale też nie "nic". Wracał wkurzony z pracy, że mało zrobione.
Mówił o sobie, że jest wolnym ptakiem. Jak powiedziałam, że nie liczy się z moim zdaniem, stwierdził "Będę się liczył z kimś, kto na to zasługuje". Gdy zajęłam mu raz przez dłuższy czas komputer, wkurzył się i wyszedł z domu, pojechał do rodziców. Czasami robiłam mu wonty o ciągłe granie, a on mówił, że sama nie mam hobby i przez to się "przypieprzam do chłopa". Mówił też, że w pracy "haruje dla mnie jak wół" i że go nie doceniam. Myślałam, że pracuje dla siebie.. Raz też w zwykłej rozmowie powiedział "dam Ci młotek i się nim je..ij" w reakcji na coś według niego niedorzecznego, co powiedziałam. Przytoczyłam mu to później podczas kłótni, a on na to "no bo się je..ij, bo nie widzisz ile dla Ciebie robię".. Kiedyś też mówił do mnie "de..ilu" i "młocie", tak niby w żartach. Przestał po licznych awanturach...
Ostatnio przez kilka dni nie pisaliśmy do siebie wcale. Nagle wyskoczył, że jedzie do przyjaciółek "poradzić się w związku z naszą sytuacją". Chodziło chyba o to, w jaki sposób ze mną zerwać... Chciałam iść z nim, ale powiedział, że nie jestem tam mile widziana i wprowadzam "złą atmosferę" (jestem naturalnie wycofana i akurat z nimi nie miałam tematów). Zarzucał mi też, że nie umiem sama niczego załatwić, bo nadal nie załatwiłam paszportu do USA (ponad miesiąc, bo dużo rzeczy się działo i się martwiłam wszystkim). Dodał, że nie chce być moim "opiekunem". Zerwał ze mną na miejscu, spakował mi rzeczy, wyszedł i powiedział, że do jutra (czyli właściwie do dzisiaj) do 20.00 mam wziąć swoje rzeczy. Szukał pretekstów do zerwania, bo się mną znudził? Czy to we mnie był problem? Służyłam do wzbudzenia zazdrości u przyjaciółek, i tyle..? Czuję, jakby pokazał, że mnie nie kocha, pomimo że ciągle i mnie, i innym w jego otoczeniu wygadywał, jak mnie kocha. Czy jemu w ogóle zależało? Bałam się go stracić, nie chciałam mimo wszystko zrywać. Miałam nadzieję, że jeszcze będzie lepiej, a on wyrzucił mnie z życia.