heh.. od czego by tu zacząć...
kilka dni temu zerwałam, a właściwie zerwaliśmy. byliśmy z sobą prawie trzy lata... na początku było cudownie, wszystko nam się układało, gdy wyjechałam na studia można powiedzieć, że zbliżyliśmy się, tęsknota była silna... lecz teraz gdy zamieszkaliśmy razem wszystko zaczęło się psuć... aż do teraz gdy całkiem się rozpadło... powodem były między innymi ciągłe kłótnie o głupoty...a właściwie głównym powodem decyzji o rozstaniu były wyjazdy mojego chłopaka do pewnej chorej dziewczyny... on tłumaczył mi, że to tylko i wyłącznie robi z chęci pomocy jej... lecz ja wiedziałam, a nawet ze wścipskości jego dziennik przeczytałam w którym wyraźnie napisał, że ona jest artystyczną duszą, piękną kobietą, że przy niej czuje się jak nowo narodzony, wiedziałam że nie tylko dlatego do niej jeździ.. to tak boli....
Odkąd zaczął tam jeździć, ja przestałam dla niego istnieć, okłamywał mnie że robi coś gdzieś, a tak na prawdę jeździł do niej... Postanowiliśmy wspólnie że rozstaniemy się...bardziej to była moja decyzja, gdyż nie chciałam żeby za pare dni przyszedł i powiedział mi że nie chce ze mną być...
od rozstania minęły 4 dni, a ja nie mogę się pozbierać... płacze ciągle gdy go widzę, gdy sama jestem to w histerię popadam... ja przecież tak go kocham, i te wspólne plany... nie rozumiem jak można w jednej chwili przez obcą osobę tak po prostu zrezygnować z tego wszystkiego.
Fatalnie mi, nie radzę sobie zupełnie, najgorsze jest w tym wszystkmi jeszcze to, że ja ciągle mam nadzieję, że on wróci do mnie...bo tak mi brakuje go... ale z drugiej strony nie chce aby znowu mnie oklamywal... tak potzrebuje tej bliskosci ze popadam w paranoje, mam ochote czasem sobie cos zrobic.... moze wtedy zwroci na mnie uwage... jej dziewczyny, kobiety pomozcie mi sobie z tym jakos poradzic bo zupelnie nie wiem co mam robic...