Całe swoje życie miałam niewielkie fluktuacje wagi, ale jestem osobą aktywną i dobrze obeznaną w dobrym odżywianiu, więc gdy trzeba było to wchodziłam w ten tryb i gubiłam te kilka dodatkowych kilogramów. Brakowało mi za to systematyczności i stąd ten cykl, nie umiałam dostosować porcji czy odmówić sobie lodów więc nabierałam kg by potem je zrzucać restrykcyjną dietą i ćwiczeniami.
Odkąd poznałam narzeczonego 2.5 roku temu, cały czas moja waga się zwiększała. Próbowałam wejść w cykl „dieta i ćwiczenia”, ale za każdym razem nie udawało mi się jej trzymać. Zmiany życiowe, wejście w dorosłe i odpowiedzialne życie, ilość obowiązków mnie przytłoczyły.
- Dostałam bardzo wymagającą pracę, która szczególnie na początku wymagała ode mnie zaangażowania po 200h/msc+, potem się to ustabilizowało w okolicy zwykłego etatu, a dopiero od niedawna jest tej pracy mniej. Praca zadaniowa sprawiała że byłam w niej 24 na dobę , bez opcji wyłączenia się i odpoczynku.
- Dodatkowo uczęszczałam na studia zaoczne
- Dopiero od niedawna zaczęłam stawiać jasne wymagania i granice, ale m.in. planowanie zakupów, robienie ich 3x w tygodniu i potem rozliczanie było na mojej głowie
- Obowiązki domowe typu sprzątanie, randomowe rzeczy związane z życiem, autem, kotem staraliśmy się robić 50/50 ale każdy wie że codziennie jest tego masa do wykonania
- Skoro dieta to i gotowanie (czasem tylko dla siebie, ale często dla mnie i dla partnera, co zwiększało częstotliwość gotowania znacznie)
- Skoro dieta to i ćwiczenia.
No i nagle się okazywało, że aby pracować, uczyć się, wykonywać obowiązki domowe, trzymać dietę (co dotyczy planowania, zakupów, gotowania) i dodatkowo ćwiczyć, to zasadniczo byłam na chodzie od 7:00 do 22:00. Dodam jeszcze, że wiedziałam, że przewlekle choruję na tężyczkę, insulinooporność i tarczycę, co znacznie wzmagało uczucie wycieńczenia i psychicznego zmęczenia.
Nie dawałam rady, pękałam, zamawiałam żarcie bo tak było łatwiej. Szukałam dziesiątek różnych podejść, testowałam, no ale nie udawało mi się odnaleźć sposobu na to, by schudnąć.
Cały czas odczuwałam coraz silniejsze objawy jakiejś choroby, myślałam że to ta tężyczka, ale odbierało mi to jakość życia w sposób zatrważający. Wieczne zmęczenie, bóle stawów, wysypki, bóle brzucha, stany zapalne doprowadziły mnie do szpitala na oddział reumatologiczny na diagnostykę z której wyszłam z chorobą tkanki łącznej w tamtym tygodniu. Dostałam czarno na białym, że jestem chora, i dotarło do mnie, że kurna mać, to nie była moja wina.
W czym tu partner i na czym polega mój problem?
Do wszystkich tych wniosków doszłam stosunkowo niedawno. Wcześniej zapierałam się, że to JA jestem za siebie odpowiedzialna i jeśli coś robię lub nie, to tylko moja sprawa, wina i zasługa.
Partner przez te 2.5 roku nie poczuwał się do tego, by mnie wesprzeć w jakikolwiek sposób.
- Nie zaproponował odciążenia w obowiązkach
- Nie zgadzał się na wspólne ćwiczenia (przed naszym poznaniem był sportowym świrem)
- Nie uznawał zdrowego odżywiania (kebaby, chipsy, piwko itd. Regularnie w tygodniu)
Uważał, że wygląda ok (bo to prawda, jest szczupły i wysportowany dalej), więc nie będzie nic zmieniać. Za to moje porażki, moje ciągle nowe podejścia, plany z biegiem czasu zaczęły być traktowane jak powód do żartu, do wypominania mi że nie potrafię dotrzymać słowa, że jestem leniwa. Ja też się czułam z tym okropnie, próbowałam mu tłumaczyć że to nie jest takie łatwe, że się źle czuję, że mam o wiele więcej obowiązków niż on, że to niesprawiedliwe mnie tak oceniać. Jeszcze się kłóciliśmy wtedy o to, że wcale tych obowiązków więcej nie mam.
Z biegiem czasu przestawałam być bohaterką domu i zrzucałam na niego coraz więcej obowiązków tak, aby zbliżały się one do podziału 50/50. Była z tego powodu masa wyzwań, rozmów i kłótni, ale ostatecznie docierało i akceptował to. Najważniejsza zmiana wyszła, kiedy zaproponowałam aby kosztami zakupów dzielić się 60% on i 40% ja, ponieważ byłam na diecie już kilka tygodni i jadłam o wiele mniej niż on.
Spowodowało to gigantyczną kłótnię, czym tak mnie zagotował, że aż sobie uświadomiłam jak mnie wykorzystuje. Ja jeżdżę, robię, dowożę, gotuję i rozliczam a on ma jeszcze pretensje?
Powiedziałam basta i od teraz każdy kupuje i gotuje sam dla siebie. Nagle okazało się, że:
- Wystarczają mi zakupy raz w tygodniu!
- Płacę znacząco mniej za te zakupy!
- Gdy gotuję to tylko dla siebie, dzięki czemu robię to znacznie rzadziej!
10 godzin tygodniowo wróciło do mojego portfela czasowego, co wpłynęło drastycznie poprawiając moje możliwości i samopoczucie.
Partnerowi za to te godzinki doszły i im więcej czasu mija, tym bardziej go to boli ![]()
Przed moim pójściem do szpitala mieliśmy kryzys na wielu płaszczyznach. Czułam się fizycznie jak zero z powodu tej tajemniczej choroby, czułam również że mój partner totalnie nie bierze tego na poważnie. Czułam się okropnie, niezrozumiana, niewysłuchana, jak hipochondryczka.
Mówiłam m.in. o tym, że liczę, że w końcu coś znajdą, i że jak wyjdę to wrócę do diety. Znowu usłyszałam, że jak zobaczy to uwierzy, że brakuje mi samozaparcia, jestem niekonsekwentna. Zaczęliśmy się kłócić, wyrzuciłam mu że daję z siebie wszystko i jest mi po prostu ciężko, czuję się stale źle, nie mam jego wsparcia, mam masę obowiązków, nie daję rady. Rzuciłam żeby sam spróbował diety jak jest taki cwany, bo robi i żre co chce to mu łatwo oceniać. Sam nie dałby rady na moim miejscu. On na to, że on nie próbuje schudnąć, więc nie widzi sensu żeby sobie cokolwiek ograniczać.
W końcu porozmawialiśmy, wyjaśniłam jak się czuję w związku z tymi objawami, partner przyznał że nie rozumiał tego wszystkiego i jak ja się czuję bo zmuszałam się ciągle do wysokiego funkcjonowania. Okazał mi masę wsparcia, obiecał że po moim wyjściu mnie wesprze, odciąży w czym może, sam będzie zdrowiej jadł i chętnie poćwiczy. W końcu, po bardzo długim czasie, poczułam że mogę na niego liczyć.
Po moim wyjściu szarpały mną różne uczucia. Okazało się że faktycznie coś mi dolega i poczułam z tego powodu … ogromną niesprawiedliwość. Dostałam masę leków i zaleceń lekarzy, w tym bardzo restrykcyjną dietę która wyklucza 90% produktów. Nie jestem idiotką, trzymam się jej i będę się jej trzymać, bo jeśli w przeciwnym wypadku skazuje się na objawy to wolałabym do końca życia żreć trawę.
Od mojego wyjścia partner nie zmienił odżywiania, ale za to podjął kolejną już (chyba trzecią) próbę namówienia mnie do tego, abym znowu to ja zajmowała się zakupami dla nas obojga. Zaargumentował to tym, że jeśli JA chcę, by ON się lepiej odżywiał, to ja muszę mu to ułatwić i kupować potrzebne produkty, bo on się nie zna, a poza tym teraz więcej pracuje i ciężko mu jeszcze do tego jeździć po zakupy i gotować.
I wtedy mnie coś strzeliło…
Po pracy kilka obowiązków, potem musi jechać do sklepu, coś ugotować, i nagle jest 20! I tłumaczy mi chłop że to jest nierealne do utrzymania i muszę mu pomóc.
Patrzę na niego z autentycznym szokiem czy on słyszy co mówi, gdzie teraz ja na L4 ogarniam dom i tak dalej, nie ma żadnych studiów ani obciążających chorób i jest mu ciężko utrzymać dietę (która wyklucza jedynie wysoko przetworzone produkty czyli gotowe) przez tydzień, ale przez ostatnie 2.5 roku miałam na głowie znacznie więcej i był pierwszy do oceniania mnie a ostatni do pomocy.
Próbowałam mu to wytłumaczyć żeby mnie zrozumiał, ale doszły tylko kolejne kwiatki jak m.in. to, że on by mógł i dałby radę nie to co ja, ale tej diety tak naprawdę nie chce bo to mój wymysł (nie do końca, do te 2 lata sam mówił dziesiątki razy że chciałby się zdrowo odżywiać). Dodatkowo stwierdził, że to on mnie wspiera tym że ja mam robić te zakupy dla nas znowu 3x w tygodniu i pewnie często gotować jak kiedyś, bo dzięki temu nie będzie tych złych rzeczy w domu i będzie jadł jak ja, dzięki czemu mi będzie łatwiej.
Tłumaczę mu, że nie, nie będzie mi łatwiej jak znowu mi dojdzie 10h roboty tygodniowo i będzie mi łatwiej tak jak jest teraz i niech sobie dalej żre gówno. Na to on stwierdził, że nie mogę wymagać wsparcia skoro sama go nie daję ![]()
Przypomniałam mu o naszej rozmowie przed szpitalem, to stwierdził, że to ja od niego wymagam a nie on od siebie więc powinnam mu to ułatwić a nie wymyślać.
Szczerze
Szczerze…
Co wy o tym myślicie?
PS. W ostatnie 3-4 msc schudłam 9kg, czyli połowę tego co sobie wyznaczyłam. Tak informacyjnie ![]()