Witam Forumowiczki i Forumowicze.
Piszę, żeby sprawdzić, ile się nas zbierze tych, którzy uważają, że jak się ożeniłes/wyszłaś za mąż to masz w tym być do końca bez względu na wszystko, a ilu, ile z nas poprze pogląd, że nawet za cenę zostawienia żony/męża w rozpaczy, warto podążać za swoim szczęściem.
Moja historia jest banalna, jak wiele takich historii.
Zostałem ojcem jako 23-latek. Kiedyś to nie było wcale takie szokujące i uznawane za wczesne. Dziś moja córka ma 32 lata, a syn ma 20.
Córka była wpadką. Żona twierdzi, że nie zapomniała o tabletkach i że wpadła mimo że brała antykoncepcję doustną. Tak twierdzi, a ja wierzę. Choć wiem, jakie to rzadkie przypadki.
Jeszcze wtedy byłem w niej zakochany, więc się pobraliśmy.
Lubię ją do dziś jako człowieka, wiele razy podniosła mnie z bagna gdy miałem problemy z pieniędzmi lub zdrowotne. Za to jestem jej wdzięczny. Ona nie wyobraża sobie beze mnie życia. Ale ale. Ja od około 20 lat już czuję, że nie ma we mnie do niej ognia, pożądania, a nawet jakiegoś płomiennego uczucia. Jest tylko i aż przywiązanie.
Póki dzieci były małe, ani myślałem o odejściu.
Wiele osób po drodze poznałem, wiele kobiet było pięknych i mądrych które poznałem, miałem kilka skoków w bok, wiem co pomyślicie ale tak było.
Żona od kiedy urodziła syna to już 20 lat będzie jak waży 100 kilogramów. Mimo tego wspolzyje z nią raz na parę tygodni, bo inaczej jest agresywna i w domu jest nieprzyjemnie. Robię to bez przyjemności.
Już po pierwszym dziecku czułem że rodzina i stabilizacja to nie dla mnie, wolałbym model amerykański gdzie ludzie nie robią z rozstania tragedii, lecz traktują to jako kolejny etap w życiu, by móc iść dalej.
A u nas w Polsce rozwód to nadal jest wielki problem.
Gdy córka miała 10 lat miałem romans. Poznaliśmy się w pracy. Żona dowiedziała się i szybko zaczęła nastawać na drugie dziecko. Zgodziłem się a z tamtą zerwalem. Dziś myślę że to była rozpaczliwa próba żony bym został dłużej. Bo wie że jestem honorowy i nie zostawilbym jej samej z dziećmi.
Jednak teraz, gdy syn ma lat 20 a córka dawno na swoim, zaczynam się zastanawiać czy życie to ma być właśnie takie trwanie przy sobie za wszelką cenę? Wspólna misja wychowania dzieci skończona.
Od trzech lat nie może mi wyjść z głowy kobieta, którą poznałem i z którą na pewno spróbowałbym być, gdyby nie żona.
Nie ukrywam. Boję się wystąpić o rozwód. Ustawi przeciwko mnie dzieci, to pewne, bo ma niesamowite zdolności manipulacyjne. Nie będę miał czego szukać w rodzinie.
Majątek pójdzie na pół a jak podzielić wspólny dom?
Gdzie pójdę mieszkać ja a gdzie ona. Nie stać mnie na kupno nowego lokum.
Pracuję, ona też pracuje, ale nie zarabiamy na tyle.
Jak to według Was jest? Rozwód i de facto pozostawienie rodziny to byłby w tym wypadku akt odwagi i dowód że mam "jaja" czy raczej jaja będę miał jak będę się umartwiał z żoną "bo podpisałem cyrograf w urzędzie".
Gdyby ona była jakąś hadrą tobym się zdecydował. Ale tak? Ona jest naprawdę troskliwa. Ona mnie kocha. Tylko że ja jej nie.
Co teraz....
