Cześć. Kilka dni temu dodałem na tym forum temat, ale był napisany strasznie chaotycznie, w bólu, więc postanowiłem napisać jeszcze raz.
Napisze po krótce jak wygląda sytuacja. Mam 28 lat (moja dziewczyna/ex 32 lata. Ogólnie byliśmy ze sobą 6 miesięcy (rozstanie nastąpiło we środę). Ona dla miłości ze mną rzuciła swojego faceta z którym była 13 lat, a od 7 lat zaręczona (przez romans ze mną straciła dwa mieszkania oraz wspólnych znajomych, których miała z ex - każdy się od niej odwrócił, oprócz trzech przyjaciółek z Polski). Zakochaliśmy się w sobie po uszy (plany oświadczyn, ślub, dzieci - i to może się wydawać zabawne jak na 5 miesięcy związku. Odkąd zamieszkaliśmy razem nie układało nam się za dobrze. Kłótnie z jej inicjatywy, ale podyktowane moim zachowaniem, które nie było wbrew jej myśli, zdarzały się co 2-3 dni, ale później szybko sie godziliśmy i było tak jak dawniej. Ale w lipcu zaczęło się walić i dwa razy kończyła związek, kazała mi się pakować i wynosić, dając mi czas na ogarnięcie mojego życia, bo "jestem dla niej ważny i nie chce, abym spał na ulicy", ale po dwóch dniach już było miedzy nami normalnie. We wtorek wyprowadziłem się z domu (zawaliłem sprawę z urzędem do którego miałem jechać, jej się to nie spodobało i zaczęła mnie jechać. Epitety typu "nie potrzebuje takiego faceta" itd.) Nazajutrz wróciłem i starałem się ją przeprosić. Ona widząc mnie w drzwiach, miała w oczach łzy. A gdy wszedłem do domu, zaczęła się jazda. Poszedłem za nią i za psem i byłem świadkiem rozmowy, którą prowadziła ze swoją koleżanką "śmiejąc się", że wróciłem. Zawinąłem do domu, ona po chwili przyszła i oświadczyła, że to koniec. Doszło do kłótni, w której jej się zapytałem czy nadal mnie kocha czy też nie, w odpowiedzi usłyszałem, że "nie, nie kocham Cię", ale po moim dopytywaniu - nazwała to grą słów. Doszło do jeszcze większej eskalacji konfliktu i kazała mi się pakować i wynosić.. w środku nocy, wiedząc, że i tak nie mam dokąd iść. Obydwoje mieszkamy za granicą i mamy/mieliśmy tylko siebie. Przyznała się, że nagrywała to co do niej mówiłem (a powiedziałem tylko, że jest pierdoln... i to tyle było z tych obelg. Gdzie ona nie miała zachamowań żadnych wobec mnie). Rano powiedziała, że ona ma dosyć i, że jeśli się nie wyprowadzę ona dzwoni po policję. Ja bez namysłu - wyszedłem z domu. Od tego czasu mamy ze sobą sporadyczny kontakt, gdzie wczoraj rozmawiałem z nią przez telefon i usłyszałem, że to cud, że w ogóle odebrała ode mnie telefon, ale też że ona już nie wyobraża sobie, żebym teraz mógł wrócić do domu i żeby było tak jak dawniej, bo ona teraz stawia na siebie i dba o swoje dobro, że za dużo się wydarzyło i nie może mi dać kolejnej szansy, że mogłem myśleć przed wyprowadzką it. Pyytając czy kocha, w odpowiedzi usłyszałem, że to nie jest ważne. Wiem, że ją straciłem. Ale nie mogę się z tym pogodzić, że tak łatwo jej przyszło o mnie "zapomnieć", ale po jej tonie głosu, słyszę, że jednak tak jest. Jest bardzo chłodna w stosunku do mnie. wiecie, to ja zawsze miałem olewcze podejście do kobiet, a jak mi samemu przytrafiło się coś takiego to ciężko mi sobie z tym poradzić. I tu się pojawia moie pytanie.
- czy kiedykolwiek ma szansę mi wybaczyć i zechcieć do mnie wrócić?
- czy tęskni i o mnie myśli pomimo wszystkiego co się wydarzyło w ostatnich dniach?
- I jakie są szanse na uratowanie tego związku?
- czy ona może mnie przekreślić w ciągu kilku dni, po tym jak przez romans ze mną, rozpadł jej się 13 letni związek? Nasze uczucie było silne.
- czy ona potrzebuje czasu, aby ogarnąć myśli i koniec końców będzie jeszcze między nami dobrze i wrócimy do siebie?
Dałem jej przestrzeń, której potrzebowała. Nie zadręczam jej telefonami, nie wypisuje do niej niewiadomo czego. Czy według Was to dobre rozwiązanie? Czy ona nie pomyśli, że już olałem sprawę? Choć dla mnie ona jest miłością życia i bardzo dobrze o tym wie. I wiem, że mnie kocha też, ale o tym zaraz. Dziś się spotkaliśmy, gdyż zapomniałem z domu paru rzeczy. Napisałem do niej grzecznie z pytaniem, czy mógłbym wpaść i to odebrać. Zgodziła się. Podziękowałem jej za to, że mi przywiozła ładowarkę, nie plaszczylem się przed nią, ale spytałem czy dla niej te 5 miesięcy nic nie znaczyło, a ona w odpowiedzi: "tak znaczyło, ale za dużo się wydarzyło". Patrzyłem jej w oczy i ona mi, gdy to sobie mówiliśmy. Pożegnałem ją, powiedziałem żeby o siebie dbała, o jej/naszego psa i na siebie uważała. Nie odpowiedziała nic, ale wsiadając do samochodu, widziałem na jej twarzy smutek i tak jakby zaraz miała płakać, albo to moja po prostu wyobraźnia z tym płaczem.
Dziękuję za odpowiedzi.