Cześć.
Słowem wstępu, mam 25 lat i do tej pory nie miałam za dużego szczęścia w miłości. W wieku 15 lat byłam 5 lat ze swoją pierwszą miłością, ale ciężko to nazwać udanym związkiem, bo byliśmy młodzi, głupi i dość toksyczni dla siebie nawzajem. Później przyszedł związek ok. 9mscy, gdzie byłam bita i obiecałam sobie nigdy więcej nie dać się tak traktować. Nastepny związek, 6 mscy zakończyłam właśnie z tego powodu.
Po tych przejściach nie chciałam się pakować w żaden związek, facet nie jest mi potrzebny do życia i funkcjonowania. Sama ze sobą bawiłam się bardzo dobrze, miałam swój rytm życia, swoje plany i przy połączeniu z bardzo złym zdaniem o większości facetów, poskutkowało to byciem singielką przez 2 lata.
Swojego obecnego, z którym jestem prawie rok poznałam w pracy, i po raz drugi tak naprawdę się zakochałam. Zakochałam się w tym, że od początku dał mi siebie poznać jako osobę wartościową. Mieliśmy kompletnie inne spojrzenie na świat i życie, bo ja jestem ateistką fascynującą się nauką i fizyką o dość liberalnych poglądach, natomiast on jest z pochodzenia Ukraińcem o Polskich korzeniach, z rodziny katolickiej. Był więc wierzący, a poziom jego edukacji (mimo, że jest inteligentny) był rażąco niski. Wychowany był w wierze "Bóg, ojczyzna, honor". Był, ponieważ to się zmieniło.
Poprzez rozmowy i spędzanie razem czasu, mocno zmienił swoje poglądy. Wierzy w istnienie stwórcy, ale nie wierzy już w religię i tworzy to mocne spory z jego rodziną - zaznaczę, że już wcześniej miał wątpliwości i ja go do zmiany wiary nie zmuszałam. Byłam raczej czymś wygodnym dla niego by móc to w końcu zrobić. Zanim mnie poznał pojechał brać udział w wojnie na Ukrainie, ponieważ był takim patriotą, a obecnie uważa, że było to po prostu głupie. Gdy go poznałam, uważał, że ziemia jest płaska, lądowanie na księżycu to ściema a teoria ewolucji nie ma szans na bycie prawdziwą. Muszę przyznać, że te rozmowy były ciężkie bo brak fundamentalnej wiedzy utrudniał jakiekolwiek dyskusje. Czas mijał, on czytał i sam się tym zafascynował, przez co również zmienił zdanie o 180° i sam stoi teraz po stronie nauki, a swoje zdanie zaczyna opierać na faktach które sprawdza.
Jest mężczyzną, który bardzo mocno kocha, jest wrażliwy emocjonalnie, okazuje dużo uczuć i ich potrzebuje. Jest wierny jak pies, co sobie bardzo cenię, bo dla mnie to też bardzo ważne i nie potrafiłabym być z kimś komu nie ufam. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko emocjonalnie i cenię to sobie, mogę mu wszystko powiedzieć, mogę na niego liczyć w każdej sprawie. Do tego jest naprawdę zabawny jako osoba, rodzinny. Uważam, że wśród facetów w moim wieku to perełka, bo dla mnie nigdy nie liczyło się, żeby facet zarabiał hajs, był toksycznie męski, przejawiał agresywne zachowania - liczy się jak mnie traktuje, jaką jest osobą. Jest dobrą. Swoją matkę i rodzeństwo traktuje bez zarzutu.
W czym więc jest problem?
Jesteśmy ze sobą prawie rok, i chociaż bardzo go kocham i podoba mi się w nim tak wiele, są też rzeczy, których nie potrafię zaakceptować i każda kolejna sytuacja zaczyna mnie od niego oddalać.
1. Zazdrość
Telefonu mi nie sprawdza, nic z tych rzeczy. Ale jakiekolwiek moje wyjście z domu wiąże się z histerią. Na początku związku byłam z koleżankami w klubie, tak to masakrycznie przeżył, że zrozumiałam, że z tym koniec. Okej, nie zależy mi na tym. Mimo to co mniej więcej 2 miesiące wychodzę z nimi gdzieś na piwo i wtedy to też jest masakra. Ostatnio szłam na piknik na 2.5 godziny gdzie zapowiedziałam picie piwa i aż musiał ostentacyjnie wyjść się przejść na ten czas żebym wiedziała jak to przeżywa. Zaprosiły mnie wtedy na wyjazd nad jezioro, a ja zrozumiałam, że nie ma szans. Dotarło do mnie, jakie to chore. W domu wywiązała się kłótnia gdy wróciłam, a on powiedział m.in., że według niego osoby w związku nie potrzebują nikogo z zewnątrz. Powinnam chcieć spędzać czas tylko z nim. On nie rozumie, po co mi koleżanki.
O koledze mogę zapomnieć. Wszystkich których miałam, musiałam w jakiś sposób olać. Jest u mnie w mieście dawny przyjaciel, który po śmierci ojca wrocil przejąć interes. Chciałam odnowić kontakt ale zrozumiałam, że nie ma na to opcji.
Gdy zaczęłam nową pracę, jechałam na szkolenie 3-dniowe do Katowic. Jako, że musiałabym wstać przed 5 żeby tam dojechać, firma załatwiała nocleg takim osobom jak ja, ale w Katowicach akurat coś się działo i hotele były pełne. Tę noc ja i kilka innych osób które potrzebowały szkolenia mieliśmy spędzić w wynajętym apartamencie przez Airbnb. Gdy mój o tym usłyszał, zaczęła się jazda. Koniec końców wstawałam przed 5. Mimo to czekały mnie 2 noclegi bez niego. Pierwszy przeżył, na drugi przyjechał bo miałam sama pokój (nie ukrywam, że na moje zaproszenie, bo czułam mega presję).
To był jedyny dzień przez ten rok który spędziliśmy osobno.
2. Jak się ubieram i zachowuję
W zimę było okej, teraz jest lato i się zaczęło. Raz chciałam iść do sklepu 100m od domu. Poszłam w spodenkach od piżamy i klapkach, bo nie chciało mi się przebierać. Spodenki były za pośladek, ale były luźne i wg. nigo jeśli się pochylę będzie mi widać tyłek. Ja stwierdziłam, że no trudno, dół pośladka to nie najgorsze czym się można obnażyć i nie zamierzam się specjalnie przebierać do osiedlowego sklepu (dyskusje czy się będę nachylać czy nie stwierdziłam że jest poniżej mojej godności żeby o tym dyskutować). Była o to kłótnia oczywiście i obraza majestatu.
Teraz gdy jest gorąco do pracy noszę spódniczkę nad kolano. Ledwo nad kolano. Wg. Niego gdy się pochylam wszystko mi widać, więc powinnam chodzić w spodniach w 30 stopniowym upale. Powiedziałam mu, że nie zamierzam, ciągle się o to kłócimy i mi to wypomina, że on od kobiety wymaga innego zachowania. Temat wciąż się ciągnie.
Na spotkaniach rodzinnych typu grill zdarza mi się na przykład położyć na hamaku czy kanapie tak, że widać mi majtki i on uważa, że ja jestem nieostrożna i się obnażam (ja uważam, że przy rodzinie której to w ogóle nie obchodzi mogę się czuć swobodnie).
3. Zaborczość
Sytuacja: siedzimy przy jedzeniu, opowiadam mu coś o reality show które oglądam, a on wybucha i mówi że go to gówno interesuje i jest zażenowany, że oglądam takie rzeczy. On sam ogląda mega głupoty i moim zdaniem człowiek ma prawo na rozrywkę jaka mu się podoba, ja jego rzeczy nie krytykuję i nie osądzam. Gdy on opowiada mi coś, co mnie nie interesuje to i tak słucham, bo go szanuję. Po kłótni stwierdził, że tak zareagował, bo oni się w tych reality show zdradzają a on tego nie toleruje.
Jestem osobą mega zadaniową, dopóki mam coś do zrobienia nie mogę się "odprężyć". Z tego powodu gdy wracam z pracy, to razem sprzątamy, gotujemy, muszę zjeść i się wykąpać i dopiero wtedy myślę o odpoczynku i relaksie. Nie znoszę, gdy mi przerywa, bo on się musi przytulić akurat jak myje podłogę. Mimo to dam mu buziaka, pocałuję, bo wiem że tego potrzebuje, ale TO ZA MAŁO. Ponieważ on czuje, że ja nie chcę. Nie potrafi tego zrozumieć i ten problem wraca jak bumerang cały czas. Uważa, że to czego on chce jest nie tylko normalne i każdy tego chce, ale że moje podejście jest nienormalne i żadne tłumaczenia, że taka już jestem nie docierają do niego. Nie mam prawa nawet na tę chwilę dla siebie.
4. Seks i kobiety
Nie potrafi zaakceptować, że miałam partnerów seksualnych przed nim. Wypominał mi to wielokrotnie, bo on chcial czekać do ślubu a seks dla niego to coś tak intymnego. Ja miałam seks tylko w 4 związkach, jeden wystrzał ze znajomym i raz sprobowalam z koleżanką. Zaznaczę, ze jestem osobą demiseksualną i nigdy się nie "szlajałam", ale byłam też młoda i te 2 razy pomiędzy związkami mi uświadomiły, że mi się to nie podoba w ogóle. Dlatego 2 lata przed nim żyłam w celibacie. Moja wstrzemięźliwość wynika nie z zasad, a z tego, że mnie to nie pociąga - seks z byle kim. Mimo to, jestem przez niego osądzana i rozliczana za przeszłość. Wielokrotnie czułam się przez niego jak szmat*.
Kiedy podczas rozmowy wyszło, że ja miałam 6 parnerów, a on miał 6 partnerek, to myślałam, że mnie coś strzeli. Co za hipokryzja! Do tego on był tylko w jednym związku a pozostałe to były przypadki albo bardzo krótkie flingi, więc jego ścisłe zasady jego ewidentnie nie dotyczą. Zaznaczę, że ja nie mam problemu, z kim on spał, chodzi tylko o tę hipokryzję.
MIMO TO! On uważa, że nie jesteśmy kwita właśnie dlatego, że on sypiał z nimi krótko i nie miał doświadczenia, a ja sypiałam z moimi partnerami regularnie bo byłam w związkach. Kurtyna.
Do tego ma mocne zdanie, uważa, że kobiety które np. powiększają usta to są zwykłe lachociągi, ogólnie wiele kobiet wrzuca do worka pt. "Szm*ty".
5. Rozwój
Jestem osobą bardzo ambitną, mam plany i chcę coś osiągnąć w życiu. Im dłużej jesteśmy razem, tym bardziej czuję, że on mnie stopuje.
Mam stypendium naukowe, więc czasem muszę siąść i się uczyć, a gdy to robię 1. Przerywa mi 2. Ma pretensje że nie poświęcam mu czasu 3. Czuję, że brakuje mi wsparcia bo często bywam zestresowana a on mi tylko dokłada.
Miałam plany, chcę podciągnąć angielski z B2 na C1, poprzeć to certyfikatem oksfordzkim, chcę także się nauczyć programowania co jest moim marzeniem. Podstawy znam, ale chciałam do końca studiów moc zacząć pracę w tej branży. Z wszystkich tych planów póki co nic nie realizuję, bo cały czas poświęcam jemu. Tutaj nie mogę całej winy zwalić na niego, bo teoretycznie jakbym chciała to bym wyegzekwowała na to czas. Natomiast wiem po prostu z jakim oporem się to spotka i że praca + sprzątanie + gotowanie + nauka 2h sprawi że będę wolna o 21/22 więc zostanie "nam" godzina czy dwie a to za mało i nie przejdzie.
Mieliśmy chodzić na siłownię, bo on jest sportowcem amatorem i był trenerem personalnym. Pochodziliśmy miesiąc, po czym nie dało się go więcej namówić. Ciągle obiecuje i w ten sposób oddaje na siłownię 130zł miesięcznie żeby tam nie chodzić. Ten miesiąc był ekstra, bardzo mi się podobało spędzanie w taki sposób czasu, a do tego miałam szanse poprawić swój wygląd z którego nie jestem do końca zadowolona (nadprogramowe kg). Czuje, że gdybym była singielką już by mi lepiej w tym temacie szło niż z nim.
WNIOSKI I PYTANIA O RADĘ
To nie jest tak, że on taki jest ciągle. Te sytuacje które wypisałam były rozsiane przez ten rok, I zawsze zakończone rozmową i tym, że on rozumie, że jest w błędzie i chce coś z tym zrobić, ale to od niego silniejsze. Poza tymi sytuacjami jest partnerem idealnym, opiekuńczym, kochanym, wrażliwym.
Chcę z nim być, ale czuje się też jak w złotej klatce i że po prostu tracę siebie, bo rezygnuję ze wszystkiego w imię jego dobra. Jak z nim rozmawiać, jak to zmienić, czy to ma szansę wypalić?
Jego potrzeba bycia razem 24/7 mnie przytłacza, nie mam czasu na nic innego.
Miałam siebie za osobę wartościową, a wszystkie te rzeczy sprawiają że czuje się jak jedna z tych, które osądza, bo czasem chcę wyjść na piwo I kiedyś z kimś spałam. Czuję się czasem niewystarczająca.
Moje pytanie polega na tym, czy to normalne? Trzeba się dotrzeć, pracować nad sobą? Ja zdaje sobie sprawę, że ludzi idealnych nie ma i z kimś innym miałabym inne problemy. Czy to zakrawa o jakiś rodzaj przemocy wobec mnie? Widzę, że powolutku rozumie to wszystko i idzie to w dobrą stronę. Proszę o konstruktywne rady.