A więc tak: różnica wieku (ja - 30 lat, on - 21), kłopotliwa relacja, niepewność co do uczuć drugiej strony (i swoich), poważne wątpliwości.
Historię podam w streszczeniu - i będę bardzo wdzięczna za każdą uwagę, która mi pokaże, jak to wygląda z boku.
A więc tak: zaczęło się półtora roku temu. Jestem doktorantką i prowadziłam zajęcia z pierwszym rokiem. Po jakimś czasie zauważyłam, że jeden ze studentów traktuje mnie dziwnie. "Dziwnie" to znaczy tak, jakby się we mnie zakochał szczenięcą miłością: patrzył na mnie maślanym wzrokiem, próbował zwrócić na siebie moją uwagę, a jak zwrócił, to dostawał drgawek itd. Trochę mi to pochlebiało, trochę mnie śmieszyło, a trochę krępowało.
Dodam od razu, że nie mogę do dziś rozgryźć, jakiego rodzaju jest albo była jego fascynacja (nie jestem "gorącą trzydziestką", tylko skromnie noszącą się, nieprzesadnie atrakcyjną dziewczyną), ale zafascynowany był, a czy można w taki sposób (ewidentnie "zakochaniowy") zafascynować się tylko czyimś intelektem?
Wtedy nie za bardzo mnie to obeszło - byłam w związku, tamten był dla mnie po prostu dużo młodszym, śmiesznie zauroczonym studentem i już. Przez kolejny rok myślałam o nim tylko wtedy, kiedy natykałam się na niego na uczelni (zawsze reagował nerwowo, a ja udawałam, że go nie widzę, żeby go bardziej nie denerwować). Ale potem rozpadł mi się związek, a kiedy miesiąc temu znowu wpadłam na tego studenta, to przekonałam się, że ciągle na niego działam, a poza tym sama nagle zobaczyłam w nim mężczyznę
, poczułam, nazwijmy to, dziwną magię - i zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby i że właściwie dlaczego nie.
Wiem, że mamy wspólne zainteresowania, on - mimo młodego wieku - imponuje mi intelektualnie, jest dla mnie atrakcyjny pod innymi względami itd. Różnica wieku jest - ale takie związki się zdarzają. Nie jestem zdeterminowana, żeby zaraz wychodzić za mąż i rodzić dzieci, więc każdy ewentualny wariant relacji, krótszej albo dłuższej, byłby dla mnie okej.
I teraz dwie wątpliwości:
Po pierwsze - czy jest możliwe, żeby przystojny i rozgarnięty (choć dosyć nieśmiały) 20-latek, który mógłby mieć na pęczki ładnych rówieśniczek, zakochał się i chciał związać z 30-latką? Albo inaczej: czy samo zakochanie jest dla niego wystarczające, żeby się związać? Fakt, że nigdy nie próbował mnie "poderwać", ale to wydaje mi się zrozumiałe: był moim studentem i w sumie jedyne, co mógł zrobić, to zbajerować mnie na uczelnianym korytarzu (a to nie jest taki typ) albo podesłać mi list miłosny mailem i bać się, że go wyśmieję - a poza tym nigdy nie dałam mu żadnego sygnału, że jestem nim chociaż trochę zainteresowana (bo długo nie byłam
).
Po drugie - jak to w ogóle zrobić? Zbliżyć się do niego powoli, udając że chodzi o coś innego - czy od razu postawić sprawę jasno?