To forum, a się wstydzę, ale niech się dzieje, co chce, po cichu liczę, że znajdzie się ktoś, kto nie wyleje samego wiadra pomyj na mnie, tylko pomoże i poradzi, jak moge uratować relacje z partnerką, którą (relacje) sam skopałem, niestety. I to tak, że wisi na włosku. Jesteśmy razem od dwóch lat. Znamy swoje rodziny, mamy plany na życie. Mamy niewiele ponad 30 lat. Ja jestem i pracuje jako technik informatyk, partnerka lek wet. Pół roku temu, może być dłużej, 8 miesięcy (?), zaczęła szwankować moja psychika. Jak? Jestem na pełnych obrotach, ale nie w pozytywnym znaczeniu: towarzyszy mi stres, zdenerwowanie i lęki. Wzięły mi się skądś obsesje, idąc ulicą mam wrażenie, że mnie ktoś obserwuje z krzaków albo idzie za mną; jak jestem sam w domu, bo partnerka jest w przychodni, to mam wrażenie, jakby ktoś był w domu. Nasluchuje każdych trzasków i szmerów, głosów, które czasem się niosą od sąsiadów, a moja głowa jest w stanie gotowości, że ktoś jest w środku, a dobrze wiem, że nie ma nikogo i jestem sam jak palec. Nikt się nie dostanie, bo zacząłem zamykać mieszkanie na górny i dolny zamek. Z domu nie ruszam się bez gazu pieprzowego. Nie mieszkamy na parterze, nie istnieje ryzyko, że ktoś się dostanie przez balkon. Nikt nam się nie włamal, nie byłem świadkiem czy ofiarą napaści, powodu do paniki nie mam. Jak partnerka przychodziła to ja sie stawałem spokojniejszy, bo nie byłem sam. Wariuje czy zwariowałem?
Owszem, od dzieciństwa tak do 20 roku życia miałem nerwice natrectw polegającą na tym, że myłem ręce co chwilę, aż zacząłem mieć problemy dermatologiczne, ale nigdy nie było grubszych zaburzeń psychicznych.
Nigdy nie byłem u psychiatry, nie biorę żadnych leków, nie choruje przewlekle...
Żeby sobie pomóc samemu kupiłem lek bez recepty działający kojąco i uspokajająco sratatata, ale pomogło to tyle, co nic: mogłem pić literami melise i efekt byłby podobny. Chwycilem się mało wyrafinowanego sposobu: zacząłem popijać. Nie pić, nie chlać jak świnia. Tylko po przyjściu z pracy, starałem się nie przeholować, traktowałem to jako,,lek", który pomoże mi spuścić ciśnienie i strach. To się moim stałym nawykiem stało. Partnerka się zlościła i robiła mi wyrzuty, bo waliło ode mnie głównie piwskiem jak przychodziła, ale nie spinaliśmy się. Zaczął się chłód wkradać, ale obyło się bez robienia scen. We wt wróciła z pracy zmęczona i od progu narzekała na wszystko: pracę, zakupy, przygotowania okołoświąteczne. Ok, nie mam prawa oczekiwać, że każdego dnia wróci zadowolona i bez grymasu na twarzy, normalne, jej praca do lekkiej i przyjemnej nie należy. A święta mieliśmy mieć w rozjazdach i trzeba było się nagimnastykować, żeby pogodzić całość. Weszła na mój temat, że wziąłbym się w garść i ruszył tyłek, żeby jej pomóc, a nie, że ona ma na swojej głowie cały majdan, a ja się lenie. To był ułamek chwili, nie miałem nad tym kontroli, tylko przepłynął w mózgu impuls, zebrałem się z łóżka i jak podszedłem do niej to ją - to tego się wstydzę i żałuję, i przez to nie wiedzialem, czy w ogóle powinienem prosić o pomoc, nawet anonimowo - uderzyłem. Już,,po" rozjaśniło mi się w głowie, co zrobiłem. Było za późno. Partnerka wywaliła mnie z mieszkania.
Przeprosin i rozmowy nie chce. Na wysłane wiadomości nie odpowiada, wysłałem ich mase, w końcu na stalkera wyjdę. Kocham ją, żałuję tego, że podniosłem rękę na nią. Coś mogę zrobić, żeby uwierzyła mi, że nie chciałem tego? Czy może być tak, że zaczęła się u mnie rozwijać jakaś choroba psychiczna? Boję się samego siebie, jakby mi ktoś rok temu powiedział, że uderze bliską osobę, to bym się w głowę popukał.
Podobne tematy
Koniecznie pierwsze kroki skieruj do psychiatry po diagnozę, zacznij się leczyć, być może obok terapii potrzebna będzie farmakologia.
Potem powiedz o wszystkim partnerce, bo do tej pory chowałeś głowę w piasek...
Nic tu nie usprawiedliwia uderzenia, postawiłeś kropkę nad i, bo i tak miała Cię dosyć i nie ma się co dziwić, jak wybrałeś drogę na skróty.
Masz nerwicę. Która nie była leczona, a teraz wróciła z podwójną siłą.
To, co teraz powinieneś zrobić to umówić się do psychiatry i na terapię i przeprackwać te lęki.
To nie jest jakaś wielka choroba psychiczna, po prostu nie rozumiem, czemu nie szukałeś pomocy lekarza.
A partnerce dać spokój.
Dopóki Ty się nie przeleczysz, to nie ma sensu jej zawracać głowy, a ona ma prawo do bycia z kimś, kto swoich problemów nie zapija.
Potem powiedz o wszystkim partnerce, bo do tej pory chowałeś głowę w piasek...
Gdzie teraz mieszkasz?
Moim zdaniem jak znacie swoje rodziny to glupota byloby samemu probowac to naprawiac bo ona jest w emocjach a Ty w kiepskim stanie psychicznym - nic dobrego z tego nie wyniknie.
Musisz zaangazowac rodziny. Opisac to co sie z Toba dzialo swoim rodzicom, Ci musza sie skontaktowac z jej rodzicami i zastanowic sie jak rozwiazac temat.
Jesli Ty bedziesz chetny na terapie, zmiane pracy na mniej stresujaca to sie dogadaja - mlodzi jestescie i jeszcze uczycie sie zyc razem.
No nie, rodzin nie ma co mieszać w swój związek, spokojnie, autor jest dorosły, jest w stanie sam pójść do psychiatry.
A swoim rodzicom powiedzieć może, choć też mu nie pomogą, sam musi chcieć sobie pomóc.
wieka napisał/a:Potem powiedz o wszystkim partnerce, bo do tej pory chowałeś głowę w piasek...
Gdzie teraz mieszkasz?
Moim zdaniem jak znacie swoje rodziny to glupota byloby samemu probowac to naprawiac bo ona jest w emocjach a Ty w kiepskim stanie psychicznym - nic dobrego z tego nie wyniknie.
Musisz zaangazowac rodziny. Opisac to co sie z Toba dzialo swoim rodzicom, Ci musza sie skontaktowac z jej rodzicami i zastanowic sie jak rozwiazac temat.
Jesli Ty bedziesz chetny na terapie, zmiane pracy na mniej stresujaca to sie dogadaja - mlodzi jestescie i jeszcze uczycie sie zyc razem.
To by mogło zadziałać jakby oni mieli po 15 lat, a nie ponad 30 każde.
Ja bym się dziwnie czuła jakby matka mojego faceta dzwoniła do moich rodzicow, żeby moi rodzice wyjaśnili mi, że mój partner uderzył mnie, bo ma nerwicę i nie wytrzymał.
Rodzinę to może zaangażować swoją do pomocy sobie. Rodzinę partnerki trzeba zostawić w spokoju.
Zatrzymałem się u znajomej osoby, to przystanek na chwilę, załatwiam inne miejsce. Jeszcze mi się przypomniało, że miałem okres gdzie byłem maniakiem czystości. Wszystko musiało być na błysk, żebym mógł spokojnie żyć. Wszystko miało swoje miejsce. Potem to jakoś samo minęło. W rodzinie mam przypadek osoby ze zdiagnozowną schizofrenią, jest możliwe, że i u mnie może się to rozwinąć? Bo że mój mózg nie działa tak, jak u zdrowych ludzi, to czuje sam..
Zatrzymałem się u znajomej osoby, to przystanek na chwilę, załatwiam inne miejsce. Jeszcze mi się przypomniało, że miałem okres gdzie byłem maniakiem czystości. Wszystko musiało być na błysk, żebym mógł spokojnie żyć. Wszystko miało swoje miejsce. Potem to jakoś samo minęło. W rodzinie mam przypadek osoby ze zdiagnozowną schizofrenią, jest możliwe, że i u mnie może się to rozwinąć? Bo że mój mózg nie działa tak, jak u zdrowych ludzi, to czuje sam..
No i wtedy minęło, a teraz wróciło.
Jasne, że może się to rozwinąć bardziej. Dlatego musisz iśc do psychiatry.
No nie, rodzin nie ma co mieszać w swój związek, spokojnie, autor jest dorosły, jest w stanie sam pójść do psychiatry.
A swoim rodzicom powiedzieć może, choć też mu nie pomogą, sam musi chcieć sobie pomóc.
Wspolczuje rodzicow.
Gdybym ja swoim powiedzial to bysmy obiema rodzinami jeszcze w te swietna przy tym samym stole siedzieli.
Zalatwianie takich spraw samemu jest jak bronienie sie w sadzie bez adwokata.
Niezaleznie jak dobrze znasz prawo i jak silne masz argumenty - jestes widziana jako winny, ktory sie tlumaczy.
Rodzice operuja na zupelnie innych dynamikach - przede wszystkim ktos za Ciebie reczy - ktos kto nie ma nadszarpanej reputacji sytuacja, ktora sie wlasnie wydarzyla.
Sam jako rodzic wolalbym aby partner mojej corki przyszedl do swoich rodzicow a Ci do mnie zareczajac za niego i biorac odpowiedzialnosc na siebie za brak powtorki z rozrywki niz gdybym sie dowiedzial, ze gosc ktory uderzyl moja corke poszedl ja przepraszac z kwiatami.
Zatrzymałem się u znajomej osoby, to przystanek na chwilę, załatwiam inne miejsce. Jeszcze mi się przypomniało, że miałem okres gdzie byłem maniakiem czystości. Wszystko musiało być na błysk, żebym mógł spokojnie żyć. Wszystko miało swoje miejsce. Potem to jakoś samo minęło. W rodzinie mam przypadek osoby ze zdiagnozowną schizofrenią, jest możliwe, że i u mnie może się to rozwinąć? Bo że mój mózg nie działa tak, jak u zdrowych ludzi, to czuje sam..
Wszystko jest możliwe, póki co zrobiłeś błąd nie lecząc nerwicy natręctw, do niej zalicza się też mania czystości.
A co tam się jeszcze u Ciebie rozwija i rozwinie, nie wiadomo.
Dlatego tylko psychiatra może Ci pomóc.,
Sam wiesz, że to co opisujesz,to tak oczywiste objawy, ze nie wiem, na co liczysz, opowiadając o tym na forum, a nie szukając pomocy specjalisty. Pewnie dziewczyna nie miała o niczym pojęcia,a to ona przede wszystkim zasługuje na szczerość. Zresztą po tym wszystkim pewnie się domyśliła. lepiej, żebyś dał jej spokój i zajął się tym, co zaniedbałeś.
wieka napisał/a:No nie, rodzin nie ma co mieszać w swój związek, spokojnie, autor jest dorosły, jest w stanie sam pójść do psychiatry.
A swoim rodzicom powiedzieć może, choć też mu nie pomogą, sam musi chcieć sobie pomóc.Wspolczuje rodzicow.
Gdybym ja swoim powiedzial to bysmy obiema rodzinami jeszcze w te swietna przy tym samym stole siedzieli.Zalatwianie takich spraw samemu jest jak bronienie sie w sadzie bez adwokata.
Niezaleznie jak dobrze znasz prawo i jak silne masz argumenty - jestes widziana jako winny, ktory sie tlumaczy.Rodzice operuja na zupelnie innych dynamikach - przede wszystkim ktos za Ciebie reczy - ktos kto nie ma nadszarpanej reputacji sytuacja, ktora sie wlasnie wydarzyla.
Sam jako rodzic wolalbym aby partner mojej corki przyszedl do swoich rodzicow a Ci do mnie zareczajac za niego i biorac odpowiedzialnosc na siebie za brak powtorki z rozrywki niz gdybym sie dowiedzial, ze gosc ktory uderzyl moja corke poszedl ja przepraszac z kwiatami.
Serio? A ja, jako kobieta, uznałabym, że facet jest wyjątkowo bezczelny, ośmielając się wykorzystywać moich rodziców do wpłynięcia na mnie. Nie dość, że uderzył, to teraz próbuje wymusić na mnie pożądaną reakcję, szukając osób, które miałyby sprawić wrażenie, że ma jakieś poparcie. Koszmar. Całe szczęście, że mam tę pewność, że rozmowa z moimi rodzicami skończyłaby się w momencie: "on uderzył, bo..." i nie byłoby żadnych szans na wyjaśnienia.
Nie wiem facet, co można Ci powiedzieć, ale nawet jak się wstydziłeś pójść do psychiatry, to rozumiem, że bierzesz odpowiedzialność za swoje życie? Jest XXI wiek, dostęp do lekarza nie jest utrudniony, a ty w zaciszu domowy lejesz swoją kobietę, nie leczysz się i pijesz. Czy Ty widzisz jak wygląda Twoje życie? Tutaj nie ma przerzucania odpowiedzialności za siebie na innych, jesteś dorosły i tylko Ty sam możesz albo z tego wyskoczyć, albo upaść jeszcze dalej. Przy tak rozwijającej się paranoi zaraz będzie depresja, później brak snu, alko i będziesz próbował sobie odebrać życie. Niestety tak się kończy przy braku leczenia. Idź po pomoc do psychiatry, leki bardzo szybko przyniosą Ci ulgę i zatrzymają procesy, które bez leczenia będą się tylko rozwijać. Musisz też pójść na terapię. Przykro mi, że związek się rozpadł, ale może to ostatni dzwonek dla Ciebie, bicie drugiego człowieka jest czymś absolutnie strasznym i nie wiem jak po czymś takim kobieta mogłaby z Tobą zostać.
Ja chyba nigdy nie chciałem do siebie dopuścić, że coś poważniejszego mogę mieć z psychiką. Nerwicy natrectw nie leczyłem, czemu? Jakoś nie myślałam o leczeniu tego, bagatelizowałem to, bo co złego w tym, że się dba o czystość (prawie pedantycznie) i często myje ręce? Z mycia obsesyjnego rąk wyleczyły mnie skutecznie problemy skórne, z którymi bujałem się masę czasu.
Czemu partnerce nigdy nie powiedziałem, że miałem nerwice natrectw i że - to jest ważniejsze, bo natrectwa to pikuś przy tym, że wydaje mi się, że jestem śledzony i słyszę coś w mieszkaniu, w którym żywej duszy nie ma - teraz dzieje się ze mną to, co się dzieje i czego podlewanie % z pewnością nie zmieniło na lepsze? Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. Pomyśl zresztą sama: jakbys usłyszała od swojego faceta, że ma to, co ja mam i co opisałem na starcie, co bys zrobiła i pomyślała? Normalny człowiek? Cóż, raczej nie... Wariat albo ktoś z zadatkami na wariata? Tak. Chciałabyś być w związku z kimś, kto jest niestabilny psychicznie? Czy raczej grzecznie byś podziękowała za współpracę i poszukała zdrowej na umyśle osoby?
Po tym, co się stało, wiem, że powinienem postąpić inaczej i powiedzieć całą prawdę, może by mi pomogła, może nie i poszukać wcześniej pomocy u specjalisty. Żałuje jak ch**, że robiłem dobrą minę do złej gry. Co mogę teraz zrobić? Pójść do psychiatry - tego nikt nie musi mi więcej powtarzać, bo sam to wiem, że bez solidnej diagnozy i leczenia nie skończę najlepiej. Ale w sprawie naszego związku da się cokolwiek posklejać?
15 2022-12-18 11:43:02 Ostatnio edytowany przez wieka (2022-12-18 11:50:33)
To mogłeś chociaż powiedzieć rodzicom o swoim problemie, zmotywowali by Cię do leczenia.
Partnerki raczej nie odzyskasz, jak dowie się, że oszukiwałeś ją cały czas, ten problem na razie zostaw, a najpierw dowiedz się co Ci dolega i zacznij się leczyć.
Wtedy będziesz wiedział czy nie lepiej bedzie dać jej spokój.
Nie wykluczone, że u Ciebie rozwija się schizofrenia paranoidalna, tym bardziej pierwsze kroki kieruj do psychiatry.
Nie myśl teraz o związku tylko o leczeniu.
Miałeś przypadki w rodzinie?
https://www.medicover.pl/zdrowie/psychi … izofrenia/
Ja chyba nigdy nie chciałem do siebie dopuścić, że coś poważniejszego mogę mieć z psychiką. Nerwicy natrectw nie leczyłem, czemu? Jakoś nie myślałam o leczeniu tego, bagatelizowałem to, bo co złego w tym, że się dba o czystość (prawie pedantycznie) i często myje ręce? Z mycia obsesyjnego rąk wyleczyły mnie skutecznie problemy skórne, z którymi bujałem się masę czasu.
Czemu partnerce nigdy nie powiedziałem, że miałem nerwice natrectw i że - to jest ważniejsze, bo natrectwa to pikuś przy tym, że wydaje mi się, że jestem śledzony i słyszę coś w mieszkaniu, w którym żywej duszy nie ma - teraz dzieje się ze mną to, co się dzieje i czego podlewanie % z pewnością nie zmieniło na lepsze? Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. Pomyśl zresztą sama: jakbys usłyszała od swojego faceta, że ma to, co ja mam i co opisałem na starcie, co bys zrobiła i pomyślała? Normalny człowiek? Cóż, raczej nie... Wariat albo ktoś z zadatkami na wariata? Tak. Chciałabyś być w związku z kimś, kto jest niestabilny psychicznie? Czy raczej grzecznie byś podziękowała za współpracę i poszukała zdrowej na umyśle osoby?
Po tym, co się stało, wiem, że powinienem postąpić inaczej i powiedzieć całą prawdę, może by mi pomogła, może nie i poszukać wcześniej pomocy u specjalisty. Żałuje jak ch**, że robiłem dobrą minę do złej gry. Co mogę teraz zrobić? Pójść do psychiatry - tego nikt nie musi mi więcej powtarzać, bo sam to wiem, że bez solidnej diagnozy i leczenia nie skończę najlepiej. Ale w sprawie naszego związku da się cokolwiek posklejać?
Możesz tu pisać wiele rzeczy, co nie zmienia faktu, że na tę chwilę do związku się nie nadajesz, masz masę problemów i nie podjąłeś leczenia. Dziewczyna postąpiła prawidłowo, wystawiając Ci walizki za drzwi. Ma prawo do ochrony siebie, ucieczki od przemocy i zapewnienia sobie poczucia bezpieczeństwa. Jak widzisz ona wzięła odpowiedzialność za swoje życie i nietrafione wybory. Co Ty zrobisz ze swoim życiem, zależy od Ciebie.
Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć. Pomyśl zresztą sama: jakbys usłyszała od swojego faceta, że ma to, co ja mam i co opisałem na starcie, co bys zrobiła i pomyślała? Normalny człowiek? Cóż, raczej nie... Wariat albo ktoś z zadatkami na wariata? Tak. Chciałabyś być w związku z kimś, kto jest niestabilny psychicznie? Czy raczej grzecznie byś podziękowała za współpracę i poszukała zdrowej na umyśle osoby?
Po tym, co się stało, wiem, że powinienem postąpić inaczej i powiedzieć całą prawdę, może by mi pomogła, może nie i poszukać wcześniej pomocy u specjalisty. Żałuje jak ch**, że robiłem dobrą minę do złej gry. Co mogę teraz zrobić? Pójść do psychiatry - tego nikt nie musi mi więcej powtarzać, bo sam to wiem, że bez solidnej diagnozy i leczenia nie skończę najlepiej. Ale w sprawie naszego związku da się cokolwiek posklejać?
Teraz to powinieneś dać jej po prostu spokój. Nie nadajesz się w tym momencie do bycia z kimś. I dopóki się nie przeleczysz, to się nadawał nie będziesz.
Więc zajmij się leczeniem, bo to samo nie zniknie. Albo znowu zniknie na chwilę i wróci mocniejsze.
wstydzisz się pójść do lekarza, ale nie wstydzisz się bić kobiety?
Przecież Ty masz objawy schizofrenii (omamy) - pędem do psychiatry!
Dziewczynie daj an razie spokój - dobrze zrobiła że się Ciebie pozbyła, przemoc, choćby i jednorazowa, jest niedopuszczalna. Zajmij się sobą i swoim zdrowiem a być może jeszcze kiedyś zbudujesz związek na zdrowych zasadach.
Do psychiatry na cito. Objawy wyglądają na schizofrenie, można z tym żyć na lekach.
wstydzisz się pójść do lekarza, ale nie wstydzisz się bić kobiety?
Co Ty piszesz? Napisałem gdzieś, że nie wstydzę się tego, co jej zrobiłem?
Do psychiatry już się dzisiaj z samego rana zapisałem. Powinienem dobre kilka miesięcy temu, ale - niestety - cofnąć czasu nie potrafię.
I nie chodzi o wstyd przed psychiatrą, a o to, że za nic nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że to może być choroba psychiczna.
I nie chodzi o wstyd przed psychiatrą, a o to, że za nic nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że to może być choroba psychiczna.
Taki odruch bywa bardzo często częścią choroby lub zaburzenia to znaczy taki konflikt,wypieranie i wewnętrzne zaprzeczanie.
Dobrze zrobiłeś zapisując się do psychiatry,idź za ciosem niczego nie ukrywaj tych epizodów z alkoholem też nie zatajaj to bardzo ważna sprawa jeżeli chodzi o dobór lekarstw i być może formy psychoterapii.
Przecież Ty masz objawy schizofrenii (omamy) - pędem do psychiatry!
Dziewczynie daj an razie spokój - dobrze zrobiła że się Ciebie pozbyła, przemoc, choćby i jednorazowa, jest niedopuszczalna. Zajmij się sobą i swoim zdrowiem a być może jeszcze kiedyś zbudujesz związek na zdrowych zasadach.
OMG, Ty to wiesz jak kogoś w problematycznej sytuacji zmobilizować do skutecznego wysiłku. Nie wiem czy śmiać się czy płakać... chociaż nic śmiesznego w tym w sumie nie ma. Podstawowa zasada brzmi że jeśli od razu odbierzesz komuś nadzieję na odzyskanie tego na czym mu najbardziej zależy, to automatycznie jego motywacja spadnie do zera. To tak jakbyś miała sytuację, w której gość zrobił napad na bank bo potrzebuje pilnie 4 baniek na ratowanie życia swojemu dziecku, ale wywiązuje się strzelanina, podczas której ginie strażnik. Śledczy informują gościa że zostanie skazany na śmierć i jednocześnie żądają żeby wskazał miejsce ukrycia kasy. Jak sądzisz, co ten gość zrobi? Bo dla mnie jest oczywiste że każe im się pocałować w dupę (a jeśli na pytanie "co na tym zyska" odpowiedzą mu że "czyste sumienie w momencie śmierci", to ON zabije ICH śmiechem. ALE... sytuacja ulegnie zmianie jeśli zaoferują mu w zamian za zdradzenie miejsca ukrycia łupu darowanie życia lub (co będzie jeszcze skuteczniejsze) że jego dzieciak zostanie wciągnięty na program finansujący to leczenie.
Zaczynam rozumieć czemu ludzie na tutejsze rady reagują wściekłością, a nie konstruktywnym ich przyjęciem...
25 2022-12-19 17:52:32 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-12-19 17:53:21)
I jeszcze jedno (to do Sary i kilku innych): wyjaśnię jaki sens ma wciągnięcie w to rodziny tej drugiej strony. Otóż może mieć dwojaki sens, w zależności od sytuacji. Sens pierwszy: przywracanie do pionu tej osoby w związku, która odwala jakąś manianę; na przykłada moja była żona nie miała w domu wzorców ani małżeńskiego kompromisu ani prawdziwego dbania o zgodę; niestety, dodatkowo w momencie ostatniego kryzysu wszyscy z jej rodziny, którzy mogliby ją nieco naprostować, już nie żyli (a póki żyli, to dawało jej się przemówić jakoś do rozumu; po prostu miała tak kłótliwy charakter że widać było że potrzebuje rozjemcy z autorytetem żeby zaakceptować jego wyrok). Kilka miesięcy po rozwodzie jej kuzyn (i jednocześnie mój kumpel) powiedział mi że "ona się zachowuje jakby do niej dopiero dotarło co zrobiła"; może gdyby był żywy jeszcze ktoś z jej rodziców i przemówił do niej, to nie spaliłaby wszystkich mostów...
A teraz drugi sens takich kontaktów między rodzinami (ten drugi sens ma miejsce w tym wypadku): rodzina tego kto narozrabiał takim kontaktem daje do zrozumienia że bardzo poważnie podchodzi do tego że ich (w tym wypadku) syn napieprzył, że zdają sobie sprawę z jego przewinienia i chcą pomóc znaleźć rozwiązanie, które mogłoby ocalić to co między tym synem i jego partnerką było; w jakimś też stopniu przez taką "akcję" biorą na siebie odpowiedzialność za to że ich syn naprawi to co napieprzył i za to że dołoży wszelkich starań by się to nie powtórzyło (czyli przyjmują częściowo na siebie rolę strażników i gwarantów jego poprawy w zamian za danie mu drugiej szansy).
26 2022-12-19 19:02:24 Ostatnio edytowany przez twojeslowo (2022-12-19 19:03:50)
I jeszcze jedno (to do Sary i kilku innych): wyjaśnię jaki sens ma wciągnięcie w to rodziny tej drugiej strony. Otóż może mieć dwojaki sens, w zależności od sytuacji. Sens pierwszy: przywracanie do pionu tej osoby w związku, która odwala jakąś manianę; na przykłada moja była żona nie miała w domu wzorców ani małżeńskiego kompromisu ani prawdziwego dbania o zgodę; niestety, dodatkowo w momencie ostatniego kryzysu wszyscy z jej rodziny, którzy mogliby ją nieco naprostować, już nie żyli (a póki żyli, to dawało jej się przemówić jakoś do rozumu; po prostu miała tak kłótliwy charakter że widać było że potrzebuje rozjemcy z autorytetem żeby zaakceptować jego wyrok). Kilka miesięcy po rozwodzie jej kuzyn (i jednocześnie mój kumpel) powiedział mi że "ona się zachowuje jakby do niej dopiero dotarło co zrobiła"; może gdyby był żywy jeszcze ktoś z jej rodziców i przemówił do niej, to nie spaliłaby wszystkich mostów...
A teraz drugi sens takich kontaktów między rodzinami (ten drugi sens ma miejsce w tym wypadku): rodzina tego kto narozrabiał takim kontaktem daje do zrozumienia że bardzo poważnie podchodzi do tego że ich (w tym wypadku) syn napieprzył, że zdają sobie sprawę z jego przewinienia i chcą pomóc znaleźć rozwiązanie, które mogłoby ocalić to co między tym synem i jego partnerką było; w jakimś też stopniu przez taką "akcję" biorą na siebie odpowiedzialność za to że ich syn naprawi to co napieprzył i za to że dołoży wszelkich starań by się to nie powtórzyło (czyli przyjmują częściowo na siebie rolę strażników i gwarantów jego poprawy w zamian za danie mu drugiej szansy).
Pierdoły gadasz z tą rodziną, dziecinada, rola strażników? Facet dorośnij, mleko już odstawione
. Masz tu dorosłego chłopa po 30, który sam się utrzymuje, ma partnerkę, żyje z nią, uprawia seks, ale pomimo rozwoju choroby, latami nie idzie do lekarza, pije, ukrywa swoje problemy przed partnerką i w końcu aby sobie ulżyć w cierpieniu, bije swoją kobietę. Zgodnie z Twoim rozumowaniem, rodzice mają teraz wziąć za to odpowiedzialność, tak? Moim zdaniem, jest to ostatni dzwonek dla tego pana, aby coś ze sobą zrobić i wyjść na prostą. Choroba czy zaburzenie psychiczne to nie wyrok. Poza tym, połowa naszego społeczeństwa niedługo będzie korzystać z terapii, bo chce poprawić sobie jakość własnego życia.
27 2022-12-19 19:26:13 Ostatnio edytowany przez JohnyBravo777 (2022-12-19 19:27:40)
Brak siegania po pomoc kazdego kto moze pomoc to cecha biednych, ktorzy unosza sie duma i arogancja.
Za zycie odpowiedzialni jestesmy my sami.
Jesli komus w tej odpowiedzialnosci duma nie pozwala poprosic rodzicow o pomoc to sam musi dorosnac bo w ten sposob zachowuja sie dzieci - to im sie wydaje, ze sa juz dorosle i same by sobie z wszystkim poradzily.
Powazny czlowiek to czlowiek ktory nabral pokory i szuka pomocy gdzie sie da bo do problemow podchodzi powaznie a nie ambicjonalnie.
Autorze, do psychiatry jak najbardziej, ale warto tez do lekarza rodzinnego pojśc sie przebadac, czasem takie objawy sa wynikiem chorob ogolnych, albo neurologicznych.
Nowe_otwarcie napisał/a:I jeszcze jedno (to do Sary i kilku innych): wyjaśnię jaki sens ma wciągnięcie w to rodziny tej drugiej strony. Otóż może mieć dwojaki sens, w zależności od sytuacji. Sens pierwszy: przywracanie do pionu tej osoby w związku, która odwala jakąś manianę; na przykłada moja była żona nie miała w domu wzorców ani małżeńskiego kompromisu ani prawdziwego dbania o zgodę; niestety, dodatkowo w momencie ostatniego kryzysu wszyscy z jej rodziny, którzy mogliby ją nieco naprostować, już nie żyli (a póki żyli, to dawało jej się przemówić jakoś do rozumu; po prostu miała tak kłótliwy charakter że widać było że potrzebuje rozjemcy z autorytetem żeby zaakceptować jego wyrok). Kilka miesięcy po rozwodzie jej kuzyn (i jednocześnie mój kumpel) powiedział mi że "ona się zachowuje jakby do niej dopiero dotarło co zrobiła"; może gdyby był żywy jeszcze ktoś z jej rodziców i przemówił do niej, to nie spaliłaby wszystkich mostów...
A teraz drugi sens takich kontaktów między rodzinami (ten drugi sens ma miejsce w tym wypadku): rodzina tego kto narozrabiał takim kontaktem daje do zrozumienia że bardzo poważnie podchodzi do tego że ich (w tym wypadku) syn napieprzył, że zdają sobie sprawę z jego przewinienia i chcą pomóc znaleźć rozwiązanie, które mogłoby ocalić to co między tym synem i jego partnerką było; w jakimś też stopniu przez taką "akcję" biorą na siebie odpowiedzialność za to że ich syn naprawi to co napieprzył i za to że dołoży wszelkich starań by się to nie powtórzyło (czyli przyjmują częściowo na siebie rolę strażników i gwarantów jego poprawy w zamian za danie mu drugiej szansy).
Pierdoły gadasz z tą rodziną, dziecinada, rola strażników? Facet dorośnij, mleko już odstawione
. Masz tu dorosłego chłopa po 30, który sam się utrzymuje, ma partnerkę, żyje z nią, uprawia seks, ale pomimo rozwoju choroby, latami nie idzie do lekarza, pije, ukrywa swoje problemy przed partnerką i w końcu aby sobie ulżyć w cierpieniu, bije swoją kobietę. Zgodnie z Twoim rozumowaniem, rodzice mają teraz wziąć za to odpowiedzialność, tak? Moim zdaniem, jest to ostatni dzwonek dla tego pana, aby coś ze sobą zrobić i wyjść na prostą. Choroba czy zaburzenie psychiczne to nie wyrok. Poza tym, połowa naszego społeczeństwa niedługo będzie korzystać z terapii, bo chce poprawić sobie jakość własnego życia.
Jest facet, który powinien podjąć leczenie, ale tak samo jak inni potrzebuje bliskiej osoby; czasami nawet bardziej niż inni. I zwłaszcza w tak trudnej sytuacji potrzebuje pomocy, a nie wypięcia się na niego dupą. To co się stało nie może się powtórzyć; ale on zwłaszcza teraz potrzebuje celu na którym mu zależy, takiej kotwicy, bo inaczej będzie po nim.
Jego rodzice, jeśli już chcą jej coś tłumaczyć, to są po to by ją zapewnić że ona nie jest z tą kwestią sama, że ktoś dołoży starań by to się nie powtórzyło. Zwłaszcza że w jego sytuacji utrata kobiety (na której ostatecznie jednak mu w znacznym stopniu zależy, na tyle że wbrew oporom podjął decyzję o leczeniu, co już samo w sobie świadczy o tym że w końcu dostrzegł powagę sytuacji) z dużym prawdopodobieństwem pociągnie go na dno.
Poza tym ... można w sumie zrozumieć czemu ludzie stronią od psychiatry. OK, w jego wypadku akurat sprawa jest dość klarowna, ale ludzie są gotowi stygmatyzować nawet osoby którym zdarza się przejść depresję (która nawet według oficjalnej wykładni NIE JEST CHOROBĄ PSYCHICZNĄ, a jedynie zaburzeniem nastroju), więc co dopiero przy faktycznej chorobie psychicznej. A oznajmianie tego partnerowi/partnerce w dzisiejszych czasach wychodzi wręcz na wystawianie się na strzał, nie dziwię się że ludzie opornie podchodzą do dzielenia się tą informacją nawet z bliską osobą.
30 2022-12-19 21:59:29 Ostatnio edytowany przez twojeslowo (2022-12-19 21:59:57)
Jest facet, który powinien podjąć leczenie, ale tak samo jak inni potrzebuje bliskiej osoby; czasami nawet bardziej niż inni. I zwłaszcza w tak trudnej sytuacji potrzebuje pomocy, a nie wypięcia się na niego dupą. To co się stało nie może się powtórzyć; ale on zwłaszcza teraz potrzebuje celu na którym mu zależy, takiej kotwicy, bo inaczej będzie po nim.
Jego rodzice, jeśli już chcą jej coś tłumaczyć, to są po to by ją zapewnić że ona nie jest z tą kwestią sama, że ktoś dołoży starań by to się nie powtórzyło. Zwłaszcza że w jego sytuacji utrata kobiety (na której ostatecznie jednak mu w znacznym stopniu zależy, na tyle że wbrew oporom podjął decyzję o leczeniu, co już samo w sobie świadczy o tym że w końcu dostrzegł powagę sytuacji) z dużym prawdopodobieństwem pociągnie go na dno.Poza tym ... można w sumie zrozumieć czemu ludzie stronią od psychiatry. OK, w jego wypadku akurat sprawa jest dość klarowna, ale ludzie są gotowi stygmatyzować nawet osoby którym zdarza się przejść depresję (która nawet według oficjalnej wykładni NIE JEST CHOROBĄ PSYCHICZNĄ, a jedynie zaburzeniem nastroju), więc co dopiero przy faktycznej chorobie psychicznej. A oznajmianie tego partnerowi/partnerce w dzisiejszych czasach wychodzi wręcz na wystawianie się na strzał, nie dziwię się że ludzie opornie podchodzą do dzielenia się tą informacją nawet z bliską osobą.
Życie to nie zabawa, i jeśli się nabroiło, nie ukryjesz się za maminą spódnicą. Poza tym, nie zbudujesz silnej i głębokiej relacji, jeśli nie jesteś w niej autentyczny i coś ukrywasz. Autor przez 2 lata ukrywał prawdę o sobie i o tym, co się z nim dzieje. Poza tym, wątek o pomocy rodziny jest tematem pobocznym, wymyślonym przez forumowiczów. Autor nic takiego nie napisał.
31 2022-12-19 23:42:43 Ostatnio edytowany przez JohnyBravo777 (2022-12-19 23:58:05)
Zwłaszcza że w jego sytuacji utrata kobiety ... z dużym prawdopodobieństwem pociągnie go na dno.
Dobrze napisane.
Autor szuka pomocy w odzyskaniu zaufania swojej partnerki a nie moralizowania.
Stad watek o zaangazowaniu rodzicow - bo to jest cos co moze pomoc - w przeciwienstwie do rad typu "idz do psychiatry i zostaw kobiete w spokoju bo nabroiles".
Bycie odpowiedzialnym za wlasne zycie oznacza angazowanie i wykorzystywanie calej pomocy jaka jest mozliwa.
Poglad, ze trzeba rozwiazywac problemy samemu bo angazowanie innych to "chowanie sie za ich spodnica" jest absurdalny.
Powodzenia w zyciu z takim pogladem - swiat Cie zdmuchnie zanim sie wykazesz swoja niezaleznoscia.
Angazowanie rodziny i przyjaciol w swoje problemy jest podstawa budowania wiezi.
Dzieki temu oni maja wiecej odwagi przychodzic w potrzebie do nas.
Wiez miedzyludzka powstaje gdy ludzie wiedza, ze w trudnych czasach moga liczyc na siebie wzajemnie.
I jeszcze jedno (to do Sary i kilku innych): wyjaśnię jaki sens ma wciągnięcie w to rodziny tej drugiej strony. Otóż może mieć dwojaki sens, w zależności od sytuacji. Sens pierwszy: przywracanie do pionu tej osoby w związku, która odwala jakąś manianę; na przykłada moja była żona nie miała w domu wzorców ani małżeńskiego kompromisu ani prawdziwego dbania o zgodę; niestety, dodatkowo w momencie ostatniego kryzysu wszyscy z jej rodziny, którzy mogliby ją nieco naprostować, już nie żyli (a póki żyli, to dawało jej się przemówić jakoś do rozumu; po prostu miała tak kłótliwy charakter że widać było że potrzebuje rozjemcy z autorytetem żeby zaakceptować jego wyrok). Kilka miesięcy po rozwodzie jej kuzyn (i jednocześnie mój kumpel) powiedział mi że "ona się zachowuje jakby do niej dopiero dotarło co zrobiła"; może gdyby był żywy jeszcze ktoś z jej rodziców i przemówił do niej, to nie spaliłaby wszystkich mostów...
A teraz drugi sens takich kontaktów między rodzinami (ten drugi sens ma miejsce w tym wypadku): rodzina tego kto narozrabiał takim kontaktem daje do zrozumienia że bardzo poważnie podchodzi do tego że ich (w tym wypadku) syn napieprzył, że zdają sobie sprawę z jego przewinienia i chcą pomóc znaleźć rozwiązanie, które mogłoby ocalić to co między tym synem i jego partnerką było; w jakimś też stopniu przez taką "akcję" biorą na siebie odpowiedzialność za to że ich syn naprawi to co napieprzył i za to że dołoży wszelkich starań by się to nie powtórzyło (czyli przyjmują częściowo na siebie rolę strażników i gwarantów jego poprawy w zamian za danie mu drugiej szansy).
Żartujesz sobie? On ją uderzył. U d e r z y ł. A Twoje powody zawracania tyłka jej rodzicom to:
- jego dobro
- przetrwanie ich związku.
Naprawdę to powinno ich do czegokolwiek motywować? To powinny być sprawy, na którym im powinno zależeć?
Jeeezu, nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice mieli w takiej sytuacji robić cokolwiek dla dobra mojego eks albo - tym bardziej - żebyśmy do siebie wrócili. I wierzę, że każdemu, kto próbowałby ich do tego przekonać - niezależnie, czy rodzicom, czy jemu we własnej osobie - w krótkich słowach zażądaliby zaprzestania jakichkolwiek kontaktów. Ewentualnie cmoknięcia się w cztery litery.
Nowe_otwarcie napisał/a:I jeszcze jedno (to do Sary i kilku innych): wyjaśnię jaki sens ma wciągnięcie w to rodziny tej drugiej strony. Otóż może mieć dwojaki sens, w zależności od sytuacji. Sens pierwszy: przywracanie do pionu tej osoby w związku, która odwala jakąś manianę; na przykłada moja była żona nie miała w domu wzorców ani małżeńskiego kompromisu ani prawdziwego dbania o zgodę; niestety, dodatkowo w momencie ostatniego kryzysu wszyscy z jej rodziny, którzy mogliby ją nieco naprostować, już nie żyli (a póki żyli, to dawało jej się przemówić jakoś do rozumu; po prostu miała tak kłótliwy charakter że widać było że potrzebuje rozjemcy z autorytetem żeby zaakceptować jego wyrok). Kilka miesięcy po rozwodzie jej kuzyn (i jednocześnie mój kumpel) powiedział mi że "ona się zachowuje jakby do niej dopiero dotarło co zrobiła"; może gdyby był żywy jeszcze ktoś z jej rodziców i przemówił do niej, to nie spaliłaby wszystkich mostów...
A teraz drugi sens takich kontaktów między rodzinami (ten drugi sens ma miejsce w tym wypadku): rodzina tego kto narozrabiał takim kontaktem daje do zrozumienia że bardzo poważnie podchodzi do tego że ich (w tym wypadku) syn napieprzył, że zdają sobie sprawę z jego przewinienia i chcą pomóc znaleźć rozwiązanie, które mogłoby ocalić to co między tym synem i jego partnerką było; w jakimś też stopniu przez taką "akcję" biorą na siebie odpowiedzialność za to że ich syn naprawi to co napieprzył i za to że dołoży wszelkich starań by się to nie powtórzyło (czyli przyjmują częściowo na siebie rolę strażników i gwarantów jego poprawy w zamian za danie mu drugiej szansy).
Żartujesz sobie? On ją uderzył. U d e r z y ł. A Twoje powody zawracania tyłka jej rodzicom to:
- jego dobro
- przetrwanie ich związku.
Naprawdę to powinno ich do czegokolwiek motywować? To powinny być sprawy, na którym im powinno zależeć?
Jeeezu, nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice mieli w takiej sytuacji robić cokolwiek dla dobra mojego eks albo - tym bardziej - żebyśmy do siebie wrócili. I wierzę, że każdemu, kto próbowałby ich do tego przekonać - niezależnie, czy rodzicom, czy jemu we własnej osobie - w krótkich słowach zażądaliby zaprzestania jakichkolwiek kontaktów. Ewentualnie cmoknięcia się w cztery litery.
Tak, już wcześniej jasno dałaś do zrozumienia że nikogo nie słuchasz i do niczyich rad się nie stosujesz; treść Twoich postów. Czy ukształtowało Cię to we właściwy sposób? Ta sama treść Twoich postów nie daje co do tego pewności... chociaż z drugiej strony, na podstawie opisu Twoich rodziców, nie można być też pewnym że mieli oni jakiekolwiek kompetencje do wpojenia Ci jakichś przydatnych wartości życiowych; istotnie, zestawiając to wszystko chyba niedaleko padło jabłko od jabłoni...
Tak, uderzył ją. To absolutnie nie jest rzecz, którą można bagatelizować. Jednak jestem daleki od fanatyczno-fundamentalistycznego podejścia jakie prezentujesz. Już swego czasu pisałem że:
https://www.youtube.com/watch?v=r7jQvyN572U
I piszę to mimo tego że sam doświadczałem przemocy od mojej byłej. I tak: też uderzyłem ją w rękę... odruchowo, zaraz po tym jak ona w furii, żeby sprawić mi ból, docisnęła mi do ręki szklankę ze świeżo zaparzoną herbatą. Co, mnie też potępisz?
34 2022-12-20 00:48:46 Ostatnio edytowany przez JohnyBravo777 (2022-12-20 00:52:14)
Żartujesz sobie? On ją uderzył. U d e r z y ł.
Byli tutaj tacy co nad ranem po imprezie z kolegami wracali napruci do domu i na pretensje kobiety (zajmujacej sie w tym czasie dzieckiem) odpowiadali poturbowaniem jej.
Pozniej przychodzili tutaj i pisali jakimi sa idiotami, jak "spierdolili" itp. a mimo wszystko widac bylo sztucznosc i plytkosc ich zalu - ze zalowali, ze ich kobieta z domu wyrzucila a niekoniecznie rozumieli swoje problemy.
I uwazam, ze to sa wlasnie te przypadki osob, ktorym partner wybacza i przemoc fizyczna staje sie norma.
Tutaj mamy mlodego, dobrego chlopaka, informatyka, introwertyka, ktory nabawil sie zaburzen psychicznych, ktory staral sie jak mogl (sam) poradzic sobie ze swoimi problemami, nerwica, przewleklym stresem.
Chlopak nie uwaza sie za lepszego niz jest, jest i byl w pelni swiadom swoich problemow, chcial dobrze, myslal, ze uda mu sie samemu przezwyciezyc problemy psychiczne, ktorych sie nabawil, wykonywal w tym kierunku kroki, probowal byc dobrym i odpowiedzialnym czlowiekiem.
Teraz potrzebuje pomocy wszystkich, ktorzy moga mu pomoc - jego rodzicow i partnerki, musi znalezc zrodlo stresu - zmienic prace jesli to ona go generuje i dochodzic do siebie z pomoca terapii.
Nie dziwie sie, ze niektorzy patrza na oba przypadki tak samo i wszystko maluja czarno-bialo bo sami maja stresujace zycie.
Ale zachecam do troche mniej radykalnego spojrzenia i dojrzenie szczegolow bo to od nich zalezy koncowy efekt.
Tak, już wcześniej jasno dałaś do zrozumienia że nikogo nie słuchasz i do niczyich rad się nie stosujesz; treść Twoich postów. Czy ukształtowało Cię to we właściwy sposób? Ta sama treść Twoich postów nie daje co do tego pewności... chociaż z drugiej strony, na podstawie opisu Twoich rodziców, nie można być też pewnym że mieli oni jakiekolwiek kompetencje do wpojenia Ci jakichś przydatnych wartości życiowych; istotnie, zestawiając to wszystko chyba niedaleko padło jabłko od jabłoni...
Tak, uderzył ją. To absolutnie nie jest rzecz, którą można bagatelizować. Jednak jestem daleki od fanatyczno-fundamentalistycznego podejścia jakie prezentujesz. Już swego czasu pisałem że:
https://www.youtube.com/watch?v=r7jQvyN572UI piszę to mimo tego że sam doświadczałem przemocy od mojej byłej. I tak: też uderzyłem ją w rękę... odruchowo, zaraz po tym jak ona w furii, żeby sprawić mi ból, docisnęła mi do ręki szklankę ze świeżo zaparzoną herbatą. Co, mnie też potępisz?
Słucham rad, jeśli o nie proszę, natomiast to nie ma nic do rzeczy.
Nie chodzi o to, czy powinno się słuchać rodziców. Chodzi o Twoją, nie wiem, wizję, w której rodzice mieliby dążyć do tego, żeby ich córka wróciła do typa, który ją uderzył.
Jaki tu widzisz opis moich rodziców? Bo ja widzę jedynie tyle, że nie chcieliby dla mnie związku z facetem, który mnie uderzył. I że, podejrzewam, każdego, kto by ich do tego namawiał, uznaliby za niepoczytalnego.
To jest wg Ciebie niewłaściwe? Stawianie dobra swojego dziecka nad dobro typa, który to dziecko skrzywdził?
Dla mnie to są świetne kompetencje życiowe. Nie godzić się na to, żeby ktoś mnie krzywdził. A wartości? Jakie wartości tu widzisz, poza tym, co napisałam wyżej, czyli uderzona córka > facet, który uderzył.
I nie, Ciebie nie potępiam. Uważam, że każdy, kto celowo krzywdzi kogoś fizycznie, powinien się liczyć z tym, że mu się odda. I nieważne, czy to będzie mężczyzna, kobieta czy dziecko.
I to jest konsekwencją tego, co krytykowałeś wyżej. W "moim świecie" się nie bije. A jak się bije, to nie ma się prawa do żadnych żądań czy oczekiwań; przyjmuje się to, że ktoś może oddać, ale i to, że zostanie się uznanym za niewarte rozmowy zero, o związku nie wspominając.
36 2022-12-20 01:23:21 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-12-20 01:26:57)
Nowe_otwarcie napisał/a:Tak, już wcześniej jasno dałaś do zrozumienia że nikogo nie słuchasz i do niczyich rad się nie stosujesz; treść Twoich postów. Czy ukształtowało Cię to we właściwy sposób? Ta sama treść Twoich postów nie daje co do tego pewności... chociaż z drugiej strony, na podstawie opisu Twoich rodziców, nie można być też pewnym że mieli oni jakiekolwiek kompetencje do wpojenia Ci jakichś przydatnych wartości życiowych; istotnie, zestawiając to wszystko chyba niedaleko padło jabłko od jabłoni...
Tak, uderzył ją. To absolutnie nie jest rzecz, którą można bagatelizować. Jednak jestem daleki od fanatyczno-fundamentalistycznego podejścia jakie prezentujesz. Już swego czasu pisałem że:
https://www.youtube.com/watch?v=r7jQvyN572UI piszę to mimo tego że sam doświadczałem przemocy od mojej byłej. I tak: też uderzyłem ją w rękę... odruchowo, zaraz po tym jak ona w furii, żeby sprawić mi ból, docisnęła mi do ręki szklankę ze świeżo zaparzoną herbatą. Co, mnie też potępisz?
Słucham rad, jeśli o nie proszę, natomiast to nie ma nic do rzeczy.
Nie chodzi o to, czy powinno się słuchać rodziców. Chodzi o Twoją, nie wiem, wizję, w której rodzice mieliby dążyć do tego, żeby ich córka wróciła do typa, który ją uderzył.
Jaki tu widzisz opis moich rodziców? Bo ja widzę jedynie tyle, że nie chcieliby dla mnie związku z facetem, który mnie uderzył. I że, podejrzewam, każdego, kto by ich do tego namawiał, uznaliby za niepoczytalnego.
To jest wg Ciebie niewłaściwe? Stawianie dobra swojego dziecka nad dobro typa, który to dziecko skrzywdził?
Dla mnie to są świetne kompetencje życiowe. Nie godzić się na to, żeby ktoś mnie krzywdził. A wartości? Jakie wartości tu widzisz, poza tym, co napisałam wyżej, czyli uderzona córka > facet, który uderzył.I nie, Ciebie nie potępiam. Uważam, że każdy, kto celowo krzywdzi kogoś fizycznie, powinien się liczyć z tym, że mu się odda. I nieważne, czy to będzie mężczyzna, kobieta czy dziecko.
I to jest konsekwencją tego, co krytykowałeś wyżej. W "moim świecie" się nie bije. A jak się bije, to nie ma się prawa do żadnych żądań czy oczekiwań; przyjmuje się to, że ktoś może oddać, ale i to, że zostanie się uznanym za niewarte rozmowy zero, o związku nie wspominając.
W moim świecie też się nie bije. Ale w moim świecie człowiek ma prawo do drugiej szansy. A jeśli się straci coś co najcenniejsze, to gadka o drugiej szansie staje się pustym pie...niem.
Ale drugiej, nie trzeciej. Na zasadzie "raz zostanie ci wybaczone, ale zrób to jeszcze raz, to nie będzie co z ciebie zbierać".
Jakby przyszli do mnie rodzice chłopaka mojej córki i powiedzieli,że ten ja uderzył, A ona wyjebała go za drzwi, cieszylbym się jaką mądra mam corkę. Później życzyłbym im powodzenia w leczeniu syna, powiedział,żeby pod żadnym pozorem nigdy więcej nie zbliżał się do niej, a następnie pokazał im drzwi. P.s. Oczywiście angażowanie rodziny jak masz 30 lat to dziecinada.
W moim świecie też się nie bije. Ale w moim świecie człowiek ma prawo do drugiej szansy. A jeśli się straci coś co najcenniejsze, to gadka o drugiej szansie staje się pustym pie...niem.
Ale drugiej, nie trzeciej. Na zasadzie "raz zostanie ci wybaczone, ale zrób to jeszcze raz, to nie będzie co z ciebie zbierać".
Druga szansa, tak, ale nie zawsze. Drugą szansę to mogę dać, kiedy facet w nerwach podniesie na mnie głos, a nie kiedy mnie uderzy. To jest natychmiastowy wyrok, bez prawa do apelacji. ![]()
I zgadzam się z każdym słowem BEKIśmiechu.
Zresztą przecież to nawet nie musi być córka. Wystarczy, żeby ktoś uderzył kogokolwiek z moich bliskich (zwłaszcza jeśli byłby to ktoś, kto powinien tej osoby bronić), żebym popukała się po głowie na widok ludzi oczekujących, że udzielę agresorowi pomocy w zakresie uzyskania przebaczenia, pogodzenia się itd.
Ja nic o angażowaniu rodziców którejkolwiek ze stron nie pisałem. To wyszło od któregoś z forumowiczów.
Ja spi***** swój związek i ja ponosze tego konsekwencje. I to my musimy to rozwiązać sami między sobą. Oczywiście do rodzin i tak to doszło siłą rzeczy, ale nie mają oni większego wpylwu na to, co będzie dalej z nami.