Dzisiaj miałam rozprawę.. Szczerze? jadąc na nią jeszcze miałam nadzieję, że były się wycofa.. niestety to tylko moja nadzieja i ona chyba dziś umarła. Trzy miesiące temu planowałam z byłym wakacje, dwa miesiące temu wykryłam jego zdrady, miesiąc temu złożył papiery, dziś nasze małżeństwo się rozwiązało..
Jak to szybko, jak szybko. Zbyt szybko by to ogarnąć, a zaakceptować.. niemożność. Jedyny mój sukces zamiana rozwodu na separację na moich warunkach, ale czy dobrze zrobiłam, czy to coś zmieni... wątpię.
18 lat małżeństwa wdeptane w błoto.. Pozostał tylko żal, gorycz, uczucie pustki, przegranej.
Cały czas wmawiam sobie że mój były to już inny człowiek, obcy, nieczuły drań, ale trudno tak zapomnieć od razu gdy ma się tyle wspomnie, tyle dobrych wspomnień..
Boże jakiego mam dziś doła, ryczę już chyba trzeci raz, a klatce to juz normalnie mnie piecze..
To koszmarne uczucie bezradności, normalnie przytłacza, sprawia że w głowie kłębią się same zle ponure myśli.. I to wszechobecne uczucie opuszczenia, mam wrażenie że juz nikomu nie jestem potrzebna.
Tak zasnąć i obudzić się za ..rok?
Chyba muszę znowu udać się do psychologa, bo czuje że nie daje rady
poradźcie coś, dajcie pomysł jak przetrwać kolejne dni.
Już myślałam że ze mną lepiej a tu znowu taki koszmar, skąd brać siłę by przetrwać to wszystko?