mirella napisał/a:I pewnie przez to, co jakiś czas wylewa się ze mnie ta gorycz bardziej bezradności niż nienawiści, i tego że żadne z nich nie zapyta czy mi pomóc. Może sama jestem sobie winna, ale nie umiem wyciągać do nich ręki na zgodę. Nawet nie chcę bo wiem że to nic nie zmieni. A z resztą jakiej zgody?? Przecież Oni udają że nic się nie dziej. Że wszystko jest OK i tak po prostu ma być.
Ja też mam takie momenty ze swoją rodziną, kiedy coś we mnie pęka i wyrzucam im, co od tylu lat robią źle. Mimo, że wiele robię i robiłam, żeby im wybaczyć to "porzucenie", gdy jeszcze byłam bardzo, bardzo młoda to wiem, że z całą pewnością nie będziemy już mieli w 100% fajnych, szczerych relacji.
mirella napisał/a:Teraz jestem sama, mam nowego faceta ale nie jest mi dobrze. Ciągle coś mnie drażni, że wszystko robi nie tak, że nic nie umie i że lepiej mi jest gdy jestem sama. Denerwuje mnie jak chce u mnie spać bo zabiera mi przestrzeń. To jest już chyba ten syndrom "Zosi Samosi".
Robiłam dokładnie tak, jak Ty. Po jednym z pierwszych poważniejszych związków w życiu (i pierwszym, gdzie mieszkałam z facetem), zakończonym niespodziewanym "Już nie wiem, czy Cię kocham" coś w sobie zamknęłam. Będąc z M. zaufałam, że tutaj tym razem będę mieć wsparcie, że dla odmiany będę mogła uwierzyć czyimś zapewnieniom "Będę przy Tobie" i to rozczarowanie wiele mnie kosztowało. Przez następne miesiące drażnili mnie dosłownie wszyscy mężczyźni, którzy pojawili się w moim życiu. Kiedy któryś zostawał do późna i wypadało zrobić mu kolację, proponowałam to, ale narastała we mnie irytacja, że muszę się kimś zająć. W pewnym momencie przeszłam do trybu "spotykania się" i nie nazywałam już żadnej znajomości związkiem, choćbym zwodziła faceta sporo ponad miesiąc, bardzo dobitnie podkreślając "Nie jestem Twoja, nie potrzebuję Cię".
Nie czułam się dobrze z tą wewnętrzną Królową Śniegu i miałam sobie za złe, że nie umiem się zaangażować. Więc próbowałam na siłę być tą dobrą, wybierać faceta, z którym normalnie bym się nie związała i udowadniać sobie, że nie liczy się dla mnie dobry seks, dobra komunikacja czy wygląd mężczyzny - krótko mówiąc zgotowałam sobie prawdziwą karę za odrzucanie.
A gdy się wreszcie zakochałam, to w mężczyźnie, z którym od początku wiedziałam, że rozstaniemy się za maksimum kilka miesięcy, bo czekał go wyjazd do USA i który w dodatku mieszkał na drugim końcu Polski - do tego stopnia nie czułam się gotowa na związek z kimś "dostępnym", że wybrałam takiego, który miał mniejszą niż inni szansę zrobienia czegoś, za co mogłabym go skreślić. Skończyło się tym, że tak jak przeczuwałam nie był odpowiedzialny ani za to, co mówił - kłamał; ani za uczucia, które deklarował, a bardziej niż związek to był po prostu romans. Z jednej strony byłam z nim, bo przecież wiedziałam, że nie będzie codziennych spotkań, jego rzeczy porozrzucanych po moim mieszkaniu, a z drugiej denerwowałam się, że nie jestem pełnowartościową partnerką, bo nie przedstawi mnie rodzicom, bo jestem "na chwilę".
Po tym rozstaniu miałam okazję przyjrzeć się temu, co wyprawiałam. Zmęczyłam samą siebie tym uciekaniem od kogoś albo dla odmiany gonieniem za kimś absolutnie niedostępnym. Ale kiedy poznałam A., z którym jestem obecnie, dopiero kiedy przyszło zaangażowanie i uczucia, przekonałam się, że wcale nie jest mi lekko z kimś być. Pracuję nad sobą, nad swoim podejściem. Nie chcę zgrywać Zosi-Samosi, gdy nie daję z czymś rady ani oczekiwać, że on wypełni niezrealizowane obietnice z dzieciństwa "Zajmę się Tobą". Zdarza mi się, że nadal się wyrywam, szukam powodu, żeby odejść, raz czy dwa sprowokowałam niepotrzebne kłótnie, za które potem było mi wstyd. Ale jestem i po raz pierwszy od dłuższego czasu mam szansę być szczęśliwa.
Tobie też tego życzę 