Witam wszystkie kobietki. Na wstępie dziękuje wszystkim tym, które dotrwają do końca mojej opowieści.
A więc. Wszystko zaczeło się od tego, że ponad dwa lata temu poznałam cudownego chłopaka. I staliśmy się parą. Parą.. ale jaką. Taka miłość, można powiedzieć zdarza sie tylko w filmach. Oboje szukalismy szczescia, nigdy go wczesniej nie znalezlismy, a tu bumm.. wpadlismy na siebie, dwa takie same stworzenia, o takich samych temperamentach, tych samych osobowościach, tych samych zdaniach, podobnych pasjach i takim samym podejściu do zycia. Poznaliśmy się na feriach w górach, byliśmy w wiekszym gronie. Po kilku godzinach przebywania z nim, powiedziałam 'hej, czy Ty przypadkiem nie jesteś moim bratem bliźniakiem? Nie wiedziałam, ze są osoby podobne do mnie, myslałam, ze jestem unikatowa ' . Od tego wszystko się własnie zaczeło. No i zakochanie, mega chemia miedzy nami, potem wielka miłość.
Jestem strasznie szaloną osobą. Tego szukałam zawsze u faceta, a wczesniej trafiałam własnie na strasznie spokojnych. A on... ideał. Wracając z ferii zatrzymał się na poboczu jezdni, włączył piosenkę 'Kawiarenki' i zaczął ze mną tańczyć przy ulicy... Nie patrząc czy ktoś pomyśli, że idioci, czy coś. Było mi przy nim cudownie. Dla mnie to była miłość do grobu. Więc razem wyjechalismy na studia. Wszystko ułożyło się pomyślnie, dostalismy się do wymarzonego miasta tak jak planowaliśmy. Zamieszkaliśmy razem. I co...? Wszystko sie zepsuło
Nagle okazało się, że te nasze temperamenty, nieco wybuchowe, nie potrafią iść na kompromisy i przestać być tak uparte. Zaczeliśmy kłócić się dosłownie o wszystko... O najgorsze duperele.
Żeby przybliżyć tą sytuację opowiem coś wiecej o sobie. Mam 20 lat. Jestem na pierwszym roku studiów. Zaczynając od mojego wieku 14 lat wplątałam się w hmm... teraz się mi to śmieszne wydaje, ale myśle, ze jak na ten wiek, to poważny związek. Potem w następny, bardzo toksyczny i jeszcze w jeden, jeszcze bardziej toksyczny. Straciłam całą młodość na chłopaków i ich ograniczanie mnie. A jaka jestem z natury? Dziewczyną typową 'kumpelką' która cieszy się życiem i chce z niego korzystać póki jest młoda i patrząc na to, że pewnie za kilka lat bede chciała założyć rodzinę to teraz chcę się bawić na maxa. Dosłownie. Chce wracać z imprezy o 6 nad ranem a o 7 iść na kacu na wykłady. Wiem, że to może dziwnie brzmieć z ust dziewczyny, ale ja się nie wyszumiałam w czasie kiedy inne dziewczyny zdąrzyły to zrobić. Chciałam zaznać życia studenckiego o którym wszyscy tak kolorowo opowiadali. I chciałam zaznać tego razem z nim, nie mówię, że sama. Razem z nim chodzić na imprezy, razem z nim się bawić. A on... odkąd zamieszkaliśmy razem stał się taki... depresyjny? Nie wiem jak to nazwać - 'zycie jest złe, nic mi się nie chce, nie mam ochoty iść z wami na piwo, bo mam zły humor i Twoi znajomi odbiorą mnie jako snoba' . To są słowa, które słysze na codzień. Po szkole potrafimy spedzić ze sobą pól godziny i doprowadzić siebie nawzajem do szału. I potrafimy się tak pokłocić, ze mało kto tak potrafi. Mnie gryzie to, że odkąd z nim mieszkam już nie jestem tą taką cudowną jaką mnie odebrał na początku - ale wiem, ze to normalne, w koncu po jakimś czasie związek powszednieje... Ale ja wtedy się czułam jakby świat nalezał do mnie... I tego mi brakuje. I odczuwam to zbyt często, potrafie z tego powodu płakać, ale wiem, ze taka kolej rzeczy. Ale kurde, ja mam 20 lat, najlepsze lata przede mną, a ja się czuję jak stara żona. Przepraszam za te okręslenie, nie chce nikogo obrazić, to jest taka przenośnia. A on mi nagle tak spoważniał, jak taki praworządny mąż. Ja jestem dojrzałą dziewczyną, mądrą, ale kurde, chce się bawić! Póki na świat nie przyjdą moje dzieci, chcę żeby 'zycie było jedna wielką imprezą'. Inaczej wyobrażałam sobie lata studenckie niż pranie, sprzatanie, gotowanie. Czasami zadaje sobie pytanie co bym robiła gdybym była tu i teraz nie mając chłopaka, będąc kompletnie wolna. Odpowiedz jest jedna - fajnie bym się bawiła, cokolwiek to znaczy, czy impreza, czy wyjscie gdzies z kolezankami, czy siedzenie ze znajomymi.
Podsumowując to wszystko co napisałam w jednym zdaniu, uznaje, ze zycie stało się totalnie nudne. A to wielka roznica, z tego co było wczesniej między nami w porownaniu z tym co jest teraz.
Z tego wszystkiego mam kolejny problem. Zakupy. Żeby ten problem opisac zagłębię się w przeszłość. Moi rodzice są prawnikami. Od dziecka mało ich miałam bo wciąż pracowali. Więc moim wrogiem nr 1 były pieniadze bo to one mi rodzicow zabrały. Wiec starałam się ich używać najmniej jak tylko mozna. Aż we wrzesniu, poznałam nowe kolezanki, poszlysmy do galerii, wydałam kupe pieniedzy, poczułam satysfakcje. Każdego kolejnego dnia mając zły humor szłam na zakupy. Każdego dnia poprawiało mi to humor. Czułam jak zapominam o problemach. Jak zycie staje się piekniejsze. I tak w kółko. Aż do dziś. Dziś kiedy byłam w galerii nie kupiłam sobie nic. I idąc do samochodu, poczułam jak mi źle. Źle, ze nic sobie nie kupiłam. Wróciłam i kupiłam sobie bluzkę, która wcale mi się nie podobała. Ale było mi dobrze, że coś sobie kupiłam. Ogólnie, rasumując, jest do dup**.
Jak dotarłaś do końca to proszę, napisz co o tym wszystkim myslisz... Mną kierują emocje, uczucia, nerwy. A Ty patrzysz z trzeźwego punktu widzenia, dllatego zależy mi na opinii każdej z was.
Podobne tematy
Paulinko jesteś bardzo młodziutka. świetnie rozumiem potrzebę zabawy.
może przez pryzmat poprzednich znajomości boisz się stabilizacji- np. weekend w domu doprowadz Cię do furii- czujesz się ograniczona.
Nie pompujcie sie tak na siebie, masz ochotę to wyjdz tylko ze znajomymi a innym razem z chłopakiem.
zakupy- poprawiają nastrój- jednak jeżeli widzisz że np.: kupujesz rzeczy zbędne lub całkiem niepotrzebne (jak ta brzydka bluzka)- radzę terapię.
Pozdrawiam ![]()
Paula, zrob liste wartości, cech jakie chciałabyś aby miał wasz związek i oto samo poproś swojego mężczyznę, oczywiscie gdy bedzie mial ochote to zrobic, i mnie interesuje jego lista, ciebie pewnie tez, moze jego priorytety są inne niż twoje, może tam znajdziesz odpowiedz na pytanie dlaczego jest sfrustrowany.
Mi coś świta:) ale nie chcę nic sugerować:))) wolę sugerowac pozytywy, niż wmawiać problemy, bo a nuż nie mam racji?
Chcesz coś zmienić jesteś więc na dobrej drodze do zmiany. Redukujesz sobie napięcie na różne sposoby, oki, ale konflikt jest i dobrze, że go widzisz.
"Ja, chcę się bawić tupnęła dziewczynka nóżką i spojrzała groźnie na ukochanego, ten skulił się w sobie (schował wszystkie jej zabawki;), też chciał się bawić, ale inaczej. Czy musi koniecznie być misiu i lalka Barbi, a czemu nie wyścigówy i motory...:) "
Odezwij się jak poszukiwania wspólnych zabawek:)?
No, ale wlasnie rzecz w tym, ze on chciał tego tak samo jak ja.
To tylko z nim umiałam się tak bawić. Jak byliśmy razem ze znajomymi na wakacjach, były wtedy moje urodziny, znajomi nie chcieli nigdzie wyjść, wiec ja z chłopakiem na imprezę poszłam sama... i bawiłam się najlepiej na świecie, rozkręcilismy całą dyskotekę, na drugi dzień ochroniarze nam rękę na przywitanie podawali
A bez niego? Nie lubie się bawić. I średnio mi odpowiada weekend bez niego.. Kilka miesiecy temu jak się przeprowadziliśmy, jak się rozpoczeły kłotnie, on sam mówił, że przyjechał się tu cieszyć z życia, młodości, a nie siedzieć i kłócić. A teraz? Nie da się z nim porozmawiać.
On po prostu nie ma ochoty i mu się nie chce, to jest własnie takie tupnięcie nóżką i nawet nie ma ochoty ze mną porozmawiać dlaczego...
Wypalił się? Nie raz czytałam w gazecie o tym, jak to faceci bawili się zanim powiązali się z kobietami. A odkąd są w poważnych związkach, to 'dziadzieją'
Ale to tylko statystyki.
5 2010-03-28 18:13:03 Ostatnio edytowany przez Okruszka (2010-03-28 18:18:14)
Do tanga trzeba dwojga. Miałam identyczne rozterki swego czasu... Tak jak dziewczyny napisały, dobrze że widzisz problem. Nie wiem na ile Twój chłopak go widzi
. Podejrzewam że próbowałaś z nim o tym pogadać ale nie wiem czy nie kończyło się to na "męskim, dumnym uniesieniu się"(?). Masz rację że jak jest się z kimś to najlepiej z nim wychodzić na imprezy i spotkania. Smutno jak jedna osoba się bawi, a druga siedzi w domu, potem tamta wraca i opowiada jak było super... Nie na tym polega związek. Owszem, nie polega też na klatce ale... Myślę że wiesz o co mi chodzi.
To trudne, bo chcesz się i wyszumieć ale jednocześnie sprawić aby druga strona była zadowolona (i być szczęśliwa). Myślę że musisz w tym przypadku postawić na stanowczość. Niech twój facet się określi co go konkretnie gryzie, w czym widzi problemy. Najwyraźniej nie odczuwa tych samych potrzeb co Ty...
Prawdziwa miłość polega też na akceptacji negatywnych cech u drugiej osoby, więc nie zadręczaj się że może on zaczął Ciebie widzieć w innym świetle, że przestałaś być "idealna"(oczywiście to słowo z przymrużeniem oka). "Ideały" nie istnieją, a Ty jesteś jaka jesteś i nie ma nikogo innego lepszego na świecie
. Masz pełne prawo mieć humory. Wiesz co by było jakby jego nie było w Twoim życiu? Owszem, na początku byłoby super, wolność, imprezy... Ale to też się wbrew pozorom z czasem nudzi i chciałoby się przytulić do kogoś konkretnego, może nie do końca do faceta na jedną noc. I kolejna sprawa. Te "kolorowe życie studenckie" jest moim zdaniem lekko przereklamowane. Owszem, nie podważam że istnieje i wiele osób z niego korzysta, ale są też tacy którzy mają identyczne rozterki jak ty, bo wszystkich dosięga nuda, rutyna, samotność. Zauważyłam że bardzo często osoby które dostają się na studia do innego miasta popadają w jakiś trans. Że życie studenckie jest _______ (tutaj wstaw opis)
... Wierz mi że osoby które tam mieszkają i studiują na Twojej uczelni podchodzą do tego luźniej, nie zawsze z parciem na imprezowanie.
Ja wiem że w kobiecej naturze leży "chcę się wyszaleć, bo później mam zamiar założyć rodzinę", ale postaraj się nie patrzeć w tak daleką przyszłość. Spokojnie, nikt Cię nie goni. Jesteś właścicielką swojego życia. 20 lat? To dopiero początek wyszumiania się
. Gryzie Cię to, bo jak sama mówiłaś za wcześnie wdawałaś się w "poważne związki".
Co do zakupów, może faktycznie dobrze by było pogadać ze specjalistą. Obawiam się że nieświadomie wchodzisz w nałóg, że odnajdujesz w tym ukojenie na problemy, a każdy nałóg jest zły
...