Piszę swoją historię pewnie jak każdy, którym targają uczucia dotąd nieznane. Zawód, rozczarownaie, brak sensu dalszej egzystencji, niewiedza co dalej?, jak żyć?, co zrobić? Tak, są to uczucia i myśli, które kołaczą się po mojej głowie. Jedna jest przewodnia – nic nie będzie już takie jak wcześniej, ta przeraża mnie najbardziej. Zadaje sobie setki pytań i nie potrafię na nie znaleźć odpowiedzi, może dlatego, że jestem romantykiem, idealistą, że oddałem całego siebie dla ukochanej osoby, że nie mieści się to w katalogu moich zasad etc. Wielu z Was będzie pewnie mnie oceniać, spotkam się pewnie z falą hejtu, kim ty jesteś?, daj jej żyć?, egoista, myślisz tylko o sobie. Przyjmę wszelką konstruktywną krytykę, jeśli wniesie ona coś do mojego życia i pozwoli stać się lepszym człowiekiem. Jest to w telegraficznym skrócie historia mojego życia, dla niektórych nie do przebrnięcia ze względu na długość labotatu, lecz chcę w niej uchwycić wszystkie wydarzenia, które mogły mieć wpływ na to co się teraz stało.
Uprzedzę dlaczego taki jestem. Wychowała mnie matka według standardów zaufania, rozumiem przez to, że mogłem więcej niż moi rówieśnicy pod warunkiem szczerości. Tak w wieku 15 lat mogłem jeżdzić na dyskoteki, gdzie było to w tamtych czasach zarezerwowane dla 17-18latków pod warunkiem, że matka wiedziała gdzie jestem i o której wrócę – ja nigdy tego zaufania starałem się nie zawieść, była dla mnie nie tylko mamą lecz również a może przede wszystkim przyjacielem, rozmawialiśmy ze sobą o wszystkim, nie było między nami tajemnic. W wyniku takiego modelu wychowania czułem bardziej jak kobieta niż facet, zawsze lepiej dogadywałem się z dziewczynami i czułem lepiej w ich towarzystwie. Co do partnerek czasami miewałem uczucia, że nie możemy uprawiać seksu będąc ze sobą w związku, bo tak naprawdę osoba ta była dla mnie bardziej przyjaciółką niż dziewczyną i w podświadomości czułem, że po tym, to co nas łączy nie będzie już takie same. Miałem wiele partnerek z którymi tworzyłem związek, lecz żadnej nie pokochałem – mijało wszystko po etapie zauroczenia i fascynacji. Z jedną z dziewczyn było trochę inaczej, byliśmy ze sobą ponad dwa lata, co na moje statystyki związku to szmat czasu, do dzisiaj nie potrafię ocenić, czy uczucie pomiędzy nami mogło przekształcić się w miłość i poświęcenie drugiej osobie. Rozstaliśmy się w sposób, który ktoś może uznać za śmieszny, lecz dla mnie stanowił on w tamtej chwili definicję zaufania, lojalności i oddania. Na jednej z dyskotek musiałem wcześniej opuścić lokal ze względu na poranny wyjazd w ważnej sprawie, obiecałem jej, że wszystko nadrobimy i może kontynuować zabawę z koleżankami. W kolejnym dniu „życzliwe” osoby doniosły mi jak to moja panna dobrze bawiła się w ramionach innego faceta, przytulane tańce, namiętne spojrzenia, pocałunki do końca imprezy. Dla mnie było to jednoznaczne, choć próbowała przepraszać, tłumaczyć, dla mnie sprawa była jasna. Nie przyszło mi to wcale łatwo, pomimo tego, że jak mi się wydaje nie do końca byłem pewny swoich uczuć co do niej. Czułem żal, rozczarowanie, zdradę. Przeżyłem to dość mocno.
Żonę swoją poznałem przez przypadek – kiedy nasz wzrok się spotkał, poczułem to „pierdyknięcie”, krew zaczęła szybko płynąć, tysiące myśli w głowie, musiałem ją poznać. Nie byłem wówczas gotowy na jakikolwiek związek po tym co się wcześniej wydarzyło a jednak potoczło się to bardzo szybko. Gdzieś znów podświadomie próbowałem ją do siebie zrażać swoim zachowaniem, do dziś nie wiem dlaczego, bałem się znów zaufać, z kimś być?. Nie było łatwo jak chyba w każdej sytuacji kiedy spotyka się woda z ogniem, docieraliśmy się, były chwile uniesień i kłótnie. Ja dusza towarzystwa, mnóstwo znajomych, zawsze mogłem na kogoś z nich liczyć, Ona skryta, wycofana, mówiąca o sobie, że jest niufna do ludzi. Dzieliły nas cztery lata różnicy wieku, co na tamten czas wydawało się prawie przepaścią, ja już pracujący, Ona kończyła szkołę średnią. Zamieszkaliśmy razem, aby przekonać się jak nam będzie. Nie był to czas łatwy, wychodziły nasze wszystkie cechy, te dobre i te mniej. Jedno uderzyło mnie bardzo mocno, niska samoocena wyniesiona z domu rodzinnego, w zasadzie wyryta w gowie przez jej mamę ( Ty nie dasz rady, to nie dla Ciebie, kto jak kto, ale nie Ty) są to stwierdzenia, których sam byłrem świadkiem i z którymi walczyłem od samego początku. Sam dostałem fantastyczną posadę, zarabiałem bardzo dobrze a po roku zaproponowano mi świetne stanowisko w centrali firmy. Rozmawialiśmy o tym i postanowiliśmy, że z oferty nie skorzystam, że zostaniemy na prowincji i tutaj zbudujemy swoje szczęście. Rozpoczeliśmy pracę nad budową jej wartości, bardziej na polu zawodowym, w sferze prywatnej wydawało się być wszystko ok, choć teraz z perspektywy czasu widzę jak bardzo się myliłem. Kursy, studia – na wszystko dziesiątki godzin tłumaczeń, że sobie poradzi, że „zobaczysz – dasz radę”, posuwaliśmy się do przodu. Założyłem firmę, w której to stawiała pierwsze kroki, dbała o to, żyłem w przeświadczeniu, że pomału zaczyna łapać to coś. Następnie pierwsza praca, dziesiątki godzin znów przegadane, zmiana na kolejną, lepszą i tutaj wydaje mi się jest szczegół, który mógł zaważyć nad dalszymi wydarzeniami. Ani w jednej ani w drugiej pracy nie trafiła na dobrego managera, w pierwszej niedoceniany cały dział, w drugiej stała się kozłem ofiarnym nietrafionych decyzji zakupowych swojego przełożonego i nie została jej przedłużona umowa. Przeżyła to mocno, pocieszałem jak mogłem będąc w niezręcznej sytuacji, gdyż moja kariera wciąż się rozwijała i awansując wciąż czerpałem radość z życia korporacyjnego.
W pierwszej pracy miała za to wspaniały zespół super dziewczyn, fajna zgrana paczka. Cieszyłem się, że wreszcie odnalazła radość na polu zawodowym, czasami wychodziliśmy gdzieś razem, innym razem spotykały się same. Pewnego dnia udała się z koleżankami na imprezę z okazji dnia kobiet, miała być to babska impreza. Do dzisiaj nie wiem i chyba nie chcę do tego wracać, skąd wzięły się podejrzenia mojej mamy aby podjechać tam i sprawdzić, czy coś wiedziała?, czy coś podsłuchała?, czy była to intuicja? Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem to, wszedłem do klubu i o zgrozo ujrzałem to, czego nie chciałem zobaczyć. Moją Żonę w objęciach inego faceta, kolegi z pracy, tańczyła przytulona swą głową do jego piersi, on delikatnie głaskał jej plecy. Poczekałem do końca utworu aby nie robić scen i grzecznie poprosiłem Ją na zewnątrz. Skończyło się to awanturą, z mojej strony znów rozczarowaniem, zawodem, pytaniami – co ja robię źle? czego nie mogę jej dać? czego szuka? Swój ból i cierpirnie próboiwałem ukoić zwierzając się naszej koleżance, lecz sprawy potoczyły się zbyt daleko i widząc, że z jej strony nie jest to tylko próba pocieszenia, lecz nadzieja na coś więcej po dwóch spotkaniach uciełem naszą bliższą znajomość, aby nie żałować tego, co mogło by się wydarzyć.
Staraliśmy się wyjaśnić tą sytuację, Ona zarzucała mi, że pewnie to samo robię na moich wyjazdach służbowych, integracyjnych, ja usilnie próbowałem wytłumaczyć, że dla mnie podjęcie decyzji o tańcu z inną kobietą bez jej obecności jest strasznie trudne i nie dopuszczam do takich sytuacji bo wiem jak czuje się partner, która dowiaduje się o tym od innych. W pracy uchodzę za spokojną osobę, na imprezach staram się nie dopuszcać do sytuacji dwuznacznych, wielu z Was powie: Boże co to za zasady, lecz dla mnie bycie w związku z kimś kogo bardzo kocham i dla kogo oddaje się całym to podejmowanie decyzji nie tylko skutkujących tym co jest dla mnie dobre i co mi się podoba, lecz podjęcie decyzji takich, które nie wywołają negatywnych uczuć w ukochanej mi osobie i nie zaburzą zaufania i wiary. Udało mi się o tym zapomnieć, zracjonalizowałem to sobie niedojrzałością, nowym środowiskiem, nie do końca wypracowaną świadomością jak się zachować, zrobiłem wszystko aby o tym już nigdy nie myśleć, nie analizować, nie stawiać pytań.
Rozpoczeliśmy starania o potomstwo, jak życie bywa brutalne doświadczyłem na własnej skórze, gdy diagnoza lekarza była dla mnie prawie strzałem w skroń – nie może Pan mieć dzieci, świat się nie zawalił, on runął z takim impetem, że do dzisiaj jak o tym pomyślę łzy płyną bez możliwości zapanowania nad nimi. Pocieszała mnie jak mogła, szukaliśmy rozwiązań, może adopcja? Czas uciekał nieubłaganie, nie stawaliśmy się młodsi. Dla mojej Żony jedynaczki posiadanie dzieci stało się celem numer 1. Rozumiałem to, rodziców wiecznie nie było w domu, kilkuletni związek z chłopakiem, którego traktowała jak brata – wiedziałem, że bez dzieci nie damy rady być szczęśliwi. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że ukochana osoba postawi mnie pod ścianą (nasienie dawcy), nie byłem na to gotowy, w głowie tysiące myśli, czy pokocham? czy dam szczęście? Przecież to nie moje. Czułem straszny ból i wewnętrzne rozdarcie, postawiony w trudnej sytuacji szantażem, że nie chcę jej szczęścia, że odbieram jej to co najpiękniejsze, zgodziłem się wbrew swojemu sumieniu nie mając nawet czasu na przemyślenia, konsultacje psychologiczne, na coś co mogło by mnie przygotować do tego w jakikolwiek sposób. Nie miałem czasu na dojście do siebie, z niechybnych objęć depresji wyciągnęła mnie kolejna tragedia, poroniła. Z jedenj strony poczułem ulgę ( wiem możecie to oceniać, tak czułem i nic na to nie poradzę), z drugiej strony widziałem cierpienie mojej ukochanej i to jej musiałem jak najszybciej pomóc a nie rozwodzić się nad tym dlaczego tak postanowiła?, dlaczego nie liczyła się z moimi uczuciami? Antidotum na wszystko okazała się jej kolejna praca, gdzie odnalazła się zawodowo, była szczęśliwa i doceniana. Ja postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Spędziłem setki godzin przed różnymi opracowaniami, artykułami, forami internetowymi, które dały mi takiego kopa do działania za którego do dzisiaj dziękuję. Stając się niemal specjalistą w dziedzinie niepłodności odnalazłem szansę, nadzieję i lekarza, który przywrócił mi świat – tak mamy dwójkę super-mega cudownych pociech, własnych, moich! Patrzę na nie i nie mogę nacieszyć się szczęściem jakie mnie spotkało a lekarza, który postawił mi taką diagnozę utopił bym w łyżce wody.
Mijały lata, życie toczyło się tak chyba jak w każdej rodzinie, raz lepiej, raz gorzej. Praca, dom, dzieci – nic szczególnego a jednak dla mnie to cały mój świat. Z człowieka otoczonego mnóstwem znajomych stałem się osobą, której do szczęścia wystarczy tylko Żona i cudowne dzieci. Może dlatego, że moja druga połówka również nie bardzo gdzieś wychodziła, pomimo moich nalegań aby odsapnęła, złapała trochę powietrza, pogadała z dziewczynami o pierdołkach. Pomimo tego spotkania towarzyskie stały się rzadkością. Wystarczały mi czasami wyjazdy służbowe, gdzie mogłem przy piwku pogadać sobie, Jej wycieczki zakładowe, kolacje ze współpracownikami, znajomi z pracy. Pomimo tylu lat spędzonych razem tematy rozmów nigdy nam się nie kończyły, będąc w pracy potrafimy dzwonić do siebie po kilka razy, gdy któreś z nas jest poza domem również rozmawiamy ze sobą jak jest?, czy super? etc. W każdym bądź razie wydawało mi się, że jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Niestety wydawało mi się.
Trzęsienia ziemi (przynajmniej dla mnie ta sytuacja taka była) nic nie zapowiadało. Otrzymała propozycję wyjazdu na wystawę targową poza granice kraju, gdzie mogła by się spotkać ze swoimi klientami, których to obsługuje jak i z handlowcami z którymi pracuje i widuje się raptem kilka razy w roku. Wszystko było super, namawiałem ją do tego wyjazdu aby mogła doznać czegoś innego. Zabrałem Ją nawet do fryzjera, aby dobrze czuła się jako kobieta w nowej fryzurze, zorganizowałem walutę i wyprawiłem w świat.
Pierwszy dzień był normalny, dała znać, że szczęśliwie dotarła, że jest wszystko ok. Kolejny dzień zadzwoniła rano przed 9 rano po krótce powiedziała jak minął jej poprzedni dzień, że po targach poszli sobie na miasto i że jest dużo ludzi z którymi trzeba rozmawiać, ja opowiedziałem co robimy z dziećmi – normalna nasza standardowa rozmowa. Zadzwoniłem gdzieś około południa zapytać czy ma dużo pracy, lecz nie odebrała, uznałem, że faktycznie ma dużo pracy. Spróbowałem jeszcze chyba dwa razy, lecz z tym samym efektem po czym zajełem się obowiązkami domowymi. Wieczorem, gdy dzieci już spały zobaczyłem, że jest aktywna na fb i komentuje wcześniej wstawione zdjęcia z wystawy, postanowiłem wykorzystać sytuację i choć chwilkę z nią pogadać, niestety nie odebrała telefonu, prywatnego jak i służbowego. Sytuacja wydała mi się trochę dziwna, gdyż wciąż pojawiały się jej posty na fb. Zaczęło nurtować mnie pytanie, dlaczego nie chce odebrać telefonu? Ostatnia próbę podjełem około 23 widząc znów aktywaność na fb ale tak jak i poprzednie nic z tego. Była to najdłuższa noc w moim życiu, najzwyczajniej w świecie martwiłem się o nią, czy wszystko ok? sprawdzałem nawet informacje z tego miasta czy nic takiego się tam nie wydarzyło (wcześniej doszło do prób zamachów terrorystycznych) lecz znów próbowałem się sam uspokoić, że przecież była na fb, że wszystko musi być ok, że przecież była tam ze swoją koleżanką z Polski, pojechały we dwie, zastanawiałem się tylko dlaczego nie chciała ze mną rozmawiać? czy coś zrobiłem? czy nie mogła?
Rano spróbowałem o 8 i na szczęście udało się, poczułem wielką ulgę, ale nie trwała ona zbyt długo. Przeprosiła, że nie było czasu, że zabiegana, że po wystawie nie miała czasu się nawet przebrać bo jechali do miasta na jedzenie i do klubu z muzyką ludową, bo chcieli im jako gością pokazać troche kultury ich kraju. Zapytałem tylko z kim była i tutaj wymieniła kilka osób pomijając jedną, według mnie najbliższą jej i w sumie najbardziej rozpoznawalną bo to taka dusza towarzystwa. Dlaczego najbliższą bo z nim ściśle współpracuje.
Do dzisiaj żałuję, że nie zostawiłem tego tak sobie, że byłem na tyle płytki i dociekliwy, że chciałem poznać prawdę. Zadzwoniłem raz jeszcze i pociągnęłem ją za język, zaczęła się motać, to co mówiła nie trzymało się kupy. Poszukiwałem myślami sygnałów, które mogłem przeoczyć, których nie dostrzegałem lub nie chciałem dostrzec. Na kilka miesięcy przed wyjazdem jak już było wiadome, kto jedzie skasowała powiadomienia w messengerze, do tej pory jej nie przeszkadzały gdy ktoś napisał, wówczas zaczęły. Coraz mniej zaczęłą mówić o tym koledze z którym razem pracują pomimo tego, że wcześniej prawie codziennie coś tam wspominała, co zrobił, jaki jest zakręcony itp. Praktycznie od miesiąca przed wyjazdem temat jego osoby nie pojawił się ani razu. Włamałem się na jej konto do fb, aby uspokoić samego siebie, że to jest zbieg okoliczności, że w stresie coś tam mi się uroiło. O ironio znalazłem ich prywatną korespondencję, pomimo, że wcześniej pytałem ją o rodzaj stosunków jaki pomiędzy nimi panuje, czy jest to przyjaciel czy tylko kolega z pracy. Zapewniała, że w zasadzie to nie rozmawiają o sobie prywatnie, że Ona o nim prawie nic nie wie, że ich rozmowy, maile ograniczają się tylko do zwykłych uprzejmości i spraw zawodowych. Korespondencja z fb wskazywała na coś innego. Nie było tam zabarwień erotycznych, lecz według mnie próba zawarcia bliższej relacji z jego strony. „jak się masz”, „cieszę się bardzo, że z tobą pracuję”, „stanowimy super team” życzenia świąteczne w języku polskim ze strony kocham i chę być kochany, odpowiedź jej, którą napisała podczas przyjęcia bożonarodzeniowego u mojej rodziny z toalety abym nie widział, że bardzo żałuje, że nie mogła do niego zadzwonić i osobiście złożyć mu życzeń – niby nic takiego a zabolało. Dlaczego kłamie?co jest do cholery nie tak?
Gdy wróciła z delegacji do domu zaczęła tłumaczyć, że to nie jest tak jak sobie myślę, że między nimi nic nie ma, że nie wie dlaczego skłamała. Na domiar złego okazało się, że to co opowiedziała mi przez telefon było również kłamstwem, znalazłem na portalu zdjęcia z klubu nocnego gdzie się bawiła, nie było tam muzyki ludowej, lecz muzyka klubowa i dobrze zakrapiana impreza. Resztę zdjęć znalazłem w jej telefonie na grupie, którą sobie założyli i wrzucili fotki z imprezy hotelowej jak i tej nocnej. Wideo, gdzie tańczyła z nim skasowała przed przyjazdem do domu. Wszystko co mi wcześniej powiedziała okazało się kłamstwem, miała czas zadzwonić, nie chciała, albo nie mogła bo nie była sama (są to tylko moje domysły). Pokłócilismy się o to wszystko dosyć mocno, tak poczułem się znów oszukany i upodlony, możecie oceniać, wiem, że znajdzie się mnóstwo osób, które teraz po mnie „pojadą” (daj jej żyć, masz niską samoocenę, jesteś zaborczy, zazdrosny etc). Tak się czułem i czuję nadal.
Dobiła mnie dodatkowo sytuacja, która zaistniała miesiąc wcześniej. Zakupiłem dwie wejściówki na imprezę klubową na której miał grać mój ukochany DJ światowego formatu, było to spore wydarzenie tutaj, gdzie mieszkamy, wiedziała jak mi na tym zależy a jednak wykręciła się (źle się czuła, do tego Ona nie przepada za muzyką klubową). Pojechałem z naszymi wspólnymi znajomymi, Oni ze swoimi żonami, ja jak ostatni dupek, tak bardzo mi jej tam brakowało. Nie potrafiłem zrozumieć, że dla niej zdobyłem bilety na koncert jej ukochanej gwiady i zabrałem na koncert w innym kraju a gdy okazało się, że nie wykonał na nim jej ulubionej piosenki postawiłem się na głowie aby zabrać ją na ostatni koncert jaki grała w Europie – spełniłem jej marzenie, dla Niej 15km było zbyt wiele, zaś muzyka klubowa, lecz z inną osobą była już dobra i godna tego aby bawić się do 4:30.
Poprosiłem Ją że skoro on dla Niej nic nie znaczy, jest tylko kolegą z pracy i piszą do siebie w sprawach służbowych czy może napisać mu na messengerze aby już do niej nie pisał, odparła, że będzie jej głupio i nie chce zranić jego uczuć. Tego chyba dla mnie już było za wiele. Kilka lat wstecz dzwoniła do mnie dziewczyna z którą kiedyś byłem w związku, prosiła bym jej coś załatwił bo pracuję w tej firmie, musiałem do niej jechać do domu ale robiłem wszystko aby był tam obecny również jej mąż, wiedziałem, że ona coś jeszcze czuje i nie chciałem aby to coś mogło przełożyć się na moje małżeństwo. Na nieszczęśćie kiedyś zadzwoniła, gdy jechaliśmy wraz z Żoną samochodem, nieodebrałem, zadała wówczas sarkastyczne pytanie dlaczego nie oddzwonisz. Zrobiłem to, trochę pojechałem po dziewczynie, że nie chcę aby do mnie dzwoniła, niech mnie zostawi w spokoju etc. ja zrobiłem to dla niej, zniszczyłem koleżeństwo na rzecz Jej spokoju, Ona nie chciała urazić jego uczuć!
Po kilku dniach chciałem pokazać Jej czym jest zamartwianie się o bliską osobę tak jak ja martwiłem się nie mając z Nią kontaktu i nie wróciłem z pracy o zwykłej godzinie, siedziałem w aucie nad rzeką i zastanawiałem się czy będzie się o mnie martwić, niestety nie odezwała się, wróciwszy do domu zapytałem czy dalej z nim pisze, odpowiedziała, że nie. Poprosiłem Ją o telefon, znalazłem machanie do siebie rączkami w czasie kiedy ja zastanawiałem się czy Ona faktycznie mnie kocha, czy martwi się o mnie tak jak ja o Nią. Znów otrzymałem w policzek, znów zabolało.
Minął kolejny miesiąc, starałem się o tym zapomnieć, lecz co dzień gdy zamyka drzwi domu i udaje się do pracy myślę o czym dzisiaj rzmawiają, o mnie?, o jego żonie?, co tam właściwie się wydarzyło.
Zapewniała, że zrozumiała, że wszystko już mi powiedziała, że przeprasza, że okłamała, sama nie wie dlaczego, że z nim już nie pisze, że nie wiedziała jak mu to powiedzieć aby nie pisał. Poprosiła mnie o to abym ustawił jej w telefonie pocztę elektroniczną, w trakcie konfiguracji, gdy zaczęły spływać kolejne wiadomości oczy moje znów ujrzały powiadomienie, że ma kolejne dwie wiadomości od niego, które usunęłą z messengera, udawała, że już nie piszą. Wstałem i wyszedłem, Ona nie wiedziała co się dzieje. Powiedziałem jej, że zobaczyłem te powiadomienia, odparła jakie przecież tutaj nic nie ma i machała telefonem przed oczami. Skasowała je, nieudolnie niestety – pokazałem Jej, że znajdują się w elementach usuniętych. Kolejne ciosy spłynęły na moją twarz, czułem jak coraz bardziej obsuwam się na ziemię w swej egzystencji. Po kilku dniach zaczęła się dziwnie zachowywać, była wyraźnie przestraszona, zagubiona, nagle wystrzeliła z domu, że jedzie do sklepu – nie wiedziałem co się stało. Po powrocie uciekła do toalety i coś pisała. Przyparłem ją do muru – z kim piszesz?, z nim? zaprzeczała, że z nikim. Nie odpuściłem, zabrałem telefon ale zdążyła wszystko pokasować, w końcu się przyznała, że w delegacji kazano jej iść z obcym facetem aby ten Ją oprowadził po terenie wystawowym, facet ten napisał, że długą ją szukał, że z nim flirtowała, że przyjedzie do niej, Ona odpisała, „aby do niej nie pisał bo może mieć problemy z mężem”. Zobaczywszy na zdjęciach jak była ubrana i jakiej jest narodowości wcale mnie zachowanie faceta nie zdziwiło.
Ubrana w obcisłą mini spódnicę, jako jedyna z tysięcy osób (zadałem sobie trud sprawdzenia na filmach youtube jak wyglądały ubiory innych kobiet, niestety dresscode to koszula i spodnie lub spódnica ołówkowa do kolan, garsonka, normalny strój biznesowy). W tym samym stroju udała się również na balety.
Mijały kolejne dni i co kilka z nich kolejne niewygodne fakty wychodziły na jaw.
Poprosiłem, aby zdobyła te filmy z dyskoteki, które skasowała, chciałem zobaczyć, że nic na nich nie ma i zapomnieć w końcu o tym wszystkim. Kolejny mój błąd! Po co mi to było, gdybym wiedział wcześniej co na nich zobaczę! Ktoś może powiedzieć niby nic takiego, dwoje kolegów tańczących w parze przy muzyce klubowej. Wcześniej gdy zapytałem, czy tańczyli ze sobą odparła, że nie, że bawili się tylko w kółku a on na chwilę ją chwycił za dłonie bo ktoś robił zdjęcia. Trwała w tym kłamstwie do samego końca, nie sprostowała nawet wysyłając mi te cholerne filmy. Zobaczyłem ich razem bawiących się, śmiejących, ujrzałem jak moją żonę przytkało ze szczęścia, jak trzepie włosami we wszystkie strony, tyle radości, tyle emocji, których mi nie było dane nigdy zobaczyć, jak przyciska jego dłoń do sowjego ciała gdy skaczą do góry. Tak nie widziałem jej wcześniej takiej radosnej, szczęśliwej. Nie potrafiłem Jej chyba tego dać, starałem się, zabierałem w różne miejsca, lecz zawsze coś dla niej było nie tak i wracalismy maksymalnie o 1 do domu bo jest zmęczona i śpiąca. Tak, dotarło chyba do mnie – brakowało Jej innej osoby, innej niż ja. Chyba taka jest prawda, gorzka dla mnie, ale chyba tak jest.
Nie mogę się z tym pogodzić, że koleżanka z którą była znalazła chwilę aby zadzwonić do swojego męża alkoholika, dzięki Bogu po odwyku, budują swój związek na nowo, oby im się udało. Jej nie poprosił do tańca, poprosił tylko moją Żonę, przypadek? Dla mnie słabe, kultura osobista nie pozwwoliła by mi na takie zachowanie, skoro przyjechały do nas dwie dziewczyny, które zaprosililiśmy, jedną adoruję, siedzę koło niej, polewam jej, tańczę z nią w parze a drugą olewam, bo co? Bo ma kilkanascie kilogramów za dużo i nie jest tak atrakcyjna? Dla mnie słabe ale może ktoś ma lepszą teorię.
Dlaczego nie zadzwoniła, gdy wróciła z tej dyskoteki? Dlaczego nie wysłała choć sms-a, jest wszystko ok, nie martw się. Po co rezerwowali im pokoje jednoosobowe? Przypadek?
Przygnębiony, nie widzący trochę senu życia, Ona patrzaca na to i niestety też przy tym cierpiąca. Poprosiłem o pomoc psychologa, w zasadzie poszliśmy tam razem, źle chyba trafiliśmy – psycholog po wysłuchaniach nas każdego z osobna, stwierdził, że ma pomysł, lecz z tygodnia na tydzień nie posuwaliśmy się ani centymetr, chodziło tylko o kasę, widząc mój wyraz twarzy, zobojętnienie, brak wiary wysłał mnie do psychiatry, który stwierdził depresję. Na pytania aby nakreślił plan, mapę działania nie potrafił odpowiedzieć ani podać tego pomysłu.
Pogrążony w smutku jestem już blisko 7 miesięcy, czas stanął dla mnie w miejscu, nie wiem co mam zrobić?, jak żyć? Obdarty ze złudzeń, mam wrażenie, że chyba widziałem Ją taką jaką chciałem aby była.
Praca nie cieszy, za chwilę mnie zwolnią, bo w od tych 7 miesięcy jestem tylko ciałem w pracy, udaję przed dziećmi, udaję przed Nią, czasami nie wychodzi i depresja wygrywa, pomimo łykania psychotropów łapię totalnego doła, zastanawiam się nad wszystkim co było, czy cokolwiek było między nami prawdziwe? czy ja chciałem to tak widzieć?
Co mam zrobić? Z nią nie będę szczęśliwy, bez Niej również, bo tylko Ją kocham. Sytuacja patowa. Jak zapomnieć to wszystko?, jak zaufać komukolwiek? Czy próba odbudowy tego związku ma jakikolwiek sens? Czy jestem na tyle płytki, egoistyczny, zaborczy? Co ze mną jest nie tak?
Przeżyliśmy wspólnie prawie 20 lat, zawsze powtarzałem jedno i starałem się tej zasady trzymać: najgorsza prawda to zawsze prawda, kłamstwo prędzej czy później się wyda. Jeśli ktoś popełni błąd, pogubi się, zrobi coś głupiego to łatwiej jest drugiej osobie wybaczyć, zapomnieć jeśli usłyszy to od osoby ukochanej, która wyzna prawdę niż od kogoś w jakikolwiek inny sposób.