Długo zastanawiałam się czy pisać, bo myślałam, że może problem sam rozwiąże się z czasem, ale chyba jednak nie mam co na to liczyć...
Jestem z chłopakiem od pół roku, mamy ponad 30 lat. Można powiedzieć, że jestem jego pierwszą dziewczyną, bo ostatnio spotykał się z kimś ponad 12 lat temu, jednak to nie było nic poważnego.
Po tym jak się związaliśmy wyjechał po około 2 tygodniach za granicę na 2 miesiące - rozmawialiśmy wtedy po kilka godzin na kamerce i pisaliśmy do siebie dużo, więc mimo wyjazdu związek dalej bardzo intensywnie się rozwijał. Wrócił i po miesiącu od powrotu zamieszkaliśmy razem w moim mieszkaniu. Podczas gdy był za granicą robiłam remont (też właśnie z myślą o chłopaku), na który udało mi się uciułać z zarobków z poprzedniej pracy, a wcale nie było to łatwe, bo wtedy byłam w 5,5-letnim związku z osobą, która była bardzo rozrzutna, a kasę mieliśmy wspólną. Na remont wydałam całe oszczędności i na co dzień żyję z pieniędzy, które zarabiam w nowej pracy. Pracę zmieniłam ze względu na stres, przez który nabawiłam się choroby autoimmunologicznej. Teraz zarabiam dużo mniej - 1900 zł netto, ale praca faktycznie jest dużo spokojniejsza, bezstresowa i bez nadgodzin (zmiana pracy poza tym, że ja się w poprzedniej źle czułam była również sugestią lekarza).
Z chłopakiem układa nam się bardzo dobrze, nigdy wcześniej nie spotkałam osoby, która by była dla mnie tak wyjątkowa, bardzo się stara i do wielu spraw potrafi podejść bardziej dojrzale niż ja. Chociaż nasze początki były ciężkie - myślę, że przede wszystkim dlatego, że osobie, która była sama całe życie i musiała myśleć tylko o sobie trudno było się przestawić na myślenie jeszcze o kimś i musiał nad tym trochę popracować. Bardzo się starał i w wielu aspektach naprawdę się to udało. Niestety został jeden poważny problem, który często sprawia, że coraz częściej psuje mi się humor... i chodzi tu o finanse.
On wie ile ja zarabiam - dość szybko mu o tym powiedziałam przy okazji jakiejś rozmowy. Niestety on nie powiedział mi do tej pory, jakby chciał to ukryć i zupełnie nie rozumiem czemu. Sama o to nie zapytam, wiadomo, ale we wcześniejszych związkach takie rzeczy były wiadome już dużo wcześniej w normalny, naturalny sposób.
Wiem, że ma bardzo duże oszczędności oraz, że zarabia sporo więcej ode mnie (dokładnie nie wiem ile, ale jestem księgową w firmie, w której i on pracuje i różne papierki przechodzą mi przez ręce i po prostu trudno nie zauważyć. Natomiast nigdy nie wykorzystałam tego faktu żeby podejrzeć jego miesięczne wynagrodzenie, nie miałam takiej potrzeby).
Na poważnie planujemy wspólną przyszłość i takie kwestie jak mieszkanie, ślub, dzieci mamy już omówione, natomiast kwestie finansowe to wciąż temat tabu... Nie chcę za to obwiniać tylko jego, ja też mam problem z rozmową o pieniądzach.
Przechodząc do głównego problemu - mimo niskich zarobków, finansowo lepiej sobie radziłam sama niż mieszkając z nim. Na rachunki wydawałam około 650 zł + jedzenie 200-300 zł. Nie miałam problemu z kupieniem sobie ulubionych kosmetyków, ubrań, wyjściem na miasto, kupieniem komuś dość drogiego prezentu czy dokupieniem czegoś do remontu/mieszkania, np. odkurzacza.
Pierwszy miesiąc przed zamieszkaniem razem zostawał u mnie na około 3-4 noce na tydzień. Zaczęłam kupować dużo więcej jedzenia. On lubi dobrze zjeść, a ja lubię dla kogoś gotować i piec ciasta, więc nie żałowałam mu. Już wtedy zauważyłam, że zaczyna to mocno naruszać mój budżet, tym bardziej, że planowałam jeszcze dokupić meble do całego mieszkania (oczywiście po trochu co miesiąc).
Ani razu nie zapytał mnie czy nie potrzebuję pomocy finansowej skoro mój dotychczasowy tryb życia trochę się zmienił. Chyba raz tylko zrobił zakupy na obiad. Przymykałam na to oko, bo w planach mieliśmy wspólne mieszkanie, więc sądziłam, że pewnie wtedy sytuacja ulegnie zmianie. Sytuacja się zmieniła ale na gorszą... Nigdy nie zainteresował się ile płacę za rachunki, jedzenie kupujemy mniej więcej na pół chociaż mam wrażenie, że jednak ja częściej płacę i większe sumy, a jem przecież prawie dwa razy mniej. Oczywiście mebli już nie dokupiłam bo nie mam funduszy, a on od dawna wie, że taki miałam plan, mimo to nawet nie zapytał czemu do tej pory ich nie kupiłam. Kupił telewizor, bo on chciał. Oczywiście skonsultował się w tej sprawie ze mną.
Kolejną sprawą jest to, że wcześniej kupowałam bilet miesięczny na przejazdy autobusem na 3 m-ce, bo dużo bardziej opłaca się to niż na miesiąc. Niestety przez brak funduszy nie mam teraz wyjścia i kupuję co miesiąc. Ostatnio kupowaliśmy razem, on pierwszy raz bo przeprowadził się do mnie z okolic mojego miasta. Kupił na 3 m-ce, ja na miesiąc, niestety nie zainteresowało go czemu tak robię skoro zawsze kupowałam na 3 m-ce.
Kolejna podobna sytuacja wyszła wczoraj - nasz zakład pracy organizuje wycieczkę za granicę, bardzo korzystną cenowo dla pracowników. Uzgodniliśmy, że na nią jedziemy, ale w trakcie dnia on powiedział, że zakład z wynagrodzenia mi pobierze tę kwotę całą na raz. Więc wystraszona, że prawie nic nie zostanie mi z tej wypłaty na koncie powiedziałam, że przecież nic mi nie zostanie i ja się zastanawiam czy w ogóle jechać. Nie powiedział nic...
To jego zachowanie byłoby dla mnie jasne, że jest strasznym sknerą lub mnie wykorzystuje i dałabym sobie z takim spokój, ale z drugiej strony wiem, że on chce nam kupić dom (bo jest to moje marzenie), więc czy powinnam w ogóle mieć pretensje o to, że nie płaci ze mną rachunków na pół skoro wiem, że on w najbliższym czasie zamierza kupić dom co jest przecież nieporównywalne jeśli chodzi o wkład pieniężny...
Naprawdę już nie wiem co ja mam o tym wszystkim myśleć i nie wiem co mam z tym zrobić, ale czuję, że frustracja we mnie narasta.