Hej wszystkim!
Mamy po 27 lat, biegnie nam 5 miesiąc (więc znajomość krótka), poznaliśmy się poprzez aplikację randkową. Od pierwszej randki super komunikacja, taka intelektualna więź, swobodna wymiana myśli, rozmowa, która płynie. Podobne ambicje, aspiracje, miejsce w życiu. Wzajemne zrozumienie potrzeb, wspólne spędzanie czasu, ale też dawanie przestrzeni (co mi się strasznie podobało mając na uwadze mój poprzedni związek, w którym czułem się stroną totalnie osaczoną i pozbawioną jakiegokolwiek miejsca wyłącznie dla siebie). Ona była mega zaskoczona, że poznała mnie poprzez aplikację, że ma wrażenie jakbyśmy znali się od lat, że takiego kogoś, to ona nie wypuści.
Nie, nie było mega fajerwerków. Wszystko rozwijało się tak naturalnie (co też było bardzo fajne), z czasem przychodziło zgranie na kolejnych etapach. Było bez wielkich słów i deklaracji. Czuć było chęć rozwijania tego, radość z relacji, z tego że się poznaliśmy.
Co mi się nie podobało? "Wrzutki" o byłych. Każdy ma swoją przeszłość i nie mam nic przeciwko, gdy wychodzi ona swobodnie, na poziomie jakiś rozmów, przywołania danej historii, bo akurat nadarza się ku temu moment. Ale wrzucane nagle teksty, o tym że spała z wieloma debilami, że wielu jej facetów nie spełniało kryterium mówienia po polsku, że prośba o przyduszanie nie jest dla niej czymś, co ją zaskakuje, że z kimś ją łączyła dziwna relacja albo pokazywanie zdjęć, na których jest z byłym, to dla mnie jednak trochę za dużo. Kiedyś wybuchnąłem (w nieodpowiednim momencie) i od tej pory stwierdziła, że musi w takim razie uważać, co przy mnie mówi (choć ona ma przeszłość, nie wstydzi się jej i to ona ją ukształtowała).
Co mi się jeszcze nie podobało? Aplikacji randkowej nie skasowała do teraz. Wiem że z niej nie korzysta, ale i tak mi to doskwiera.
Ale było naprawdę super (nie motylki w brzuchu, tak po prostu fajnie). Ona bardzo się angażowała, ja też. Kiedyś sama zaczęła temat wspólnych wakacji, umiejscawiała mnie w przyszłości, poznała ze swoimi znajomymi, nawet zasugerowała kiedyś, że pójdę na obiad z jej rodzicami (którzy mieszkają dość daleko i akurat mieli przyjechać, ostatecznie do obiadu nie doszło).
Nie czułem się najważniejszy, to fakt. Potrafiła wyskoczyć z tekstem, że jest mega dużo ludzi, których zna znacznie, znacznie dłużej ode mnie. Widziałem, że myśląc o dalszej przyszłości raczej myśli o sobie, o własnej zawodowej realizacji, a mnie tam nie ma - w sensie, będę się musiał najwyżej dostosować do jej planów.
Ale naprawdę super komunikacja, troska, przestrzeń i chęć rozwijania tego.
I nagle totalna zmiana.
Zaczęła się wycofywać, być jakaś niechętna wobec mnie, bez entuzjazmu. Apogeum - kolacja w restauracji podczas, której usłyszałem, że jakby była w ciąży, to nawet by mi o tym nie powiedziała, tylko usunęła ciąże (i że nie wie, ile musielibyśmy się znać, żeby moje zdanie miało dla niej jakiekolwiek znaczenie). Rozbiło mnie to totalnie (bardzo mnie za to później przepraszała). Podczas tej samej kolacji napisali do niej rodzice (mieli znowu przyjechać) - czy nie wzięłaby mnie na wspólny obiad. A ona, że nie i jeszcze zażartowała do mnie, że napisze im, że to ja nie mogę. Ostatecznie napisała, że nie weźmie mnie. W swoim pokoju schowała przed rodzicami zdjęcie, które jej dałem! Mówiła, że nie bierze mnie, bo nie chce rodzicom robić nadziei!
Mieliśmy potem bardzo długą rozmowę na ten temat. Powiedziała, że bardzo jej zależy na mnie i na naszej relacji. I że naprawdę się stara. Ale że ona nie jest w stanie stwierdzić, czy coś czuje. Mówi, że wcześniej mówiła o obiedzie z rodzicami, bo to ona miała wszystko pod kontrolą. A jak rodzice chcieli z dnia na dzień, to ją to przytłoczyło. Że generalnie przygniotła ją sytuacja. Wszystko w życiu jakoś się dobrze składa i aż nie może w to uwierzyć. Rodzice bardzo by chcieli, żeby coś między nami wyszło i że nagle poczuła się tym strasznie przytłoczona (pokrętna logika). Że jej mama bardzo lubi wszystko kontrolować, wszystko wiedzieć, dawać rady i pouczać i że woli ją trzymać na dystans - że od dawna ją trzyma na dystans, sprawdza się to i ona tego nie zmieni.
I teraz jest bardzo kiepsko. Jak już jestem na skraju wytrzymania i widzi, że mogę to zakończyć, to wtedy najczęściej łagodzi stanowisko, robi się bardzo miła, ciepła, pokazuje jak to chce być obecna w moim życiu. Szybko jednak znów robi się chłodna i wycofana.
Ona się stara (zrobi mi kanapki, zaoferuje pomoc, coś pożyczy, sama coś sprawdzi, ogarnie). Ale jak przychodzi do takich codziennych detali, to tutaj jest posucha. Zero entuzjazmu, zero większego zainteresowania, gdy się nie widzimy, krótkie, zdawkowe odpowiedzi, nawet na pytanie o rozmowę telefoniczną odpowiada, że nie wie, kiedy będzie miała czas, pewnie wieczorem.
Co o tym myślicie? Miałem być tylko dostarczycielem przyjemnie spędzonego czasu, a gdy zaczęło robić się poważniej, to jednak mi się dziękuje?