Szukałam tutaj wsparcia już nie raz, ale pod innym pseudonimem, za każdym razem otwieraliście mi szerzej oczy więc i tym razem był to naturalny odruch. Może trzecie postronne oko skwituje moją obecną rozterkę mniej emocjonalnie niż ja, może to jest właśnie mi potrzebne.
Mam 23 lata i pomijając kilka radosnych zauroczeń mam w swojej historii tylko dwie poważne relacje. Stanowią nie tylko trzon tej opowieści, pisząc to dostrzegam jak mocno ukształtowały moje postrzeganie partnerstwa.
Jako licealistka poznałam swojego obecnego chłopaka, nasza relacja była burzliwa, więc pomimo jakichś 6 lat znajomości jesteśmy razem ''na poważnie'' od dwóch lat. Póki co był to związek z doskoku - bardzo emocjonalny i szczery, ale funkcjonujemy w dwóch różnych miastach, widzimy się okresowo, średnio raz na miesiąc, włączając w to jakieś kilkutygodniowe pobyty od czasu do czasu. Niebawem zamieszkamy we wspólnej przestrzeni, wraz z moją przyjaciółką. Czuję się z nim strasznie związana emocjonalnie, mam w sobie uczucie jakbyśmy byli niemal od zawsze razem, jakby był moją częścią, to takie uczucie jak do rodziny z krwi. On kocha mnie do granic możliwości. Nasza relacja była burzliwa, ponieważ jeszcze jako nastolatka miałam w sobie wątpliwości, nie chciałam się z nim wiązać nawet w ''chodzenie za rączkę", bo przy całym nieprzeciętnym intelekcie mojego chłopaka i tym jak wspaniale nam się ze sobą rozmawiało o rzeczach naprawdę nieprzeciętnych, głębokich, rozwijających, nadal imponowali mi inni - dzisiaj widzę, że te fascynacje były zupełnie od niego różne - byli to ludzie rozsądniej stąpający po ziemi, zdecydowani, może bardziej męscy. Długo nawet nie chciałam uprawiać z nim seksu, a on w tamtym czasie nie miał z tym żadnych problemów, wręcz przeciwnie - był to taki czas młodych, szybkich relacji, szukania przyjemności, jednak mnie wydawało się wtedy, że nie ma tego czegoś, tego faktora, przez który pociągali mnie fizycznie inni mężczyźni. W ciągu tych 6 lat żyliśmy w takim zawieszeniu. Później kilkukrotnie już mieliśmy decydować się być razem, ale za każdym razem po takiej decyzji, po momencie sielanki rozbijaliśmy się o jakieś różne przyczyny, tkwiące głównie w problemie bycia na odległość. Na dzień dzisiejszy mamy za sobą wiele cennych lekcji, oboje ogromnie dużo się o sobie nauczyliśmy, przerobiliśmy i nadal się staramy nasze niedomagania prostować. Trochę się od siebie różnimy. Chciałabym aby on był bardziej spontaniczny, bardziej władczy, żebym mogła mu coś dobrego pokazać, ale żeby on też rozpalił we mnie ogień czegoś nowego, żebyśmy byli takim fajnym teamem, który się wspiera. Mamy trochę różne pasje, czasem czuję się trochę samotna, że ani ja nie mogę za bardzo wejść w jego działania w tej kwestii, ani on niezbyt zna się na mojej ''branży''. Poza tym, w tej chwili jest tak jak być powinno, jesteśmy dojrzalsi, podejmujemy decyzję o byciu razem nareszcie w jednym miejscu, na co czekałam jak głupia. Uważam, że pozostało nam tylko albo to zakończyć albo być razem w jednym miejscu, nasz związek na odległość rodzi zbyt wiele sprzeczek. Czasem nachodzą mnie jednak myśli czy robię dobrze, czy te wszystkie nieporozumienia, które zostały za nami nie są może bazą, z której zrodzą się jakieś inne problemy we wspólnym już życiu? Może braki, o których mówiłam wcześniej nie są tylko błahostką? Że ilość utrapienia i łez jakie się przelały zanim doszliśmy do punktu, w którym jesteśmy może świadczą o czym niedobrym?
Równolegle z poznaniem mojego chłopaka, kiedy tak bawiliśmy się w kotka i myszkę i kiedy byliśmy w zasadzie wyłącznie przyjaciółmi, poznałam mojego kolegę. Bardzo chciałam go poznać. Imponował mi. Był ze starszego grona naszych znajomych. Poznaliśmy się, zawiązała się relacja choć bez żadnych deklaracji. Po prostu spędzaliśmy razem czas poznając siebie, chodziliśmy raz po raz na randki, ale nie była to relacja oparta wyłącznie na seksie, ja wtedy byłam dość ostrożna bojąc się konsekwencji. Wówczas wolałam nie zachłysnąć się tym za mocno, bo nie byłam pewna jego uczuć, nigdy o tym nie rozmawialiśmy, jakoś tak było dobrze i tyle. W zasadzie żadne z nas nie chciało nazywać nas niczym ponad, to co było, nikt chyba nie wpadł na to żeby cokolwiek z tym zrobić. Nie wiem dlaczego, może on wiedział, że to długo nie potrwa - był to czas kiedy oboje wyjeżdżaliśmy do innych miast na studia, a może stwierdził, że skoro nie chodzimy do łóżka, to może nie ma co
Mimo to, odkąd pamiętam, odkąd w zasadzie przestaliśmy romansować, to od czasu do czasu ze sobą rozmawiamy, pisał do mnie nawet kiedy miał nową dziewczynę, pytaliśmy co u nas słychać itd., zdarzały się przelotne widzenia w rodzinnym mieście. Dla mnie ten temat był jednak zamknięty, skoro on tak to poprowadził i skoro znajdowaliśmy się tak daleko od siebie, każde zaczynało wtedy życie na nowym gruncie - zostawiłam to. Choć podczas wymieniania słów w internetowych komunikatorach czułam jakiś lekki żal. Niedawno mieliśmy okazję na chwilę rozmowy, w większym gronie, był także mój chłopak. Było naprawdę miło, zaświeciły mi się mocniej oczy, między wierszami wspominaliśmy urywkowo stare czasy. Czułam, że kwitnę, czułam się trochę jak na haju, jakbym wypiła łyk czystej energii, czułam, że chce mi się głębiej oddychać podczas tego spotkania, że ciągle mi mało. Na pożegnanie spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy na kilka sekund. (Zabrzmiało jak scenariusz telenoweli!)
Od tamtej pory minęło kilka dni, a ja chodzę jak zakochana nastolatka. Jeszcze wczoraj spotkałam go przypadkiem, ugięły mi się kolana.
Niemal wszystkie chwile, które z nim przeżyłam powróciły w postaci bardzo wyraźnych wspomnień. Znalazłam nawet kilka pamiątek i moich zapisków, jak bardzo ważny był dla mnie w tamtym czasie. Dzisiaj, jako kobieta, nie jako dziewczynka, którą byłam kiedy go poznałam, czuję jakbym przez tą ostrożność i dystans, który do niego miałam , jakbym oszukiwała wszystkich, a przede wszystkim siebie, że nie brałam tamtego romansu serio, żeby uniknąć cierpienia - i to się w zasadzie udało, ale czytając swoje słowa sprzed 5 lat (takie zapiski jak w pamiętniku, trochę poetyckie, trochę terapeutyczne) uderzyła mnie ich waga i sposób w jaki wówczas go postrzegałam. Był wtedy dla mnie ideałem mężczyzny, z którym chciałabym być. Spędzaliśmy czas w tak fajny, spontaniczny sposób, robiąc nowe rzeczy - tego też brakuje mi w obecnej relacji. Ja wiem, że pewne rzeczy czasem ludziom się wydają pod wpływem silnych emocji, ale wyczuwałam jego zainteresowanie tego wieczora, jakiś taki magnes, który kazał nam na siebie patrzeć przeciągle, wyciągać wspomnienia.
Chciałabym zaproponować mu spotkanie, nie wiem, mam ochotę z nim po prostu porozmawiać, poznać go po tych pięciu latach, jaki jest. Czuję, że bardzo bym potrzebowała wyprania tych starych brudów, które pozostawiły nas bez słowa wyjaśnienia, ale czy zdobędę na to odwagę?
Jednocześnie czuję się nie fair, że uruchomiły się we mnie w ogóle takie emocje, jestem przecież w związku, ale nie zrobiłam tego na życzenie, to po prostu się stało.
Usiłuję analizować to z różnych stron, rozsądnie, ale wydaje mi się, że dopóki nie wyjaśnię tego wszystkiego z nim, od a do z jakie były powody, że tak sie rozpadliśmy - nie pójdę w przód. Dojrzałam przez te 5 lat, spojrzałam na mój związek i na tamtą relację innymi już oczami. Być może, to co było, było zarezerwowanego wyłącznie dla tamtego etapu i może musi tam pozostać, ale dopóki on nie przedstawi swojej perspektywy (o ile zrobi to szczerze i uczciwie), to będzie mi to wiercić dziurę w brzuchu - jak wyglądałoby moje życie gdybyśmy wtedy zachowali się inaczej.