Cześć moi kochani..
Przychodzę do was z pewnym pytaniem. Które mnie gryzie od pewnego czasu.
Mam narzeczonego od 3 lat i córeczkę 2 latka. Po krótkim czasie zdecydowaliśmy się na dziecko, bo chcieliśmy i widziałam jak się zmienił chociaż słyszałam o nim jaki był. Doroslal, a tak mi się s sumie wydawało.
Od roku przestałam mieć ochotę na wszystko, na całowanie na przytulanie itd. Nie chce po prostu. On też się zmienił ma gdzieś moje zdanie, prośby. Robi po swojemu... Nie ma chęci zajmować się dzieckiem wszystko robię ja (No bo on przecież pracuje) padam na twarz już coraz częściej.
Muszę go o wszystko prosić, żeby coś zrobił czy nawet po sobie posprzątal. Jest strasznie nie odpowiedzialny
Jak gdzieś wyjdę że znajomymi, cieszę się że nie idzie z nami, bo muszę się za niego wstydzić.
A teraz do rzeczy. Mam przyjaciela od 6 lat, który mieszka 80 km ode mnie czyli praktycznie w moim rodzinnym mieście.
Wiem że w czasach naszej większej przyjaźni ł, był we mnie zakochany. Ale znalazł sobie kobietę, a ja chyb a niestety mężczyznę.
Kontakt się urwał, ale czasami rozmawialiśmy.
W ostatni weekend byłam u rodziców i widziałam się z nim 3 dni wieczorem. Pojechaliśmy na przejażdżkę na pizzę nad wodę na imprezę trochę się pobawić. I mam mętlik w głowie.
Jest cudowny. Potrafi wysłuchać, doradzić, jak trzeba porozmawiać o poważnych tematach wie co powiedzieć, odebrałby o każdej godzinie dnia i nocy gdyby się coś działo (gdybym zadzwoniła do narzeczonego wydarl by się na mnie że to obudzilam)
Wiedziałam że taki jest, ale po prostu wcześniej nie zwracalam na to uwagi, bo nie miałam dużego doświadczenia z facetami i wydawało mi się że większość facetów tak się zachowuje.
Pisałam z nim na temat narzeczonego jak jest. Mówił że on rozumie i że w ciągu roku jak będzie źle dalej mam do niego dzwonić i on mnie stąd zabierze razem z dzieckiem. Że wyjdziemy gdzieś i będzie super.
A ja od początku przyjaźni słuchałam od niego jak on by chciał mieć już rodzinę i dzieci. I wiem że on naprawdę by chciał, bo mój narzeczony chyba nie spodziewał się odpowiedzialności i , że jak mnie już zdobył to nie musi się starać...
Ale....
Nie potrafię od narzeczonego odejść... Może i jestem jakaś dziwna, skoro tak jest to lepiej być samej, tylko boję się tego, bo może nie wyjść. A nie chce tkwić w tym, bo naprawdę czuje się źle. Boję się reakcji dziecka, wie kto to tata czeka na niego, chociaż mało się nią zajmuje. Rozdziela obowiązki między nami zamiast bezinteresownie zrobić dziecku mleko czy nakarmić .
Boję się, bo chyba przyzwyczaiłam się do takiego okropnego życia i NIE WIEM CO ROBIĆ !
Ciężko mi jest a zarazem ciągle myślę, że będzie dobrze że będzie lepiej. A jak jest lepiej to na jeden dzień. I potem znowu męka i znowu jeden dzień lepiej, a ja chciała bym się poczuć kochana.... uważałam, że to ten jedyny. Ale bez porównania jest całkiem inny od mojego przyjaciela.
Przytoczę jedna sytuację. Wyobrażacie sobie wypad do znajomych ot tak posiedzieć ? Każdej koleżanki chłopak jest trzeźwy ogarnięty. A ja muszę patrzeć ciągle na wypita twarz i robiąca dziwne rzeczy za które ja się wstydzę ?
Prośby groźby nie działają.
Przyjaciel mówi że będzie na mnie czekał..
I zastanawiam się czy nie przecierpiec z 2 miesiące... co o tym myślicie ? Może i jestem głupia, ale strasznie dobrze czuje się w jego towarzystwie. Codziennie dzwonię do niego jak mam możliwość. Może i głupio robię, ale ciągle o nim myślę:( dobrej nocy ..