Drogie Netkobiety,
Długo zbierałam się w sobie, żeby opisać mój problem w internecie. Prawdę mówiąc nie wiem co mam zrobić ani nie mam do kogo się zwrócić, więc uznałam, że anonimowość w internecie to jedyne co mi zostało. Jestem głupia, to chyba należy zaznaczyć na wstępie, głupia i naiwna.
Kiedy byłam w drugiej klasie podstawówki, mój ojciec zostawił moją Mamę dla kochanki. Od tamtego czasu wiem, że faceci zdradzają, i że nie wolno im do końca zaufać. Niestety w tym przypadku to przekonanie zwróciło się przeciwko mnie. Zacznę jednak od początku, bardzo przepraszam jeśli będzie długo i miejscami rwanie, piszę jednak jednocześnie płacząc i powstrzymując napady paniki.
Jestem obecnie na piątym roku studiów magisterskich, studiuję w dużym mieście, mieszkam w małym miasteczku, mniej więcej półtorej godziny drogi pociągiem. Da się dojeżdżać jest to jednak mocno uciążliwe. Dlatego już na pierwszym roku licencjatu zakręciłam się za wynajmem pokoju na tydzień, szczęśliwie moja siostra, która studiuje zaocznie również była zainteresowana wynajmem, ona chciała jednak wynajmować w weekendy. Wynajęłyśmy więc pokój na spółkę, ona mieszkała od piątku do niedzieli, ja od poniedziałku do piątku. Kosztami dzieliłyśmy się po równo, ona pracuje w tygodniu na pełen etat więc chciała mi trochę ulżyć i nie chciała słyszeć o innym podziale (bardziej proporcjonalnym). Oprócz nas w tym mieszkaniu mieszkał jeszcze jeden facet Michał, który wynajmował drugi pokój, właścicielką była młoda dziewczyna, która od wielkiego święta zajmowała trzeci pokój.
Moja siostra miała faceta, który obecnie jest jej narzeczonym (ślub w przyszłym miesiącu). Ja byłam sama, pierwszy rok studiów minął jak z bicza strzelił, nie szukałam faceta ale jakaś randka się trafiła, zwykle pojedyncza i delikwent od razu próbował zaciągać mnie do łóżka więc grzecznie dziękowałam i nie zgadzałam się na drugą randkę. Byłam dziewicą i planowałam mieć w życiu tylko jednego mężczyznę, nie musiałam czekać do ślubu ale zdecydowanie chciałam się upewnić, że facet jest "wart grzechu" i że jest szansa na wspólną przyszłość.
W ten sposób, trafiłam na niego... Mateusz, doktorant na innym wydziale, który robił sobie dodatkowo magisterkę u mnie na kierunku (tak na zasadzie, że mu się przyda do późniejszej pracy). Facet jakich mało, przystojny, inteligentny (dwie magisterki i doktorat) o ładnej budowie ciała ale przede wszystkim nieziemski charakter. Wystarczyło pięć minut i stawał się centrum każdej grupy. Wszystkie wolne kobiety dawały mu swój numer pod byle pretekstem, nawet nie siląc się na zachowanie pozorów niedostępności... Ze mną było nieco inaczej. Lubiłam go, nie dało się nie lubić, ale uważałam że ktoś z takim powodzeniem to najlepszy materiał na przelotny romans, nie na stały związek a tylko to mnie interesowało. On okazał się być jednak nieco bardziej złożony niż na początku myślałam. Miał indywidualny tok studiów, uczęszczał jako wolny słuchacz na niektóre nasze zajęcia, często wdawał się w dyskusję z prowadzącym, ja również mam to w zwyczaju. Jak nie trudno się domyślić, często mieliśmy różne zdanie na ten sam temat ale zawsze dyskutowaliśmy w poszanowaniu drugiej strony. To ważne, bo on naprawdę mógł wykorzystać fakt bycia doktorantem i sprowadzić studentkę drugiego roku do parteru argumentem "wiem lepiej z doświadczenia" nigdy jednak tego nie zrobił. Nasze dyskusje przeniosły się poza uczelnie, pewnego dnia zamiast na kawę po zajęciach zaprosił mnie na kolację... Było wspaniale, odprowadził mnie do domu i pocałował... Zrobił to bez pytania ale bardzo powoli, tak że miałam czas się "uchylić" ponadto to był tylko mały buziak, nie próbował niczego więcej, pożegnał się i zapytał czy możemy to kiedyś powtórzyć.
Spotykaliśmy się regularnie, on obronił doktorat, ja zrobiłam licencjat. Mateusz nie został na uczelni, twierdził że psia płaca. Założył firmę i szybko okazało się, że faktycznie uczelniana pensja to jakiś ochłap dla człowieka z jego zdolnościami i charyzmą. Kupił mieszkanie i zaproponował, żebym nie płaciła komuś za pokój i tak większość czasu spędzaliśmy u niego. Zgodziłam się więc ale (naiwna) martwiłam się o siostrę więc poprosiłam o nocleg dla niej w weekendy. Przez trzy lata to ona pomagała mi z czynszem (no bo wiecie sama mieszkała tylko dwa dni od piątku wieczora do niedzieli południa a płaciła połowę). Zgodził się, i tak miał wolny pokój gościnny więc nie było problemu. Byłam bardzo szczęśliwa, trochę się martwiłam bo wiedziałam, że kobiety na niego lecą ale starałam się tego nie okazywać. Na magisterce miałam zajęcia dwa- trzy dni w tygodniu ale i tak cały tydzień spędzałam z nim, do domu wracałam na weekendy, żeby Mama nie była sama w domu. W weekendy moja siostra była u niego więc w zasadzie myślałam, że nie ma okazji, żeby coś "przeskrobał".
I tutaj pojawia się cały dramat. Pewnej niedzieli, moja siostra wróciła do domu, była wyraźnie nieswoja, zapytałam ją co się stało. Wybuchła, płacz, krzyk i tak dalej. Że mój facet się do niej dobierał, że najpierw z nią flirtował, potem musiała go spoliczkować jak próbował jej dotykać. Byłam w szoku, moja trauma z dzieciństwa podpowiadała mi, że faceci tacy właśnie są i nie potrzebnie mu zaufałam. Poszłam na dworzec, wsiadłam w pierwszy pociąg wpadłam do niego z awanturą. Tłumaczył, prosił deliberował...
Jego wersja brzmiała tak, to moja siostra się do niego dobierała cały weekend, to on ją spławiał notorycznie aż do późnego wieczora kiedy poszedł do swojej sypialni a ona weszła do niej w samej bieliźnie. Wtedy też wyrzucił ją z pokoju i oświadczył, że pierwsze co rano zrobi to zadzwoni do mnie. Rano jednak siostra przyszła do niego ponownie. Przepraszała, twierdziła że narzeczony ją zdradzał i chciała się odegrać. Błagała, żeby nic mi nie mówić, a on uznał że do niczego nie doszło i nie chce niszczyć relacji między siostrami więc zgodził się milczeć. Nie uwierzyłam mu. Moja siostra nic nie mówiła, o żadnych zdradach jej mężczyzny, zresztą do ślubu mieli wtedy cztery miesiące. Uznałam, że na szybko zmyśla, żeby się wybielić, to zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Zabrałam swoje rzeczy i wróciłam do domu.
Pisał do mnie, przepraszał, że od razu nie zadzwonił starał się wszystko wyjaśnić, ja jednak nie wierzyłam. Siostra "wspierała" mnie w moim postanowieniu. Twierdziła, że jak raz próbował, to już taki jest i prędzej czy później będzie mnie zdradzał, bo taka już natura zdrajców... W końcu po pewnym czasie zebrałam się w sobie i napisałam mu, że ma przestać próbować. Że jeśli się przyzna to może porozmawiamy jeszcze ale jeśli będzie dalej twierdził, że nic nie zrobił to nie mamy o czym rozmawiać. Odpisał wtedy jedno zdanie i już potem nic. Napisał do mnie wtedy "Nie zamierzam kłamać, napisz jak mi uwierzysz."
Minęło trochę czasu, na ostatnim semestrze mam głupi plan. Na zajęcia jeździłam w poniedziałki, środy i piątki. Zagadałam do mojej dawnej właścicielki, czy pokój jest wolny i na nowo go wynajęłam. Mój współlokator się nie zmienił, to spoko facet. Zapytał mnie co się stało, że wróciłam bo wiedział że mieszkałam u mojego faceta. Jaka była jego mina jak słuchał tej historii... Mój Boże, już jak opowiadałam wiedziałam, że coś nie gra... Kiedy skończyłam on wydukał tylko cienkim głosikiem, że musi się napić i to natychmiast i za chwile coś mi powie, nie wie jak ma to zrobić ale na pewno mi powie... Wyjął z zamrażalki jakąś starą flaszkę, nawet nie lał do kieliszka pociągnął z gwinta kilka sporych łyków usiadł złapał się za głowę i powiedział: "Twoja siostra kłamie, bardzo cię przepraszam, że to powiem ale jest zwykłą szmatą".
Jak się okazało, kiedy moja siostra przyjeżdżała na weekendy do tego pokoju w którym mieszkałyśmy na zmianę to sypiała z Michałem. Mimo, że miała faceta, a później narzeczonego. Michał nie wiedział o nim, wcześniej jakoś o niej nie rozmawialiśmy. On unikał tematu, zresztą trudno się dziwić w końcu był z moją "kochaną" siostrą na "układzie". Całość wyglądała tak, że oboje potrzebowali seksu, a jeśli któreś z nich weszłoby w stały związek to kończą "układ" bez pretensji i wspominania o nim. Tyle że moja siostra cały czas była w takim związku. Co ważniejsze, to właśnie ona to zaproponowała, twierdziła że nie może sobie nikogo znaleźć a potrzebuje seksu "jak powietrza". Uwierzyłam Michałowi, on nie miał raczej dobrej gadki na podryw, więc nie sądzę aby zaproponował coś takiego poza tym po co miał kłamać żeby postawić i ją i siebie w złym świetle?
Wróciłam do domu, powiedziałam wszystko Mamie, kiedy siostra wróciła do domu zdziwiła się że mnie w nim widzi w dodatku zapłakaną. Na początku się wypierała, twierdziła, że pewnie mój były przekupił Michała, żeby tak powiedział. Mama kazała do niego zadzwonić, ten powtórzył wszystko przez telefon i zobowiązał się, że przyjedzie i powie to samo jej narzeczonemu, a jeśli będzie trzeba to zbierze nawet "po mordzie", bo nawet jeśli nie wiedział to sypiał z zajętą dziewczyną. Dopiero wtedy siostra pękła. Przyznała się do wszystkiego. Oczywiście do uwodzenia mojego Mateusza również, jak się okazało wszystko co mówił było prawdą.
Jestem taka głupia, miałam wspaniałego mężczyznę, który był ze mną szczery a ja nie potrafiłam rozpoznać, że to moja siostra była dwulicową żmiją.
Bardzo was przepraszam za tak długi tekst, chciałam jednak przedstawić sytuacje w pełni. Mam do was kilka pytań:
Co robić z narzeczonym siostry. Ona błaga, żeby mu nie mówić. Nie wiem czy on uwierzy, Michał jest jednak gotowy mnie poprzeć, ma od niej nawet jakieś sms-y o oczywistej treści. Mama wierzy, że siostra szczerze obiecuje poprawę, jest jednak zdania że to ja powinnam podjąć decyzję i niezależnie od niej mnie poprze. Oczywiście jak to w małym miasteczku, wszyscy szybko się dowiedzą co się stało jak miesiąc przed ślubem ten zostanie odwołany a rodzina pana młodego na pewno wszystkim powie dlaczego. Nie wiem co mam zrobić, myślę jednak że powinnam wydać siostrę temu jej narzeczonemu, on nie zasługuje na to żeby nie wiedzieć o tym co mu robiła za plecami.
Drugie i ważniejsze dla mnie, jak prosić o wybaczenie? W tej sytuacji nie mam wątpliwości, że muszę przeprosić Mateusza. Minęły trzy miesiące, od jego ostatniej wiadomości, pisał w niej jednak że mogę napisać jak mu uwierzę... Nie mam pojęcia czy kogoś sobie znalazł, wracają do mnie teraz jego słowa, które wypowiadał kiedy się tłumaczył. Że gdyby chciał mnie zdradzać, to nie byłby tak głupi żeby próbować z moją siostrą, że jakby chciał seksu to mógłby iść incognito do burdelu albo na dyskotekę i wyrwać jakąś pustą laskę na samochód. W zasadzie pewne jest, że miał rację, że on szybko mógłby sobie kogoś znaleźć... To jednak mniej istotne, nawet jeśli kogoś już ma, to muszę go przeprosić, nawet jeśli nie pozwoli mi znów się z nim spotykać to zwyczajnie musi wiedzieć, że moja siostra dostała za swoje a ja wiem, że jestem kretynką...
Jak myślicie jak powinnam zagadać? Czy napisać mu wszystko? Czy może lepiej zadzwonić? Próbować umówić się na spotkanie? Jestem pewna, że w obecnym stanie miejsce publiczne odpada, na pewno się poryczę jak tylko go zobaczę i nie chcę żeby ludzie dookoła myśleli, że to jego wina. Do pokoju głupio mi go zaprosić, tam jest tylko łóżko i biurko, a do niego się przecież nie wbiję... A może powinnam, może powinnam do niego zapukać i przeprosić osobiście, a jak mi potem powie, że mam się wynosić to zrozumiem.
Proszę poradźcie coś...