Witajcie. Mój problem a w zasadzie problemy życiowe są dosyć złożone.
Przede wszystkim borykam się z nieśmiałością, brakiem znajomych, przyjaciół, partnerki i statosunkowo dużej motywacji do życia, działania.
W moim wieku ludzie, na przykład Ci otaczający mnie w rodzinie i poza nią mają już dosyć poważnych partnerów, tworzą narzeczeństwa, mniej lub bardziej złożone związki. Często formalizują związki, zakładają rodziny i zajmują się dziećmi. Oglądanie tego jest coraz bardziej dołujące gdyż chyba jako jedyny z rodziny "zostaję w tyle" i u mnie nic się nie zmienia od lat.
Zapewne to samo działoby się w towarzystwie znajomych, kolegów, przyjaciół. Gdybym ich tylko miał.A nie mam. Od zawsze.
Nie żebym jakoś wybitnie chciał tego co oni ( ślub, dzieci, "przewidywalne i ułożone życie" i tym podobne ) i dążył by za wszelką cenę to nadrobić jednak patrząc na takie obrazki ma się wrażenie, że jest się innym, gorszym bo się tego nie doświadczyło lub nie doświadcza.
I każda okazja "rodzinna", impreza rodzinna gdzie można zapraszać osoby towarzyszące a nawet urodziny są samotne. To boli i to cholernie mocno, zwłaszcza w urodziny gdzie nikt, absolutnie nikt o Tobie nie pamięta.
Czego próbowałem by zmienić ten stan? Różnych rzeczy. Niektóre z tych starań były stosunkowo długofalowe, inne sporadyczne lub krótkie. Żadne jednak nie przyniosło jako takich, dość widocznych efektów. Niby są jakieś kroki naprzód jednak ja tego jakoś nie odczuwam. Na pewno jest lepiej niż jakiś czas temu choć nadal siedzę w tej samej dołującej stagnacji.
Starałem się poznawać ludzi przez internet. Relacji tych było stosunkowo dużo choć tylko parę przetrwało jako tako próbę czasu i próbę "człowieka". Zawsze niemal wynikały jakieś dość duże zgrzyty. Starałem się także w miarę możliwości przenosić te relacje z internetu do "reala" jednak zazwyczaj, prędzej czy później to także się sypało mówiąc kolokwialnie. I to niezależnie od tego czy czułem coś więcej czy nie do danej osoby.
Zdarzało się też próbowanie zagadywania w "realu" jednak po krótkiej chwili i tak wychodziłem z tej walki jeszcze bardziej zdołowany.
Portale randkowe, różnorakie to również jako tako przerobiony przeze mnie temat i nie wydaje mi się by dla mnie to było dobre rozwiązanie. Może inni w ten sposób znaleźli szczęście, ja jednak nie jest do tego sposobu przekonany.
Myślałem że takie działania jak jakieś spacery, zwykłe wychodzenie z domu by się nawet przejść lub połazić gdziekolwiek - od deptaków po jakieś galerie handlowe ( by sobie coś kupić nowego do ubrania na przykład ) lub coś podobnego przyniosą choćby minimalną poprawę lub ulgę jednak to też nie działało tak jakbym tego chciał.
Oczywiście próbowałem odkryć "po drodze" dlaczego jest tak a nie inaczej, jednak nie doszedłem chyba do żadnych konkretnych wniosków. Wygląd to kwestia indywidualna, może i nie jestem typowym "przystojniakiem" jednak nie wydaje mi się, żebym był wybitnie nieatrakcyjny. Nie tylko od strony stricte wyglądu. Zdaje sobie sprawę ze swoich wad i nazwijmy to niedoróbek fizycznych jednak chyba nic się nie da z nimi zrobić. Podobnie jest z kwestią charakteru, emocjonalności.
Zresztą inną kwestią są te wszystkie "związki" międzyludzkie oraz podejście ludzi do nich. Być może jest to mylne przekonanie jednak mam nieodparte wrażenie, że teraz coraz więcej tych "związków" oparte jest na wzajemnych korzyściach ( typu mieszkanie, pieniądze, bogactwo, luksusowe/beztroskie/bezproblemowe/łatwe życie ) lub tylko i wyłącznie na pociągu seksualnym ( oczywiście odróżniam wolne związki lub twory typu fuckfriends jednak w małżeństwach lub monogamicznych związkach powinno być normalne zasady ). Trudno mi też nie mówić, że duża część związków oparta jest na pozornej miłości, kłamstwie, ułudzie a może nawet i pazerności. Tym bardziej ciężko jest mi znaleźć jakąkolwiek interesującą mnie partnerkę.
Umieściłem ten temat w dziale o seksie, gdyż problem po części również wiąże się z tym aspektem. Można się domyśleć po wcześniejszych linijkach, że i w tej kwestii jestem "zacofany", nawet bardzo zwłaszcza, że teraz mamy takie czasy gdzie rzekomo nawet 14-17 latki bzykają się z kim i gdzie popadnie. Nie żebym jakoś wybitnie rozpaczał z tego względu, że nie miałem partnerki seksualnej lub żebym zazdrościł czegoś tym małolatom jednak mam dziwne przeczucie, że gdyby anonimowa osoba dowiedziała się o tym, że nie sypiałem z nikim od razu by się odruchowo wzdrygnęła a może nawet "uciekła" gdyby to była potencjalna partnerka.
Nie powiem, że nie brakuje mi bliskości, czułości, seksu, tak tego okazywanego jak i dawanego ale prosiłbym by nie wrzucać mnie do worka "frustrat BO prawiczek" gdyż tak nie jest. Brakuje mi tego, po prostu. Zwyczajnie, tak jak każdej zdrowej osobie która nie jest aseksualna. I owszem, można takie potrzeby w różny sposób zagłuszać ale na dłuższą metę to niestety nie jest efektywne.
Poza tym im więcej myślę i się zastanawiam nad tym wszystkim ( kobiety, bliscy, przyjaciele, znajomi, związki, seks ) tym coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie ma chyba takiej osoby przy której byłbym szczęśliwy i spełniony. Choćby na pięć minut.
Prosiłbym też o nie przenoszenie wątku do innego działu gdyż nie oszukujmy się, konsekwencją jakiegokolwiek poważniejszego związku zazwyczaj jest seks. I brak tegoż również mi doskwiera, czasami mocniej, czasami nie. Jednak jak mówiłem, prosiłbym o nie przylepianie mi etykietki desperata, który uważa, że jak wyląduje z kimś w łóżku to to rozwieje wszelkie wątpliwości a problemy prysną niczym bańka mydlana. Seks zapewne jest ważny i do tego chcąc nie chcąc się dąży jednak nie jest to mój nadrzędny cel.
Jeżeli są jakieś pytania, które mogłyby pomóc rozwiązać choćby po części mój problem proszę napisać w temacie, trudno było mi opisać całość problemu i najważniejsze kwestie w jednym poście i to naraz gdyż jest to po prostu zbyt szerokie zagadnienie. Postaram się w miarę możliwości na nie odpowiedzieć.