Witam wszystkich,
Na wstępie chciałbym powiedzieć, że jestem z moją dziewczyną ponad 1,5 roku i naprawdę bardzo ją kocham. Może nie tak bardzo i fanatycznie jak kiedyś, bo zbyt dużo było złych chwil między nami, ale jednak kocham, wiem o tym. Jest moją pierwszą partnerką. Oboje mamy po 20 lat.
Mój, a w zasadzie nasz problem, polega na tym, że ona nie chce seksu. Powodem jest(nie jestem pewny w 100%) jej były partner, z którym była już w wieku 15 lat. Był o 7 lat starszy.
Byli ze sobą przez 3 lata. Powiedziała mi, że przez ostatni rok musiała z nim kilka razy uprawiać seks, mimo że nie chciała. Robiła to wbrew sobie, można powiedzieć że to były gwałty. W dodatku nie był delikatny, podczas ich pierwszego stosunku bardzo ją bolało, płakała, a on nie chciał "przystopować".
Tak więc generalnie to jest powód tego aseksualizmu z jej strony. Jednak nie chodzi nawet o sam seks. Żadna rozmowa na ten temat po prostu nie ma prawa wg niej przebiec. Jedyne rozmowy jakie z nią odbyłem, to 2 razy, gdy ją pytałem, jak to z nim było oraz 2 razy, gdy sam w końcu zaproponowałem(mniej więcej 4 miesiące i kilka dni temu), zawsze owocowało to wielką kłótnią, którą inicjowała, płaczem i obrażaniem się z jej strony, nawet wyzywaniem mnie od najgorszych egoistów i przyrównywaniu mnie do jej byłego. Dodam jeszcze, że jej edukacji seksualnej podjął się właśnie on, wprowadził ją do seksu, w teorii i praktyce, jednak z nim nie miała problemów z rozmową na ten temat.
Jedyne zbliżenia jakie dochodzą między nami, to wzajemny pieszczoty raz na jakiś tydzień lub dwa oraz seks oralny, który od dłuższego czasu odbywa się raz na 1,5 miesiąca albo rzadziej, nie satysfakcjonuje mnie to, że robimy to w takich odstępach, zwłaszcza, że na początku związku robiliśmy to dużo częściej. Raz jedyny doszło do penetracji, ale trwało to może 2 minuty i byłem niezwykle powolny i delikatny(wtedy sądziłem, że jest dziewicą), wtedy jednak jeszcze była ta euforia i zauroczenie z jej strony. Nigdy jednak nie naciskałem na seks, zwłaszcza że dotychczasowe propozycje kończyły się kłótniami, jest to dla niej bardzo drażliwy temat, ale dzisiaj gdy znowu doszło między nami do sprzeczki, to powiedziała, że nigdy w życiu nie będzie seksu i jeżeli mi to nie odpowiada, to mogę sobie poszukać dziewczyny, która "będzie mi dawać dupy"...
Coś o czym jeszcze muszę wspomnieć, bo to zapewne również bardzo ważne: ona mnie nie kocha. Nigdy nie kochała. Zapewne coś do mnie czuje, ale nie jest to miłość, ten związek istnieje jeszcze, ponieważ ja ją na tyle mocno kocham, żeby wierzyć w to, że coś się w przyszłości zmieni(jednak już nawet ta nadzieja wymiera we mnie).
Przeraża mnie fakt, że miałbym z nią spędzić resztę życia, bez żadnego stosunku(no może w celach prokreacyjnych). Ale nawet nie to jest najgorsze. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tym aspekcie dotkliwie odczuwam brak uczucia z jej strony i cały czas porównuję się z jej byłym(zawsze to robiłem, przez cały związek, w każdej dziedzinie), czuję się od niego gorszy, niepotrzebny, w końcu z nim stać ją było na takie poświęcenie(jako dziewica, niepełnoletnia), ze mną nawet nie może porozmawiać o tak ważnej przecież kwestii. Planowała z nim wspólne życie, mi w złości powiedziała, że ze mną takowego nie widzi. Często widzę ich oczyma wyobraźni jak to ze sobą robili. To okropne uczucie, w dodatku przez pierwsze miesiące naszego związku byłem pewny, że jest dziewicą, a znałem ją jeszcze 2 lata przed naszym zejściem. Popadam w depresję, coraz bardziej poważną, nie tylko z powodu opisanego w temacie, ponieważ jest więcej problemów w naszym związku, ale o nich już nie będę pisał.
Co mam robić? Mam czekać dalej? Wiem, że po takich przejściach jakich ona doznała, muszę być cierpliwy, wyrozumiały i kochający, ale czy 1,5 roku bez żadnego progresu(wręcz przeciwnie) to nie za dużo? Co wy byście poczynili? Potrafilibyście być w związku bez seksu? Bez uczucia ze strony partnera?
Aha, dochodziło już między nami do rozstań, a raczej do ich prób, raz z jej, raz z mojej strony, jednak zawsze któreś z nas niweczyło ten zamiar. Sam wiem, że po jej odejściu załamałbym się, nikt tyle nie znaczył dla mnie co ona. Jest(a może była) dla mnie jedynym oparciem, rodzina nie szanuje mnie, a kumple to zwykłe fałszywki, których nic nie obchodzę. Dlatego właśnie piszę tutaj, nie mam z kim o tym porozmawiać.
W dodatku uczęszczam z nią na ten sam kierunek studiów, nawet jesteśmy w tej samej grupie, po rozstaniu musiałbym zrezygnować z tego semestru, gdyż nie potrafiłbym pozbierać się po rozłące, widując ją na co dzień.
Z niecierpliwością czekam na odpowiedzi.
Pozdrawiam.