netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

168 odpowiedzi23 456 wyświetleńzałożony przez madula, 27.11.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Strony Poprzednia 1 2 3

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 131 do 169 z 169 ]

131 Ostatnio edytowany przez Czarna Kotka (2015-12-03 14:58:56)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Exocop
Hę?
Ja pisałam o wybiórczym postrzeganiu rzeczywistości, o wybieraniu sobie z tekstu tego, co pasuje do danej teorii i ignorowaniu lub podważaniu tego, co nie pasuje. O nadinterpretacjach.
Ty, w odpowiedzi na to, o zasadach, zderzając w bonusie stary dobry las, z nowym (nie za dobrym chyba, co? Skoro modnym?) apartamentowcem. Jaką drogą doszedłeś od jednego do drugiego, to wiesz tylko Ty i znów: nadinterpretacja.
Podsumowując, w odpowiedzi na uwagę o nadinterpretacji wysunięto drugą większą nadinterpretację. Dobra robota wink
PS: W awatarze mam kodama.

Secondo
Ona nie wybiela się. Widzi swoje błędy. Jakimi terminami oceniała swoje postępowanie? Niestety, niektórzy widzą tylko to, że zdradziła, a to znaczy, że ona musi być ta zła i winna wszystkiego, a jej mąż bez skazy, jeśli pisze że walczyła to kłamie, a jesli pisze że próbując rozmawiać z mężem napotykała na ścianę, to się wybiela (gipsem z tej ściany).

132 Ostatnio edytowany przez Excop (2015-12-03 15:07:17)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Czarna Kotka napisał/a:

Exocop
Hę?
Ja pisałam o wybiórczym postrzeganiu rzeczywistości, o wybieraniu sobie z tekstu tego, co pasuje do danej teorii i ignorowaniu lub podważaniu tego, co nie pasuje. O nadinterpretacjach.
Ty, w odpowiedzi na to, o zasadach, zderzając w bonusie stary dobry las, z nowym (nie za dobrym chyba, co? Skoro modnym?) apartamentowcem. Jaką drogą doszedłeś od jednego do drugiego, to wiesz tylko Ty i znów: nadinterpretacja.
Podsumowując, w odpowiedzi na uwagę o nadinterpretacji wysunięto drugą większą nadinterpretację. Dobra robota wink
PS: W awatarze mam kodama.

Secondo
Ona nie wybiela się. Widzi swoje błędy. Jakimi terminami oceniała swoje postępowanie? Niestety, niektórzy widzą tylko to, że zdradziła, a to znaczy, że ona musi być ta zła i winna wszystkiego, a jej mąż bez skazy, jeśli pisze że walczyła to kłamie, a jesli pisze że próbując rozmawiać z mężem napotykała na ścianę, to się wybiela (gipsem z tej ściany).

Nieźle, wcale nieźle, Czarna Kotko. smile
Niestety, choć czuję wielką potrzebę repliki powstrzymam się, by Moderacji nie dokładać stresu. smile
Spotkamy się zapewne w innych, podobnych wątkach, więc daruję sobie na razie. smile

133

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Czarna Kotka napisał/a:

Exocop
Secondo
Ona nie wybiela się. Widzi swoje błędy. Jakimi terminami oceniała swoje postępowanie? Niestety, niektórzy widzą tylko to, że zdradziła, a to znaczy, że ona musi być ta zła i winna wszystkiego, a jej mąż bez skazy, jeśli pisze że walczyła to kłamie, a jesli pisze że próbując rozmawiać z mężem napotykała na ścianę, to się wybiela (gipsem z tej ściany).

Widzi swoje błędy - jakie ?

Nie pisałam, ani że jest winna "wszystkiego" ani, że mąż jest bez skazy.
pisałam :
Mamy subiektywny opis ich historii,
- ona dla małżeństwa zrobiła wszystko,
- mąż nie zrobił nic.
Jak pewnie wiesz, prawda zazwyczaj leży pośrodku.

Za kryzys odpowiadają obydwoje.
Pewnie jedno z nich ma większy udział, ale obydwoje nie są bez skazy.

Natomiast, za to, w jaki sposób jedno z nich chciało w głębokiej konspiracji zakończyć ten związek,
odpowiada tylko ten kto o ten sposób wybrał.

Próba oszustwa i szczery żal że oszustwo się wydało przed czasem....
Nad czym tu kruszyć kopie ?

Za swoje decyzje trzeba ponosić odpowiedzialność.
Czasami nauka o tym fakcie bywa bolesna....

134 Ostatnio edytowany przez Czarna Kotka (2015-12-03 16:15:07)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Exocop
W porządku.

Secondo
Błędy: że w ogóle wyszła za niego za mąż, że zignorowała istotność seksu, że się nie rozwiodła wcześniej.
Zgadzam się, że za kryzys (praktycznie za rozkład) relacji odpowiadają oboje i właśnie dlatego, biorąc dodatkowo pod uwagę jej próby ratowania relacji, uważam przypisanie jej wyłącznej winy za ten rozkład, za niesprawiedliwe.
Jeśli widzę, że moja druga połówka wije się w desperacji, że jest na tyle nieszczęśliwa w relacji ze mna że zaczyna mówić o rozwodzie, to, jeśli ją kocham, ruszam tyłek z miejsca i zaczynam coś robić. A nie siedzę na tym tyłku i ignoruję wszystko, niech sobie baba gada, o zdradziła mnie, ach czemu, przecież ja ja TAK KOCHAŁEM, a to suka.

Za zdradę ponosi winę ona. Wyłacznie. Ale nie za zepsucie relacji.
W konspiracji był jedynie kochanek, temat zakończenia związku przewijał się u nich już od dłuższego czasu.

135 Ostatnio edytowany przez Secondo1 (2015-12-03 16:25:14)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Czarna Kotka napisał/a:

Zgadzam się, że za kryzys (praktycznie za rozkład) relacji odpowiadają oboje i właśnie dlatego, biorąc dodatkowo pod uwagę jej próby ratowania relacji, uważam przypisanie jej wyłącznej winy za ten rozkład, za niesprawiedliwe.
Jeśli widzę, że moja druga połówka wije się w desperacji, że jest na tyle nieszczęśliwa w relacji ze mna że zaczyna mówić o rozwodzie, to, jeśli ją kocham, ruszam tyłek z miejsca i zaczynam coś robić. A nie siedzę na tym tyłku i ignoruję wszystko, niech sobie baba gada, o zdradziła mnie, ach czemu, przecież ja ja TAK KOCHAŁEM, a to suka.

Tu mamy punkt sporny.
Czy rozkład nastąpił przed zdradą ?

Rokład małżeństwa, czyli:
-  zupełne i trwałe
zerwanie więzi:
- emocjonalnej
- ekonomicznej,
- fizycznej

Mieli osobne konta, osobne półki w lodówce, każde chodziło osobnymi ścieżkami, bez wspólnych planów, bez rozmów, bez seksu i to przez min. 6 miesięcy, bez szans na naprawę ?

Tego nie wiemy.

136 Ostatnio edytowany przez umieram (2015-12-03 16:34:39)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Secondo1 napisał/a:

Rokład małżeństwa, czyli:
-  zupełne i trwałe
zerwanie więzi:
- emocjonalnej
- ekonomicznej,
- fizycznej

Mieli osobne konta, osobne półki w lodówce, każde chodziło osobnymi ścieżkami, bez wspólnych planów, bez rozmów, bez seksu i to przez min. 6 miesięcy, bez szans na naprawę ?

Tego nie wiemy.

zastanawiam się... jeżeli weźmiemy pod uwagę parę załóżmy Jadzię i Władka (hipotetyczny związek) którzy są ze sobą hmm... 15 lat. Nie współżyją od np.6 lat, nie wychodzą wspólnie, mają osobnych znajomych, bardzo rzadko rozmawiają, ale Władek jada obiady które gotuje Jadzia, a ich wypłaty wpływają na wspólne konto. Czy możemy mówić o rozkładzie pożycia?

137

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Rozkład nastapił przed zdradą. Jest to jasno opisane.

Została tylko więź ekonomiczna.

138

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

umieram jesteś dla mnie niewiarygodna

139

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
in_ka napisał/a:

umieram jesteś dla mnie niewiarygodna

w czym? w tej dyskusji? nie rozumiem... ale mam nadzieję, że zaraz się dowiem smile

140

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
umieram napisał/a:
in_ka napisał/a:

umieram jesteś dla mnie niewiarygodna

w czym? w tej dyskusji? nie rozumiem... ale mam nadzieję, że zaraz się dowiem smile

dowie się moderacja, że uważam ciebie za trolla, to wszystko w temacie

141

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
in_ka napisał/a:
umieram napisał/a:
in_ka napisał/a:

umieram jesteś dla mnie niewiarygodna

w czym? w tej dyskusji? nie rozumiem... ale mam nadzieję, że zaraz się dowiem smile

dowie się moderacja, że uważam ciebie za trolla, to wszystko w temacie

mam nadzieję że zgłosiłaś to wyżej... zanim zaczęłaś rzucać oskarżenia... to wszystko w temacie.

142

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
umieram napisał/a:

zastanawiam się... jeżeli weźmiemy pod uwagę parę załóżmy Jadzię i Władka (hipotetyczny związek) którzy są ze sobą hmm... 15 lat. Nie współżyją od np.6 lat, nie wychodzą wspólnie, mają osobnych znajomych, bardzo rzadko rozmawiają, ale Władek jada obiady które gotuje Jadzia, a ich wypłaty wpływają na wspólne konto. Czy możemy mówić o rozkładzie pożycia?

Znam bardzo dobrze takie małżeństwo i to nie jedno. Jedna para od lat nawet się nie odzywa do siebie dla świętego spokoju, bo każda rozmowa kończyła się kłótnią. I żyją sobie tak razem pod jednym dachem od lat, starając się nie wchodzić sobie w drogę. On właściwie wciąż je to co żona mu ugotuje, ale nie jedzą tych posiłków razem. Mieszkają w osobnych pokojach jak niemal lokatorzy. Jedyny raz kiedy siadają razem do stołu i przynajmniej starają się zachować pozory jest kolacja Wigilijna z dziećmi. A dlaczego są razem? Bo kredyt, bo dzieci itd.
A co na to dzieci? Zarówno te tej pary, jak i innej zgodnie mówią, że rodzice powinni się byli dawno rozwieść i dać sobie szansę na ułożenie sobie życia z kimś innym, bo ani dla nich na dobre to nie wyszło a tym bardziej dla dzieci, które musiały to wszystko oglądać. Bo co z tego, że mają mamę i tatę w jednym domu? Jaki przykład rodziny, relacji im przekazali?
Nie zawsze, za wszelką cenę powinno się ciągnąć związek!!!!!!
Oczywiście w każdym zdarzają się kryzysy i czasem dopiero po dłuższym czasie ludzie je przezwyciężają i potem relacja odżywa jakby od nowa i rozumiem, ze takie osoby zawsze będą zdania, że warto się nawrócić, nawet zdradę wybaczyć i zadbać o relację, bo są przykładem tego że można, że może się to udać. Jednak nie w każdym przypadku.
Tu się autorce zarzuca pobudki dla których wzięła ślub. Przecież mnóstwo jest takich par. Tylko niewielki odsetek małżeństw jest zawieranych z miłości, tym bardziej wzajemnej. Często się myśli, że jakoś to będzie, że może coś się zmieni, może jak będzie dziecko. I często tak jest. Ludzie się do siebie przywiązują, dbają i ta miłość dojrzała sama przychodzi. Nawet jeśli na początku nie było fajerwerków. Jednak nie zawsze.
I jeszcze raz powtórzę, że nie rozumiem rangi nadawanej zdradzie. Ona jest zawsze wynikiem sytuacji w związku. Nie każdy ma siłę by odejść sam z siebie. Mamy chyba w sobie już coś takiego zakorzenionego, że boimy się zmian, a małżeństwo taktujemy jak wyrocznię. Szybciej popadnie dana osoba w depresję, czy zacznie się użalać, jakie to życie jest do d..y, niż coś z nim zrobi. Wtedy do zdrady już mały krok. Bo taka osoba zaczyna szukać zrozumienia, ciepła, potwierdzenia własnej wartości poza związkiem. No i tu się zgadzam, że za samą zdradę odpowiada wyłącznie ona, ale za sytuację w małżeństwie - już oboje.
Dlaczego więc nagle taka zmiana w mężu autorki? Nagle kocha i czuje się pokrzywdzony? W mojej skromne ocenie, po prostu jego duma została zraniona i na koniec chce uprzykrzyć jej życie, postawić w jak najgorszym świetle, sam zachowując pozory biednego zdradzonego, który niczego się nie spodziewał. Ot, czysta zawiść.

143

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Roxann nawet jeśli jest tak jak mówisz,
to On został upokorzony, oszukany i potraktowany jak nic nie warty śmieć.
Ma prawo do swoich emocji i do swojego zadośćuczynienia.
Czemu to On ma być tym lepszym/glupszym, mniej sprytnym?
Ma powód być dobrym samarytaninem?
Czy jego żona zasługuje na to swoją postawą?

144

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Roxann napisał/a:

Tylko niewielki odsetek małżeństw jest zawieranych z miłości, tym bardziej wzajemnej.

Tak??
O, to ja nie wiedziałam... sad
A nieeee, to to wszystko wyjaśnia i usprawiedliwia.....

145

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Zorija napisał/a:
Roxann napisał/a:

Tylko niewielki odsetek małżeństw jest zawieranych z miłości, tym bardziej wzajemnej.

Tak??
O, to ja nie wiedziałam... sad
A nieeee, to to wszystko wyjaśnia i usprawiedliwia.....

Też Cię to uderzyło po oczach?
No w sumie ja nie powinienem się dziwić, ale jednak......
Chyba nadal za bardzdo idealistycznie patrzę na ludzi.
A tu taki zonk wink

146 Ostatnio edytowany przez panibaronowa (2015-12-04 02:54:20)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Będą jednak z Ciebie ludzie, Dziewan. Jednak nie stałeś się cynicznym sukinsynem. Brawo. A ja tak. I powiem: Weź, droga autorko, przestań wydalać żar z esicy, bo tak:
Żeby uzyskać alimenty, będzie musiał udowodnić, że żyje w niedostatku, jest niezdolny do pracy czy cośtam. Dzieci brak, o ssso chozzii?
kredyt spłaca się solidarnie, więc sąd pewnie przyzna mu mieszkanie po tym, jak on odda Ci połowę spłaconego kredytu albo na odwrót.
Fajnie, że Cię ktoś wyrwał z alkoholowego marazmu.
Nie zgadzam się z tymi nieszczęśnikami, którzy Cię tu błotem obrzucają - aaa nawarzyłaś piwa ladacznico, to tera dław się pianą big_smile chociaż słabo po pół roku zobaczyć osoby nadal tkwiące w zgorzkniałym żalu i poczuciu krzywdy.
Oczywiście, że mogłaś to załatwić elegancko, ale jesteś tylko człowiekiem, istotą niedoskonałą, na litość, rzucamy kamieniem, kto pierwszy, ten lepszy.
Po osiemnaste nie liczyłabym, że gościu z liceum będzie DE ŁAN. Ale dzięki niemu Twoje życie się zmienia i nabiera rumieńców, a to dobrze. Bądź szczęśliwa i idź do prawnika, bo nie mogę czytać tych bzdur. Rozmowę z fejsa powiedz mu, żeby se wsadził. A Ty możesz napisać pozew o rozwód z orzekaniem o jego winie i co wtedy tongue takie łomotanie kota za pomocą młota. Dorośnijta!

147

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
dziewan napisał/a:

Roxann nawet jeśli jest tak jak mówisz,
to On został upokorzony, oszukany i potraktowany jak nic nie warty śmieć.
Ma prawo do swoich emocji i do swojego zadośćuczynienia.
Czemu to On ma być tym lepszym/glupszym, mniej sprytnym?
Ma powód być dobrym samarytaninem?
Czy jego żona zasługuje na to swoją postawą?

Jakoś nie upokarzało go życie w pustym związku.
Nie upokarzało go jak wyglądała jego "miłość", którą ją obdarzał. Miłość, w imieniu której nie chciało mu się ruszyć tyłka i zmienić czegoś nawet wtedy, kiedy
autorka była już tak zdesperowana, że zaczęła mówić o rozwodzie.
Dopiero zdrada go upokorzyła. To o co tu chodzi, o miłość czy o ego?
Zgoda na rozwód bez orzekania winy to w tym przypadku żaden samarytanizm.

148

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
panibaronowa napisał/a:

I powiem: Weź, droga autorko, przestań wydalać żar z esicy, bo tak:
Żeby uzyskać alimenty, będzie musiał udowodnić, że żyje w niedostatku, jest niezdolny do pracy czy cośtam. Dzieci brak, o ssso chozzii?
kredyt spłaca się solidarnie, więc sąd pewnie przyzna mu mieszkanie po tym, jak on odda Ci połowę spłaconego kredytu albo na odwrót.
Fajnie, że Cię ktoś wyrwał z alkoholowego marazmu.
Nie zgadzam się z tymi nieszczęśnikami, którzy Cię tu błotem obrzucają - aaa nawarzyłaś piwa ladacznico, to tera dław się pianą big_smile chociaż słabo po pół roku zobaczyć osoby nadal tkwiące w zgorzkniałym żalu i poczuciu krzywdy.
Oczywiście, że mogłaś to załatwić elegancko, ale jesteś tylko człowiekiem, istotą niedoskonałą, na litość, rzucamy kamieniem, kto pierwszy, ten lepszy.
Po osiemnaste nie liczyłabym, że gościu z liceum będzie DE ŁAN. Ale dzięki niemu Twoje życie się zmienia i nabiera rumieńców, a to dobrze. Bądź szczęśliwa i idź do prawnika, bo nie mogę czytać tych bzdur. Rozmowę z fejsa powiedz mu, żeby se wsadził. A Ty możesz napisać pozew o rozwód z orzekaniem o jego winie i co wtedy tongue takie łomotanie kota za pomocą młota. Dorośnijta!


amen smile

149

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
panibaronowa napisał/a:

Żeby uzyskać alimenty, będzie musiał udowodnić, że żyje w niedostatku, jest niezdolny do pracy czy cośtam. Dzieci brak, o ssso chozzii?

bez obrazy ale.... poczytaj sobie kiedy trzeba udowodnić niedostatek a kiedy wystarczy pogorszenie warunków życiowych, zanim zaczniesz na ten temat się wypowiadać.

panibaronowa napisał/a:

Fajnie, że Cię ktoś wyrwał z alkoholowego marazmu.
Nie zgadzam się z tymi nieszczęśnikami, którzy Cię tu błotem obrzucają - aaa nawarzyłaś piwa ladacznico, to tera dław się pianą big_smile chociaż słabo po pół roku zobaczyć osoby nadal tkwiące w zgorzkniałym żalu i poczuciu krzywdy.
Oczywiście, że mogłaś to załatwić elegancko, ale jesteś tylko człowiekiem, istotą niedoskonałą, na litość, rzucamy kamieniem, kto pierwszy, ten lepszy.
Po osiemnaste nie liczyłabym, że gościu z liceum będzie DE ŁAN. Ale dzięki niemu Twoje życie się zmienia i nabiera rumieńców, a to dobrze. Bądź szczęśliwa i idź do prawnika, bo nie mogę czytać tych bzdur. Rozmowę z fejsa powiedz mu, żeby se wsadził. A Ty możesz napisać pozew o rozwód z orzekaniem o jego winie i co wtedy tongue takie łomotanie kota za pomocą młota. Dorośnijta!

Aaaaa.... czyli cel uświęca środki.
Machiawelizm znów wrócił do łask.

Na pewno jest łatwiej przyswajalny dla tchórzy, nieudaczników i wszelkiej maści innych niedorajdów życiowych.

150

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

secondo, spokojnie big_smile

nie muszę czytać, bo wiem.

dwa, jaki machiawelis? większość ludzi jest zbyt leniwa i tkwi w nieszczęśliwych związkach - ludzie z reguły boją się zmian i potrzebują doń silnego impulsu. A jeśli myślicie, że się wszyscy rozwodzą, zanim zdradzą, to chyba nie czytaliście "W Skirołapkach". A poza tym wydaje Wam się, że WY na pewno byście tak zrobili, bo zostaliście zdradzeni i teraz odsądzacie od czci i wiary. Na Boga, trochę to słabe. Ja daję autorce, zresztą niespełna trzydziestoletniej, prawo do popełniania błędów. Moralną ocenę tego zostawiam Jezusowi, jak się spotkają, jak laska wyciągnie kopyty tongue to forum się powinno nazywać jadkobiety, a nie netkobiety.

151

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
panibaronowa napisał/a:

dwa, jaki machiawelis? większość ludzi jest zbyt leniwa i tkwi w nieszczęśliwych związkach - ludzie z reguły boją się zmian i potrzebują doń silnego impulsu. A jeśli myślicie, że się wszyscy rozwodzą, zanim zdradzą, to chyba nie czytaliście "W Skirołapkach". A poza tym wydaje Wam się, że WY na pewno byście tak zrobili, bo zostaliście zdradzeni i teraz odsądzacie od czci i wiary. Na Boga, trochę to słabe. Ja daję autorce, zresztą niespełna trzydziestoletniej, prawo do popełniania błędów. Moralną ocenę tego zostawiam Jezusowi, jak się spotkają, jak laska wyciągnie kopyty tongue to forum się powinno nazywać jadkobiety, a nie netkobiety.

Mnie także grzeją zjadliwe świętoszki,  ale równie mocno wkurza mnie baba,  która puszcza się, by "sprawdzić czy to aby na pewno ze mną jest coś nie tak w łóżku", a potem kręci, chachmeci i wybiela się,  zwalając winę na męża. Wiem, jak lekko, łatwo i przyjemnie jest popełnić błąd i kogoś skrzywdzić. Stało się, trudno, dorosła jestem, siłą mnie nikt nie wziął,  biorę to na klatę i nie zgrywam niewiniatka.
Powtórzę za Secondo, kryzysowi są winni oboje, ale żyli w tym latami i to nie kryzys jest przyczyną końca małżeństwa, tylko danie doopy innemu, a to już jest wyłączna "zasługa " Autorki.
A jak się sprawa zakończy, to już inna inszość i niewiadoma, bo prawo prawem, a sprawiedliwość i opinia sądu własnymi chadzają ścieżkami.

152 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-12-04 12:43:45)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
panibaronowa napisał/a:

secondo, spokojnie big_smile

nie muszę czytać, bo wiem.

dwa, jaki machiawelis? większość ludzi jest zbyt leniwa i tkwi w nieszczęśliwych związkach - ludzie z reguły boją się zmian i potrzebują doń silnego impulsu. A jeśli myślicie, że się wszyscy rozwodzą, zanim zdradzą, to chyba nie czytaliście "W Skirołapkach". A poza tym wydaje Wam się, że WY na pewno byście tak zrobili, bo zostaliście zdradzeni i teraz odsądzacie od czci i wiary. Na Boga, trochę to słabe. Ja daję autorce, zresztą niespełna trzydziestoletniej, prawo do popełniania błędów. Moralną ocenę tego zostawiam Jezusowi, jak się spotkają, jak laska wyciągnie kopyty tongue to forum się powinno nazywać jadkobiety, a nie netkobiety.

Nie nazywaj zdrady "popełnieniem błędu" - do którego dajesz prawo 30-letniej kobicie... nie, nie jest to już niczego nieświadoma dziewczynka...
Zdrada jest działaniem celowym, świadomym i dosyć konkretnym.
To nie żaden błąd.
To wybór.
I wybacz... ale nie jest to wybór między białym, niezdrowym chlebem, a zdrowym pełnoziarnistym... ot, skuszę się na ten pszenny choć wiem, że "źle robię"... aleeee taaak mi smaaakuje......

To świadome dowalenie drugiej osobie... tej, którą się kochało... która być może nadal Cię kocha... dzieciom... rozpierdolenie rodziny... etc. - najczęściej dlatego, że zaswędziało na widok "przystojnego" kolegi z biurka obok, który akurat się nudzi (pewnie on dla odmiany ze swoją żoną).

Więc, proszę, nie upraszaj.

Owszem, ten przypadek być może jest inny. Być może on był chamem, prostakiem i wcale a wcale mu nie zależało.
Tylko, że - po pierwsze - to są wszystko "być może".
A po drugie - emocji nie wzbudza tutaj sam fakt zdrady. Chyba nie za dokładnie przeczytałaś. Największe emocje wzbudza postawa Autorki - jej ubolewanie nad tym, że "wpadła"... że nie rozegrała tego wystarczająco dobrze, żeby zrobić męża w jeszcze większego chuja... że za mało sprytu miała...

Ja osąd jej osoby zostawiam - dla odmiany - Allahowi (choć do końca nie wiem, po co w to mieszać Jezusa, allaha czy choćby świętą katarzynę...). Natomiast - skoro to forum i wypowiadać się wolno - to daję prawo do wyrażenia swojej opinii innym... tym, którzy tu zaglądają, czytają... sama to zrobiłaś, zresztą w niewybredny sposób, kreując siebie na "mądrzejszą, bo przeczytałaś...". Ja też czytam, też przeczytałam... no i co z tego??

153

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

sorry, zorja, ale nie chce mi się odpowiadać na to, co napisałaś. ciotka klotka to nie ja, pomyliłaś mnie z kimś. I tak, wiem co nieco o tym i owym. I mieszam Jezusa w różne sprawy, Ty możesz mieszać latającego potwora spaghetti. Nie będę odpowiadać na jakieś osobiste pojazdy, bo gdyż albowiem ponieważ nie chce mnię się.

154 Ostatnio edytowany przez kitkaoskara (2015-12-07 11:46:59)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Zorija napisał/a:
panibaronowa napisał/a:

secondo, spokojnie big_smile

nie muszę czytać, bo wiem.

dwa, jaki machiawelis? większość ludzi jest zbyt leniwa i tkwi w nieszczęśliwych związkach - ludzie z reguły boją się zmian i potrzebują doń silnego impulsu. A jeśli myślicie, że się wszyscy rozwodzą, zanim zdradzą, to chyba nie czytaliście "W Skirołapkach". A poza tym wydaje Wam się, że WY na pewno byście tak zrobili, bo zostaliście zdradzeni i teraz odsądzacie od czci i wiary. Na Boga, trochę to słabe. Ja daję autorce, zresztą niespełna trzydziestoletniej, prawo do popełniania błędów. Moralną ocenę tego zostawiam Jezusowi, jak się spotkają, jak laska wyciągnie kopyty tongue to forum się powinno nazywać jadkobiety, a nie netkobiety.

Nie nazywaj zdrady "popełnieniem błędu" - do którego dajesz prawo 30-letniej kobicie... nie, nie jest to już niczego nieświadoma dziewczynka...
Zdrada jest działaniem celowym, świadomym i dosyć konkretnym.
To nie żaden błąd.
To wybór.
I wybacz... ale nie jest to wybór między białym, niezdrowym chlebem, a zdrowym pełnoziarnistym... ot, skuszę się na ten pszenny choć wiem, że "źle robię"... aleeee taaak mi smaaakuje......

To świadome dowalenie drugiej osobie... tej, którą się kochało... która być może nadal Cię kocha... dzieciom... rozpierdolenie rodziny... etc. - najczęściej dlatego, że zaswędziało na widok "przystojnego" kolegi z biurka obok, który akurat się nudzi (pewnie on dla odmiany ze swoją żoną).

Więc, proszę, nie upraszaj.

Owszem, ten przypadek być może jest inny. Być może on był chamem, prostakiem i wcale a wcale mu nie zależało.
Tylko, że - po pierwsze - to są wszystko "być może".
A po drugie - emocji nie wzbudza tutaj sam fakt zdrady. Chyba nie za dokładnie przeczytałaś. Największe emocje wzbudza postawa Autorki - jej ubolewanie nad tym, że "wpadła"... że nie rozegrała tego wystarczająco dobrze, żeby zrobić męża w jeszcze większego chuja... że za mało sprytu miała...

Ja osąd jej osoby zostawiam - dla odmiany - Allahowi (choć do końca nie wiem, po co w to mieszać Jezusa, allaha czy choćby świętą katarzynę...). Natomiast - skoro to forum i wypowiadać się wolno - to daję prawo do wyrażenia swojej opinii innym... tym, którzy tu zaglądają, czytają... sama to zrobiłaś, zresztą w niewybredny sposób, kreując siebie na "mądrzejszą, bo przeczytałaś...". Ja też czytam, też przeczytałam... no i co z tego??

Bardzo zgrabna, logiczna, błyskotliwa i trafna wypowiedź.
Nie dziwi mnie, że osoba, do której została ona skierowana nie potrafi nic sensownego odpowiedzieć.

155

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Potrafi, nie bój się, ale naprawdę mi się nie chce, prosty rachunek, wolę pazury pomalować, ciasto pieniądz.

156

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Moja droga.
Najpierw się kończy uczciwie coś, żeby potem coś uczciwie zacząć.
I tu już nie chodzi o to czy i tak doszło by do rozwodu czy nie. Startowałabyś z czystej pozycji a nie tak jak teraz ze straconej.

BO NAJTRUDNIEJSZE W ŻYCIU TO BYĆ ODWAŻNYM I UCZCIWYM JEDNOCZEŚNIE.

Powodzenia .



madula napisał/a:

Witajcie....
To mój pierwszy post tutaj i potrzebuje chyba się wygadać anonimowo bo mnie aż dusi w środku.
Jeśli możecie nie wieszajcie na mnie psów bo to mi już nie pomoże w mojej obecnej sytuacji. Z góry dziękuję Wam za spełnienie tej prośmy.

Otóż naważyłam piwa, które teraz sama muszę wypić, wiem to. Ale może nie udławię się do reszty, może jest jakieś wyjście z mojego tonącego okrętu.

Postaram się w skrócie ale chyba się nie da.

Od długiego czasu nie układało mi się w małżeństwie. W zasadzie to już przed ale myślałam, że taka kolej rzeczy i tak wygląda związek po wielu latach. Ślub wzięliśmy aby dostać kredyt na mieszkanie ponieważ latami gnieździliśmy się na wynajmach a, że wydawało mi się, że i tak będę z nim do końca życia to stwierdziłam, że pójdę w to. Brak porozumienia narastał, obcy ludzie pod jednym dachem, dwa różne temperamenty, różne marzenia, ja się w międzyczasie zmieniłam wewnętrznie nie chciałam życia pt. piwo do TV, zero wyjścia gdziekolwiek w wieku jeszcze przed 30-stką.

Niestety nigdy nie układało nam się w łóżku co dziś wiem było jedną z ważniejszych przyczyn rozpadu tego związku (byłam głupia myśląc, że to nie jest takie ważne i, ze super seks już miałam z moimi byłymi partnerami). Próbowałam mimo wszystko ratować latami to wszystko ale bezskutecznie. Mąż nie widział problemu. On był przecież przykładnym mężem, dobrym, nie zdradzającym. Ok. Niestety brak porozumienia i więzi zarówno fizycznej jak i psychicznej spowodowały, że uczucia wygasły. Zupełnie. Zaczęłam o tym mówić. Zaczęłam wspominać mu, że chyba czas to zakończyć ale on nie chciał nawet o tym rozmawiać. Po latach płaczu, ciągłych depresji i powolnego staczania się (zaczęłam popijać wraz z mężem tylko niestety bardziej szkodliwie) pojawił się ON, ten trzeci. Dawny przyjaciel z liceum. Banał, co? Brzydziłam się zawsze zdradą. A jednak po wielu miesiącach walki samej z sobą postanowiłam sprawdzić czy to aby na pewno ze mną jest coś nie tak w łóżku (tak sobie zdążyłam wmówić po latach nieudanego pożycia łóżkowego). Zdradziłam. I zakochałam się jak nigdy w życiu. Sytuacja materialna zmusiła mnie do tego aby poczekać na ten najważniejszy krok (choć wspominałam mężowi o rozwodzie, nie raz i, że nas już nie ma i nic tego nie zmieni, żyliśmy nawet w osobnych pokojach, jak obcy ludzie). Nie zdążyłam. Wpadłam. Przez głupotę. Mąż dowiedział się w ostatnim momencie kiedy już wszystko miałam przygotowane, żeby się wyprowadzić i potem zacząć jakoś zamykać temat mojego nieudanego małżeństwa, kredytów... Niestety dysponuje skopiowanym dialogiem (wykradzionym z mojego FB) z moim "kolegą" który ma mu posłużyć jako dowód w sądzie.

Orzekanie o winie. Taki ma zamiar. Jak to brzmi. Nie tak miało być. Nie czuję, że zdradziłam bo od dawna nie żyłam z mężem i jawnie mówiłam, że nie chcę już z nim dłużej żyć. Ale w świetle prawa jest inaczej. Jestem winna. I on postanowił to wykorzystać. Mam się przyznać w sądzie. Zapytał czy tak zrobię. Teoretycznie nie mam wyjścia, przecież ma dowody. Ale pojawia się czarna chmura... alimenty na męża. Przecież może ugrać je bez problemu. Jestem w stanie zostawić mu wszystko (i tak planowałam tak zrobić) ale alimenty na męża zniszczyłyby mnie....
Co mogę zrobić? Próbować udowodnić, że nastąpił wcześniej rozkład pożycia? Przecież to się może ciągnąc latami... Przyjąć całą winę na siebie? Ogromne ryzyko... Nie wiem jak w tej sytuacji kiedykolwiek sprzedamy mieszkanie skoro nie będzie rozwodu tak szybko. Nie wiem jak uciągnąć kredyt i mieszkanie w pojedynkę. Nie wiem co robić. Może macie jakieś rady. Mąż nie zamierza się "dogadać" i zapowiedział, że mieszkania nie sprzedamy przed rozwodem na pewno. Wiem, że zawaliłam. Wszystko zawaliłam. Ale czy w ogóle jest szansa, że się uratuję z tej sytuacji? Może macie jakieś rady... Chcę zacząć na nowo. Mam wrażenie, że dzięki temu którego pokochałam chyba pierwszy raz w życiu wiem kim jestem i wiem czego chcę. Banały, ja wiem. Ale mam 30 lat. Czuję, że jeszcze mogę zacząć na nowo.... Tylko ten rozwód, te kredyty... Jak to teraz ogarnąć żeby nie utonąć? sad

157

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Pokaz hipokryzji.

Ja byłam winna mojego rozwodu, byłam znudzona, znalazłam kochanka.

Gdy się wydało spakowałam się, przeprosiłam (chociaż to nic nie znaczy przy świństwie, które zrobiłam).

Po pewnym czasie zapytałam czy dostanę drugą szansę, on odparł że nie potrafi wybaczyć i chce rozwodu.

Nie robiłam trudności, wina była moja, nie ważne że żałuję, nie ważne że wyłam przez rok w poduszkę, rozbiłam 7 letnie małżeństwo.

Podział majątku zrobiliśmy według tego kto ile wniósł, uczciwie, mąż zarabiał znacznie lepiej, na wiele rzeczy nabytych było wspólnie, ale on miał większy wkład. Nawet by mi nie przyszło do głowy żeby chcieć 1/2 pieniędzy za dom skoro ja sfinansowałam 1/4 kosztów, było by to zwykłe złodziejstwo.

Dom sprzedany, ja dostałam swoją mniejszą część, auto każdy miał swoje, meblami i agd się podzieliliśmy. Kupiłam M3 bo na to mnie było stać bez zadłużania się i żyję dalej.

To co robi koleżanka to szukanie metody ucieczki od odpowiedzialności za własne czyny i nic więcej. Jak się zrobi coś źle to się ponosi konsekwencje, przynajmniej ja tak zostałam wychowana.

158

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
blusia32 napisał/a:

Pokaz hipokryzji.

Ja byłam winna mojego rozwodu, byłam znudzona, znalazłam kochanka.

Gdy się wydało spakowałam się, przeprosiłam (chociaż to nic nie znaczy przy świństwie, które zrobiłam).

Po pewnym czasie zapytałam czy dostanę drugą szansę, on odparł że nie potrafi wybaczyć i chce rozwodu.

Nie robiłam trudności, wina była moja, nie ważne że żałuję, nie ważne że wyłam przez rok w poduszkę, rozbiłam 7 letnie małżeństwo.

Podział majątku zrobiliśmy według tego kto ile wniósł, uczciwie, mąż zarabiał znacznie lepiej, na wiele rzeczy nabytych było wspólnie, ale on miał większy wkład. Nawet by mi nie przyszło do głowy żeby chcieć 1/2 pieniędzy za dom skoro ja sfinansowałam 1/4 kosztów, było by to zwykłe złodziejstwo.

Dom sprzedany, ja dostałam swoją mniejszą część, auto każdy miał swoje, meblami i agd się podzieliliśmy. Kupiłam M3 bo na to mnie było stać bez zadłużania się i żyję dalej.

To co robi koleżanka to szukanie metody ucieczki od odpowiedzialności za własne czyny i nic więcej. Jak się zrobi coś źle to się ponosi konsekwencje, przynajmniej ja tak zostałam wychowana.


Czasami,to aż miło przeczytać,że są ludzie,którzy potrafią wziąć odpowiedzialność za to co zrobili...
Budujące.

159

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Zazwyczaj takie refleksje przychodzą już gdy minie odpowiednio dużo czasu.
Gdy człowiek jest już wstanie zmierzyć się ze złem, które wyrządził.
Gdy już pamięć o tych drobnych sprawach w tym przeszłym związku mija, a ewidentnie zle uczynki zaczynają "świecic" na ich tle.
I raczej nie każdy to potrafi, a szkoda....

160

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Szkoda...
Bo w większości jednak,zastanawiają się jak do końca zgnoić drugiego człowieka.
Zresztą...tutaj to widać, jak na dłoni.A na refleksje,czy szukanie w tym swojej winy,czasu nie ma.

161

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
majkaszpilka napisał/a:

Szkoda...
Bo w większości jednak,zastanawiają się jak do końca zgnoić drugiego człowieka.
Zresztą...tutaj to widać, jak na dłoni.A na refleksje,czy szukanie w tym swojej winy,czasu nie ma.

Maja, bo to jest taka "obrona własna"... na poziomie psychicznym...
Szukanie dla siebie usprawiedliwienia - za pomocą udowodnienia (samemu sobie oraz całemu światu, jeśli tylko ktoś będzie chciał wysłuchać), że druga strona była be, zła, głupia i leniwa. Należało jej się więc. I należy dalej.
Albo druga metoda - wmawianie sobie (i całemu światu, jak wyżej), że "mam prawo...", "mnie też się coś od życia należy...", "chcę prawdziwej miłości / związku / zakochać się naprawdę / być kochanym..." I tu kochanek/ka, w odróżnieniu do żony/męża świetnie się nadają i potrafią sprostać.

Obie metody służą jednemu - zagłuszeniu sumienia i wybieleniu. Chyba działa. Przynajmniej dopóty, dopóki kochanek/ka nie pogoni... życie nie okaże się wredne... los przestanie sprzyjać.

162

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
Zorija napisał/a:
majkaszpilka napisał/a:

Szkoda...
Bo w większości jednak,zastanawiają się jak do końca zgnoić drugiego człowieka.
Zresztą...tutaj to widać, jak na dłoni.A na refleksje,czy szukanie w tym swojej winy,czasu nie ma.

Maja, bo to jest taka "obrona własna"... na poziomie psychicznym...
Szukanie dla siebie usprawiedliwienia - za pomocą udowodnienia (samemu sobie oraz całemu światu, jeśli tylko ktoś będzie chciał wysłuchać), że druga strona była be, zła, głupia i leniwa. Należało jej się więc. I należy dalej.
Albo druga metoda - wmawianie sobie (i całemu światu, jak wyżej), że "mam prawo...", "mnie też się coś od życia należy...", "chcę prawdziwej miłości / związku / zakochać się naprawdę / być kochanym..." I tu kochanek/ka, w odróżnieniu do żony/męża świetnie się nadają i potrafią sprostać.

Obie metody służą jednemu - zagłuszeniu sumienia i wybieleniu. Chyba działa. Przynajmniej dopóty, dopóki kochanek/ka nie pogoni... życie nie okaże się wredne... los przestanie sprzyjać.

Ha,ale ja to doskonale wiem.Czasami jednak ta refleksja przychodzi o wiele szybciej,ale to chyba z powodu o jakim mówisz...wykopania.Wtedy zaczyna się rozkminka prawdziwa,co ja najlepszego zrobiłem/am?
Najgorsze jest jednak to,że ktoś pomimo tego,że tak wiele złego uczynił,brnie w to dalej,bo jest święcie przekonany o własnej poprawności.Trafia na takie forum czy inne po rady...i co dostaje?Zniszcz go do końca,nie daj się...no czytać tego nie idzie.
Co potem taki człowiek robi?Jak musi mieć grubą skórę,jak boi się wejść w jakąś relację?W każdym widzi poprzednika,poprzedniczkę...człowieka wyzutego wszystkiego.

Dla mnie taka osoba,nie wybieli się niczym.

163

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

A dla  mnie może się wybielić, no może nie będzie to nieskazitelna biel ale jednak. Póki człowiek żyje, ma szansę. Tyczy się to też tych poranionych, póki żyją mają szansę oderwać się od traumy, nie oczekiwać i nie próbować wymierzać sprawiedliwości i zatrzymać się zanim sami w poczuciu krzywdy zaczną ranić, bo wtedy niczym nie będą się różnić od tego, który ich zranił.

164

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
złata napisał/a:

A dla  mnie może się wybielić, no może nie będzie to nieskazitelna biel ale jednak. Póki człowiek żyje, ma szansę. Tyczy się to też tych poranionych, póki żyją mają szansę oderwać się od traumy, nie oczekiwać i nie próbować wymierzać sprawiedliwości i zatrzymać się zanim sami w poczuciu krzywdy zaczną ranić, bo wtedy niczym nie będą się różnić od tego, który ich zranił.

Czasem w imię wyższego interesu, wyższego dobra - dziecka, trzeba odstąpić i zaprzeczyc samemu sobie, wznieść się ponad swój ból, schować to głęboko w sobie.
Tak poprostu trzeba.
Ale zapominamy o istocie tego zjawiska.
Że czlowiek który potrafi tak krzywdzic bliskie sobie osoby, z powodu Egoistycznego Interesu, w istocie rzeczy jest tak naprawde Złym człowiekiem.
I tak.Można odkupić winy, napewno można.
Jeśli zrobi się uczciwy rachunek wlasnego sumienia, uzyska przebaczenie i poniesie zasłużoną przez własny los karę.
Ale nie zmieni to tego, że w chwili próby człowiek taki okazał
Się słabym i fałszywym.
I z tym trzeba umieć żyć.
Prawda zawsze jest trudniejsza niż kłamstwo.

165

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
blusia32 napisał/a:

Pokaz hipokryzji.

Ja byłam winna mojego rozwodu, byłam znudzona, znalazłam kochanka.

Gdy się wydało spakowałam się, przeprosiłam (chociaż to nic nie znaczy przy świństwie, które zrobiłam).

Po pewnym czasie zapytałam czy dostanę drugą szansę, on odparł że nie potrafi wybaczyć i chce rozwodu.

Nie robiłam trudności, wina była moja, nie ważne że żałuję, nie ważne że wyłam przez rok w poduszkę, rozbiłam 7 letnie małżeństwo.

Podział majątku zrobiliśmy według tego kto ile wniósł, uczciwie, mąż zarabiał znacznie lepiej, na wiele rzeczy nabytych było wspólnie, ale on miał większy wkład. Nawet by mi nie przyszło do głowy żeby chcieć 1/2 pieniędzy za dom skoro ja sfinansowałam 1/4 kosztów, było by to zwykłe złodziejstwo.

Dom sprzedany, ja dostałam swoją mniejszą część, auto każdy miał swoje, meblami i agd się podzieliliśmy. Kupiłam M3 bo na to mnie było stać bez zadłużania się i żyję dalej.

To co robi koleżanka to szukanie metody ucieczki od odpowiedzialności za własne czyny i nic więcej. Jak się zrobi coś źle to się ponosi konsekwencje, przynajmniej ja tak zostałam wychowana.

chapeau bas

166 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-12-10 17:04:39)

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...
złata napisał/a:

A dla  mnie może się wybielić, no może nie będzie to nieskazitelna biel ale jednak. Póki człowiek żyje, ma szansę. Tyczy się to też tych poranionych, póki żyją mają szansę oderwać się od traumy, nie oczekiwać i nie próbować wymierzać sprawiedliwości i zatrzymać się zanim sami w poczuciu krzywdy zaczną ranić, bo wtedy niczym nie będą się różnić od tego, który ich zranił.

Złata, to chyba kwestia definicji określenia "wybielić".

Ty chyba masz na myśli to, że pomimo zawirowań, błędów, złych wyborów (zwał jak zwał) - każdy może zawsze zacząć od nowa.
I to jest absolutna i święta prawda.
Jak jeszcze przy okazji nie zapomina o zobowiązaniach (typu dzieci)... wie, że popełnił błąd i stara się w przyszłości dokonywać lepszych wyborów (po to, by nie ranić innych) to ok.

Gorzej, gdy "wybielanie" polega na przerzucaniu winy, odpowiedzialności na partnera i usprawiedliwianiu własnych czynów. Często (jak w tym przypadku) idąc dalej - dowalając partnerowi jeszcze bardziej....

A przecież - tak jak było już o tym pisane na tym forum wielokrotnie - skoro w związku było źle, to trzeba było albo naprawiać albo odejść jak człowiek. Tak - wiesz, normalnie - po ludzku...
Bo potem, to już każde tłumaczenie to zwykłe oszustwo i zaklinanie rzeczywistości... i tyle.

167

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Dziewan, o zjawisku, o jego istocie zapomnieć nie można. I nie w tym rzecz. Pojawia się zwykłe pytanie, co dalej? Może łatwiej pookreślać wszystko w czerni i bieli? Nie wiem bo z widzę  całą paletę szarości i to dla mnie po prostu nie do przejścia (może wystarczy do okulisty)  Nie do końca pasuje mi określanie mianem złego człowieka tego kto w chwili próby… Nie każdego słowa „i nie wódź nas na pokuszenie” zostały wysłuchane…Nie każdy tak samo został wyposażony. Nie oznacza to bynajmniej lekceważenia krzywdy,  minimalizowania znaczenia konkretnych wyborów, zakłamywania rzeczywistości, usprawiedliwiania podłości. Pozwala po prostu iść dalej z lub bez, ale dalej, odzyskać wolność, spokój.
Mam też wątpliwość czy prawdą jest wybranie i kochanie przez lata złego człowieka. Może po prostu na pewnym etapie jest to próba poradzenia sobie z odrzuceniem, poczuciem krzywdy, a nie prawda.
Zorija, tak, o takie wybielenie mi chodzi (post factum), o refleksję (trudne), dojrzałość, odwagę a nie o tworzenie równoległej rzeczywistości.  Z tym naprawianiem lub odchodzeniem jak człowiek, to wiesz sama, że troszkę jest to właśnie zaklinanie rzeczywistości. Uważam, że wielu ludzi naprawia, a wśród naprawiaczy są i tacy, którzy różnie to naprawianie rozumieją i dogadaj się z takim. A z odejściem jak człowiek, ot tak, to nie sądzisz, że to jest dopiero dezorientacja i czarna dolina?. I „dlaczego?” dłużej trzyma przy odchodzącym jak człowiek, z klasą niż przy tym, który w momencie próby…?   Pozdrawiam.
P.s. pani Baronowa to Osoba, która dobrze, że jest.

168

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

p.s. pani Złata to Osoba, która dobrze, że jest.

169

Odp: Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Serdeczna i dobra z Pani Okruszynka:). Dobrego dnia.

Posty [ 131 do 169 z 169 ]

Strony Poprzednia 1 2 3

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Rozwód z orzekaniem o MOJEJ winie...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026